Śledzik chrapał tuż przy wezgłowiu łóżka mamy Mel, a Gothi patrzyła na niego morderczym spojrzeniem, za pewne zastanawiając się, jak chłopaka uciszyć. Sztukamięs również chrapała, ale na szczęście na zewnątrz, przed domem. Czkawka na widok zaślinionego i chrapiącego przyjaciela nie potrafił się nie uśmiechnąć.
- Jak się czuje? - zapytał Gothi, kiwając głową w stronę mamy Mel.
Gothi zrobiła dziwną minę, po czym wzruszyła ramionami. Najwyraźniej gorączka jeszcze nie przeszła. Czkawka westchnął i tknął przyjaciela w ramię, żeby go obudzić.
- Nie, Szpadka, to nie ja zjadłem te orzechy - mruknął pod nosem, odpychając dłoń Czkawki.
- Uspokój się, to ja - odparł jeździec, gdy Śledzik uchylił lekko oczy.
- Aaa, wybacz, troszkę mi się oczy przymknęły - próbował się usprawiedliwić Śledzik, nie potrafiąc stłumić potężnego ziewnięcia. Czkawka uśmiechnął się lekko.
- Idź do domu, ja ją popilnuję. Dzięki - miał nadzieję że Śledzik jednak nie przespał całej swojej warty.
- Aha, no dobrze - zgodził się. - To ja ten, zajmę się Sztukamięs.
Po czym wyszedł z domku, stukając ciężko o podłogę swoimi małymi buciorami. Czkawka westchnął, zajmując miejsce, w którym wcześniej drzemał Śledzik.
Musiał się poważnie nad tym zastanowić. Nie mógł ignorować faktu, że ryzyko śmierci mamy Mel jest spore. Najchętniej omijałby te myśli szerokim łukiem, ale wiedział, że jako wódz musi przewidywać niektóre okoliczności. Co wtedy stałoby się z małą? Przed oczami stanął mu obraz jego, Astrid, Szczerbatka i dziewczynki jako jednej rodziny. Czy byłoby go na to stać? Dałby sobie radę z zastąpieniem Mel domu? Przecież sam go jeszcze potrzebował. Tak często prosił o pomoc swoją własną mamę, że czasem wydawało mu się, iż nie wypada tego wodzowi. Tak czy siak, Valka była dla niego oparciem, tak samo jak Astrid. Czuł, że bez nich nie byłby tak pewny w podejmowaniu trudnych decyzji, a przecież tego właśnie wymagała jego pozycja. Całe szczęście też, że miał przy sobie Szczerbatka. Być może nie dawał mu tyle wsparcia, co Astrid i Valka, ale wiedział, że choćby wpadł przez swoją lekkomyślność w największe tarapaty, to smok bez namysłu skoczyłby za nim w ogień. To również pomagało mu w zdobyciu pewności siebie, którą zbierał przez te wszystkie lata.
Nagle jego rozmyślaniom położył kres głos, który usłyszał, jakby przez mgłę.
- Jestem dumny, że jesteś moim synem - powiedział Stoick. Jego broda kapała ze słonej wody, ale on patrzył twardo w oczy syna, wcale nie wstydząc się targających jego sercem uczuć. Czkawka siedział wtedy na Szczerbatku, równie zmoczony, a słowa, które usłyszał działały jak balsam na jego złamane serce. Ojciec naprawdę go kochał. Nawet, gdy dowiedział się, że jego syn jest Smoczym Jeźdźcem...
Czkawka usłyszał drugi głos, ale tym razem nie był to głos z jego głęboko zachowanych wspomnień, ale głos z tego pokoju.
Mama Mel obróciła się na drugi bok. Pot dalej trwał na jej czole, mimo że wieszczka skrzętnie obmywała jej twarz. Miała takie same brązowe włosy jak córka, a jej policzki były zaczerwienione od trudu walki z chorobą.
- Mel - jęczała, jakby to jej córka była powodem jej bólu. Może dalej myślała, że dziewczynka się nią zajmuje, uświadomił sobie Czkawka. - Mel, Mel, proszę, podejdź tu!
Wódz zacisnął dłonie w pięści, widząc cierpienie malujące się na twarzy kobiety. Ona cierpiała, a on nic nie mógł na to poradzić.
Gothi wyjęła z kieszeni mały flakonik i opróżniła go, wlewając do gardła matki. Wypiła bez najmniejszego buntu, myśląc pewnie, że lekarstwo podaje jej córka.
- Mel... - szeptała dalej z ogromnym trudem kobieta, a Czkawce przeszło przez myśl, że może powinien zawołać dziewczynkę. Jednak, gdy spytał o to Gothi, ta stanowczo odmówiła.
Tak siedział przez kilka godzin, znosząc ból i cierpienie kobiety. Jego dobre serce łkało w głębi duszy, widząc jak życie mamy Mel z niej uchodzi. To nie może się tak skończyć, krzyczał w środku. Musi być coś, co jej pomoże. Nie może umrzeć przez jakąś głupią gorączkę. Czkawka trzymał się twardo cały czas, wiedząc, że ktoś musi trwać przy łożu chorej. Nie może to być jej malutka córeczka.
Gothi skinęła na Czkawkę w końcu i złapała chłopaka za dłonie. Spojrzała na niego tak smutno, że Czkawka przez chwilę stracił czucie w obu dłoniach, które dotknęła staruszka. Rozumiał ją bez słów.
- Ona umrze? - spytał wieszczkę. Gothi wzięła do ręki swoją laskę i oparła się na niej, oddając hołd chorej. Czkawka czuł, że zaraz się załamie. Nie znał kobiety tak bardzo jak innych, ale nikomu nie życzyłby odejścia z Berk, nawet, gdyby miał odejść do kraju Walkirii.
Zanim jednak jeździec zdołał spostrzec, po jego policzkach płynęły obfite łzy. Naprawdę żałował mamy Mel. Gothi patrzyła na niego smutno, jakby chciała coś powiedzieć.
Czkawka rozumiał, że to jedyna szansa, żeby Mel mogła jeszcze zostać z mamą. Teraz, póki nie jest za późno. Wyszedł więc przed dom, zauważając jasne, pokryte fioletową i pomarańczową łuną niebo. Świt przyszedł nagle, jakby nie interesowała go żałoba Berk. Już wystarczająco wiele osób odpłynęło w łodziach przez ostatnie kilka miesięcy. Jak Berk mogło znieść taką liczbę dusz, które odeszły na zawsze na pole bitewne Odyna, by nigdy nie wrócić już na rodzinną wyspę?
Szedł smętnie, ale starał się zachowywać tempo. Tak trzeba, Czkawka, powtarzał sobie. Teraz, tuż przed świtem, plac był pusty, więc mógł jeszcze uronić łzy, które cisnęły się z wnętrza jego serca.Wolał zachować się twardo przy Mel i Astrid, by nie niepokoić ich bardziej. Chociaż chyba gorzej już być nie mogło.
Nie taki scenariusz przewidywał. Cały czas wierzył, że mama Mel poradzi sobie z chorobą, że wszystko wróci do normy. Że znów będzie widywał w Akademii uśmiechniętą, skłonną do nauki dziewczynkę. Na słodkiego Thora, dlaczego tak się musiało stać i co zamierzają bogowie względem tak słabej i coraz bardziej podupadającej w żałobie wyspie, jak Berk?
Z domu wodza wybiegł raźno Szczerbatek, uśmiechając się do jeźdźca. Jednak, gdy tylko zauważył minę Czkawki, przystanął przed nim, by go wesprzeć. Oblizał twarz jeźdźca, próbując dodać mu otuchy. Czkawka przed sekundę poczuł się lepiej.
- Dziękuję, Mordko - szepnął, przytulając smoka. - Jak ja jej to powiem? - zapytał, ale chyba bardziej do siebie.
Smok zrozumiał przesłanie i schylił głowę ze smutkiem. Nocne Furie rzadko kiedy płakały, choć były przynajmniej według Czkawki jednymi z najbardziej wrażliwych stworzeń. Zresztą Szczerbatek nawet nie zdążył poznac mamy Mel, więc nie odczuwał specjalnej więzi z chorą.
Czkawka zdecydował się jednak oddalić od siebie wszystkie słabości. Chociaż raz musiał się zachować tak, jak przystało na mężczyznę. I jak przystało na wodza. Chociaż tak naprawdę wolałby ponowną walkę z Drago Krwawdoniem niż powiadomienie małego, smutnego dziecka o jej sieroctwie.
Ścisnął dłonie w pięści i z tą pewnością wszedł do swojego domu. Szczerbatek szedł wiernie jak zwykle tuż koło jeźdźca, dodając mu odwagi.
Przy palenisku siedziała Astrid, a obok niej, zajadająca śniadanie Mel, która wyglądała na wypoczętą. Jej ciemne kosmyki związane były w ciasny, schludny warkocz, którego kosmyki lekko wystawały na czoło dziewczynki. Czkawka wyczuł tu robotę Astrid.
Jego żona potrzebowała jedynie jednego spojrzenia na swojego męża, by wiedzieć, co zaszło w chacie mamy Mel, choć Czkawce wydawało się, że ukrył już wszystkie złe i smutne uczucia przed wszystkimi. Szkoda tylko, że nie przed swoją ukochaną.
Mel spojrzała bystro na jeźdźca.
- Jak czuje się moja mama? - zapytała twardym głosem. Być może była silniejsza od Czkawki, zastanowił się jednak Wiking.
- Chce ciebie zobaczyć - skłamał jeździec. Jego głos brzmiał, jakby nie pił od wielu tygodni, ale nie przejmował się nim.
Usta Mel na chwilę rozjaśnił uśmiech. Za pewne domyślała się, że jej mama czuje się lepiej, skoro sama poprosiła o spotkanie z córką. Całe szczęście, że Mel w tym momencie patrzyła na Astrid i nie widziała miny Czkawki. Mur, który zbudował dokoła swojego serca upadł, gdy jeździec uświadomił sobie jak okrutnie okłamał to dziecko.
- Dobrze, to chodźmy - odparła lekko Astrid, poprawiając włosy. Była o niebo lepszą aktorką niż jej mąż. Mel radośnie wybiegła z domu wodza, gdy tylko drzwi uchyliły się przed Szczerbatkiem. Smok odskoczył, gdy dziewczynka biegła przez pagórki Berk do swojego domu.
Astrid wtedy ściągnęła maskę, łapiąc Czkawkę za rękę i splatając z nim swoje palce.
- Naprawdę nie ma już żadnej szansy? - spytała cicho. Czkawka pokręcił w odpowiedzi głową.
- Gothi siedzi tam tylko po to, by łagodzić ból, poznaję niektóre zioła. Gorączka musiała trawić ją od wielu dni, Astrid - odparł, a dziewczyna zarzuciła mu na szyję swoje ręce, łkając w jego szyję. Czuł na karku ciepły oddech ukochanej. Szczerbatek znów skłonił głowę, skomląc cicho.
- Musimy tam iść za nią - powiedział Czkawka, przywołując i jeźdźczynię i smoka do porządku. - Nie może tam być sama.
Oboje szybko zgodzili się, idąc za wodzem. Astrid cały czas trzymała dłoń Czkawki, ale prawdopodobnie dlatego, że to jej pomagało. Druga ręka wodza spoczywała na głowie Nocnej Furii, która smęnie wlokła za sobą długi, czarny jak noc ogon.
- Zastanawiałeś się nad domem dla Mel? - spytała w końcu Astrid, gdy przebyli już połowę drogi. Czkawka wiedział, że ktoś w końcu zada to trudne pytanie.
Uniknął jednak odpowiedzi, udając, że się nad tym zastanawia, a Astrid, jak nie ona, nie drążyła więcej tego tematu. Pewnie wyczuła, że to dla wodza trudny temat.
Gdy dotarli bez słowa do pokoju, w którym leżała bezwiednie kobieta, zostawiając oczywiście biednego Szczerbatka pod drzwiami, zauważyli klęczącą obok łóżka Mel. Dziewczynka nie płakała, ale wpatrywała się w mamę, jakby samym spojrzeniem potrafiła przywrócić ją do życia.
Jej mama miała otwarte oczy, wokół których tworzyły się drobne zmarszczki. Uchyliła lekko usta, szepcząc:
- Mel, to ty skarbie...
- Tak, to ja - odparła słabo dziewczynka, łapiąc mamę za rękę. - Chciałaś mnie widzieć.
- Pewnie, że chciałam - odpowiedziała jej mama, ku uldze Czkawki. Czy Mel znienawidziłaby go za to kłamstwo. Widząc zmęczoną, ale przytomną kobietę, nadzieja znów zatliła się w jego sercu. Gothi siedziała cicho w kącie, przymykając oczy. Staruszka pewnie była śpiąca po całej nocy siedzenia przy chorej. - Musze ci coś powiedzieć, zanim...
W oczach Mel zebrały się gorzkie łzy. Astrid, stojąca obok Czkawki zakryła sobie usta dłonią.
- Nie płacz - nakazała jej mama. - Jesteś Mel, córka Storczyka Wędrowca, pamiętaj o tym. - dziewczynka szybko otarła łzy, jakby w strachu przed ostrym tonem mamy. Kobieta odetchnęła głęboko, łapiąc powietrze, po czym wyszeptała znów jeszcze bradziej słabym głosem niż wcześniej: - Nie zostało mi dużo czasu, ty to na pewno wiesz, bo jesteś bardzo mądra. Obiecaj mi, że nie będziesz płakać, gdy odejdę.
Mel spojrzała na nią ze zdziwieniem i strachem, otwierając szeroko małe usteczka.
- Ale mamo, ja...
- Obiecaj - nakazała jej mama, zamykając znów oczy. Każde słowo sprawiało jej ból.
Dziewczynka w końcu schyliła głowę ze smutkiem i wyszeptała:
- Obiecuję.
Mama Mel dyszała jeszcze ciężko, ale jej wzrok wkrótce przeniósł się na Czkawkę. Po jej stalowym spojrzeniu widać było, że nawet tak chora i słabowita w tej chwili kobieta ma charakter, który musiał powstrzymywać ją przez te wszystkie lata od przyjaźni ze smokami.
- Smoczy Jeźdźcu - jej usta poruszyły się lekko. Astrid puściła ramię Czkawki, jakby kazała mu podejść do kobiety.
Czkawka zajął miejsce przy Mel, klęcząc obok łoża jej matki. Dziewczynka nadal trzymała ją za rękę.
- Ktoś musi się zająć Mel - oczy kobiety zaszły mgłą bólu i zmęczenia. Jej widok był naprawdę ciężki dla oka.
- Wiem - odparł spokojnie Czkawka.
- Dopilnujesz tego? - głos chorej już całkiem wypłowiał, jak liście późną jesienią. Czkawka wolałby, jakby nie mówiła już nic więcej, skoro słowa sprawiały jej taki ból.
- Przysięgam - powiedział wódz, patrząc w oczy mamie Mel.
Gothi stuknęła lekko laską, wskazując coś Czkawce ruchem głowy. On jednak nie zrozumiał jej gestu. Mel dalej trzymała mamę za rękę, jakby wokół niej nie stali inni Wikingowie, jakby dalej trwała samotnie przy mamie.
Astrid zakrywała usta dłonią, a jej oczy zaszkliły się od nadmiaru emocji. Wpatrywała się z goryczą w całą tę scenę, jakby była daleko stąd, całkiem obca.
Mel od swojego wcześniejszego płaczu, gdy mama ją uspokoiła, nie uroniła już ani łzy. Mama dziewczynki zamknęła spokojnie oczy, jakby spała. Jej klatka piersiowa unosiła się wolno, gdy oddychała. Czkawka pomyślał w pewnym momencie o Pyskaczu i o jego śmierci. Patrząc na to z dystansu, wolał fakt, że stary Wiking umarł nagle i bezboleśnie niż miałby się tak męczyć, jak mama Mel.
Siedzieli tak dłuższy czas. Czkawka ani na chwilę nie zostawił Mel samej przy łóżku mamy, a Astrid czuwała nad nimi, stojąc dalej, przy ścianie. Gothi nuciła coś pod nosem, zamykając przy tym oczy i kołysząc się lekko, jakby targał nią lekki, wiosenny wiatr.
Wszyscy Wikingowie zebrali się na klifie, jak zawsze, gdy żegnali jednego ze swoich. Samotna łódź płynęła wolno. Wiatr był wolny, uciszony, jakby na wieść o stracie kolejnego człowieka Wandali.
Astrid trzymała Mel za rączkę. Dziewczynka pomimo zregenerowania sił i napełnienia pustego żołądka, wyglądała na bardziej wychudzoną, niż gdy Czkawka znalazł ją w jej domu, usługującą chorej mamie. Pod jej oczami widniały szare plamy, choć dziewczynka, jak obiecała mamie, nie płakała.
Po wypowiedzeniu sekwencji i wystrzeleniu pierwszej strzały, Czkawka stanął przy Astrid i Mel, patrząc, jak łódź zajmuje się żywym ogniem. Po raz pierwszy od dłuższego czasu czuł tak wielkie zagubienie. Dalej zastanawiał się, co zrobić w sprawie Mel. Niemniej jednak wiedział, że musi znaleźć dziewczynce dom. Obiecał to w końcu jej mamie, która teraz znikała za horyzontem w bladozłotych płomieniach.
Czkawka zdecydował się w końcu na poważną rozmowę z Astrid. Musieli dobrze przemyśleć, jaki krok teraz podejmą. Wybrali się więc na spacer, gdy zachodziło słońce. Valka zabrała Mel na przechadzkę z jej Chmuroskokiem. Chciała też spędzić z dziewczynką trochę czasu, Czkawka domyślał się, że dlatego, że dobrze znała jej ból. Straciła w końcu męża kilka lat temu.
- W ciągu kilku dni znów się coś zmieniło - jęknęła Astrid, wpatrując się w ocean. Jej niesforne blond kosmyki powiewał wiatr. Czkawka kiwnął głową bez słowa. Taka była prawda. - Mam dość pogrzebów w Berk, Czkawka - mówiąc to, wtuliła się w ramię chłopaka. Za każdym razem, gdy ich ciała się stykały, po skórze chłopaka przechodził dreszcz.
- Nie mówmy o tym - poprosił wódz, bo przed oczami znów widział Pyskacza. Jego przyjaciel namawiałby go teraz do uśmiechu, do zmierzenia się z przeciwnościami.
Dalej trzymając się za ręce usiedli w swoim ulubionym miejscu, czyli na klifie. Spoglądali stąd na rzadkie mewy, które szybowały tuż nad pryskającą wodą, uderzającą z siłą o skały wyspy. Dziwne, że ptaszyska nie wystraszyły się mieszkających na wyspie smoków.
- Mel jest taka słaba... - zaczęła znów Astrid, a na jej twarzy pojawił się grymas. - Co jeśli nie poradzi sobie z tym wszystkim?
Czkawka pomyślał sobie, że tak naprawdę nie wie, co czuje dziewczynka, bo choć przez większość życia nie miał mamy, a jego ojciec umarł kilka lat temu, to tak naprawdę nigdy nie był sierotą.
- Jest silniejsza niż ci się wydaje - powiedział spokojnie, ważąc każde słowa. Spojrzał na swoją ukochaną. - Jest tak silna, jak ty.
Na twarzy Astrid wpierw pojawiło się zaskoczenie, potem kąciki jej ust wygięły się, co prawie przypominało uśmiech. Zaczęła bawić się cienkimi listkami trawy, wyrywając ją i przerzedzając między cienkimi, silnymi palcami wojowniczki, w których tak często trzymała swój topór.
- Ktoś musi się nią zająć, Czkawka - znów ten sam temat, pomyślał chłopak, choć prawda była taka, że nawet, gdyby rozmawiali o motylach, w głowie siedziałby mu temat Mel. Był zbyt rozważny, by choć na chwilę odpuścić, gdy teraz od jego decyzji zależało dobro małego dziecka. - Myślałeś o tym - dodała, widząc wyraz twarzy męża.
Czkawka kiwnął.
- Ale nic nie wymyśliłem, As, naprawdę. - westchnął.
- Czkawka - warknęła w końcu, siadając tak, by być z nim twarzą w twarz. - Sprawa jest prosta: albo my zaopiekujemy się Mel, albo oddamy ją do obcych ludzi.
- My też jesteśmy dla niej obcy - zauważył Czkawka, patrząc wprost na rozżarzone zniecierpliwieniem oczy dziewczyny, których błękit przypominał mu gejzery na wyspach archipelagu wschodniego, do którego często witali ze Szczerbem.
- Ale nam ufa - broniła się dziewczyna. Igram z ogniem, przypomniał sobie Czkawka, patrząc uważnie na swoją ukochaną. Była dla niego wszystkim, nawet ze swoim wybuchowym temperamentem, który tak naprawdę szczerze w niej uwielbiał. - Co jeśli zamknie się w sobie od śmierci mamy? - spytała nieco łagodniej.
Czkawka przez chwilę nie odpowiadał na to pytanie. Wiedział, że to możliwe. Od momentu rozmowy z mamą, Mel nie odezwała się do nikogo ani słowem. Nagle wpadło mu coś do głowy.
- Znałem chłopaka - zaczął, przyciągając wzrok blondwłosej jeźdźczyni. - który tak samo jak ona stracił matkę. Tak naprawdę nawet jej nie pamiętał. - irytująca zabawa trawą Astrid najwyraźniej była zaraźliwa, skoro sam zaczął skubać rosnącą dokoła kępę. - Przełamał się dopiero wtedy, gdy poznał takiego, jak on. Tak samo dzikiego i nieuchwytnego, a jednocześnie zamkniętego i cichego.
Astrid westchnęła.
- Czkawka, wiele można o tobie powiedzieć, ale ty nigdy nie byłeś... zagubiony. Zawsze wiedziałeś, co robić, miałeś cel. - mówiła Astrid, spoglądając w odległą granicę między morzem, a niebem. - Mel ma inaczej. Myślisz, że smok pomoże na jej smutek?
- Jestem tego pewien - powiedział Czkawka, wpatrując się w oczy dziewczyny z pewnością, jaką rzadko kiedy odczuwał, odkąd został wodzem. Choć inni mieli o nim inne zdanie, jako ten sławny Smoczy Jeździec latający na potężnej Nocnej Furii, on wahał się przy każdej decyzji i nie był pewien swoich racji.
Astrid zatrzepotała rzęsami, mocno zdziwiona.
- Zabrzmiałeś dokładnie jak Stoick - wyszeptała z podziwem.
Chciałabym podziękować wszystkim - małym i dużym, obserwującym i tym, którzy wchodzą tylko od czasu do czasu, komentującym i tylko czytającym... Dzięki wam jestem tu, gdzie jestem i mam nadzieję, że mój blog w żaden sposób was nie zniechęcił do dalszego czytania. Nie chcę, żebyście mieli do mnie pretensji, że piszę teraz tak, a nie inaczej, że bohaterowie podejmują takie, a nie inne decyzje, że Berk stale się zmienia. Ja również inaczej patrzę na niektóre elementy, dlatego myślę postacie również dochodzą do różnych wniosków :) mam nadzieję, że się nie znudziliście, mówiąc wprost :D
I chciałabym podziękować Realistycznej Marzycielce za nominację do LBA. Odpowiedzi na pytania zamieszczę tutaj, żeby nie drażnić was nowym, wyskakującym postem i reakcją "aaa, to tylko nominacja Just".
Tak więc, lecimy:
1. Czemu zaczęłaś pisać?
Bo mam niewiarygodnie wielką wyobraźnię i chcę choć część z mojego umysłu przekazać innym, bo mogli mnie zrozumieć i zaciekawić się moim podejściem do życia. Oraz poznać mnie, co według mnie jest niemożliwe, nie wiedząc, co mi siedzi w głowie. A blog o Czkastrid wziął się z uwielbienia przeze mnie serii i zafascynowaniem ich pary, mówiąc wprost.
2. Skąd czerpiesz inspirację?
Zamykam oczy, widzę Berk. Po chwili myśli i opcje pojawiają się same. Wtedy wybieram te najlepsze i buduję z nich zdania :)
3. Masz jakiś rytuał, jaki odprawiasz przed napisaniem rozdziału?
Nieee, raczej nie. Najczęściej teraz, gdy kończę rozdział, zaczynam pisać początek następnego, by łatwiej wyłapać klimat, gdy będę kontynuować ;P
4. Czy gdybyś mogła zmieniła/skasowała jakąś sytuację ze swojego życia?
Jeśli chodzi o takie najgorsze kwestie typu - złamane serce, kłótnie z rodzicami... Nie. Nie skasowałabym ich, bo dzięki nim jestem twardsza i inaczej podchodzę do życia. Jedynie skasowałabym mój wypadek z gimnazjum, gdy założyłam do szkoły spódnicę i miałam mały wypadek na boisku...
5. Co uważasz za najważniejsze w życiu?
Wiara. Jak dla mnie. Nawet gdy oddalam się od Tego, bez którego moje życie jest bez sensu, to dalej krocze jego drogami i wyznaję jego zasady. I tylko dlatego jeszcze jestem stała emocjonalnie i psychicznie :)
wtorek, 7 lipca 2015
sobota, 4 lipca 2015
Opieka
Czkawka jak każdego ranka doglądał spraw Berk, jednocześnie spacerując ze Szczerbatkiem. Smok wolałby oczywiście długi i szalony lot, ale towarzystwo jego przyjaciela chyba mu wystarczało. Od kilku dni tak naprawdę nic nie zaprzątało głowy wodza, bo Akademia spisywała się naprawdę nieźle bez jego doglądania, a Hassa jak się okazało szybko przystosował się do panującej na wyspie atmosfery. Ku swojej uldze, Czkawka nie musiał już szukać kowala, bo chłopak szybko zabrał się do roboty. Na wieść, że pół swojego życia spędził w kuźni, Czkawka przyjął go od razu. Poza tym, jeśli był naprawdę synem pyskacza, musiał odziedziczyć zdolności po swoim utalentowanym ojcu.
Ostatnio nawet Czkawce udało się zabrać Mel na wspólny lot po raz drugi. Tym razem jednak widział po dziewczynce, że mniej bała się Szczerbatka, a może latanie zafascynowało ją tak bardzo, że zapomniała o strachu. Tak czy owak, częściej zbliżała się do smoka, nie mówiąc o tym, że pogłaskała go na pożegnanie. Szczerbatek oczywiście bardzo chętnie brał udział w pomyśle Czkawki, bo miał nadzieję na pieszczoty dziewczynki no i oczywiście mógł latać ze swoim jeźdźcem, co sprawiało mu wiele radości.
- To co, Mordko, lecimy? - spytał, dotykając swojego siodła, gdy przejrzał już chyba całą wioskę i porozmawiał z jej mieszkańcami.
Smok nie musiał odpowiadać, pokazując mu łobuzersko jęzor. Czkawka wskoczył na siodło i już po chwili obaj wzbili się z siłą w powietrze. Miejsce, które było pod nimi coraz rzadziej przypominało Czkawce to samo miejsce, w którym się urodził i wychował, gdy jego plemię jeszcze zabijało smoki. Nie chodzi już o samo nastawienie Wikingów, ale nawet o wystrój wyspy. Wszystko, co zostało zmienione lub dodane od tamtej pory miało swój cel, albo by wspomagać Wikingów, albo by udogodnić życie smokom. Jeźdźcy zadbali też o motywy i barwy, więc dużo domów i budynków ozdabiały ręczne rysunki. Właśnie te kolorowe farby przypominały Czkawce o zbliżających się Wyścigach Smoków.
Lecieli tak - smok i jeździec, gdy nagle zauważyli dobrze im znaną postać, idącą spokojnie po klifie. Astrid trzymała w rękach chyba jakąś książkę, co zdołał zaobserwować Czkawka i nie zwróciła uwagi na podlatującego w jej stronę jeźdźca.
Czkawka zsiadł szybko ze Szczerbatka, głaszcząc go przy tym pod brodą i podbiegł do ukochanej.
- Cześć, skarbie - powiedział, całując ją w policzek. Astrid zamrugała gwałtownie, jakby wystraszyła się Czkawki, ale szybko odnalazła się w sytuacji.
- Och, cześć, Czkawka - odparła smętnie, dalej wbijając wzrok w stronnice księgi.
- Ktoś tu wstał chyba dzisiaj lewą nogą - drążył dalej Wiking. Szczerbatek wiernie za nim podążał.
- Ja? Nie, no skąd - mruknęła Astrid, jakby próbowała nie dać po sobie poznać markotnego humoru.
- Spokojnie, twój książę jest tuż obok - Czkawka wypiął dumnie pierś, maszerując obok. Ku jego uldze na twarzy dziewczyny pojawił się uśmiech przez jego wygłupy.
- Taki książę, a nie wie, co niepokoi królewnę? - spytała z powątpieniem Astrid, a Czkawka podrapał się z zażenowaniem po głowie. Na jego reakcję dziewczyna zachichotała.
- No dobra, tę rundę wygrałaś - przyznał wódz, drapiąc głowę Nocnej Furii, przyglądającej mu się, jakby naprawdę był jakimś księciem.
- Jak każdą, Czkawka - westchnęła Astrid, przytrzymując w zębach kawałek węgla, a drugim coś dopisując w książce.
Wódz zatrzymał ją w końcu za ramię.
- No hej, nie możesz mi powiedzieć? - stęknął, gdy już naprawdę wyczerpały się jego pomysły na temat, co może niepokoić dziewczynę. Astrid w końcu poddała się mężowi, gdy ten spróbował sięgnąć jej ust z nad lektury.
Szczerbatek mruczał coś pod nosem, ignorując całującą się parę.
- To powiesz mi? - zapytał Czkawka, dalej stykając się z Astrid nosami.
Dziewczyna westchnęła.
- Wiesz... od kilku dni nigdzie nie mogę znaleźć Mel. Nie przychodzi na zajęcia, nikt jej nie widział. Chciałam ją nawet odwiedzić, ale...
- Zaraz, moment - powstrzymał ją Czkawka, równie zaniepokojony. - Latałem z nią jakieś kilka dni temu.
- No tak, ale od tamtej pory nikt nie wie, co się z nią dzieje. Praktycznie nie wychodzi z domu. - powiedziała Astrid, wzruszając ramionami.
- Dobra, sprawdzę to - obiecał jej Czkawka, zerkając na gotową do lotu Furię. - Ale ty się już tym nie przejmuj - poprosił.
- Skoro mój książę się tym zajmie... - mruknęła Astrid, posyłając mu całusa, choć nie wyglądała na pocieszoną.
Czkawka nie czekając na specjalną prośbę, wsiadł na Szczerbka i obaj poszybowali znów w stronę Berk, szukając po drodze małej Mel. Wódz zauważył tylko Grubego i Wiadro, szykujących się do odprawy na porcie oraz Sączyślina Jorgensona, idącego radośnie z Wielkiej Sali. Poza nimi nikt nie przemieszczał się po wiosce, bo nie była to wyjątkowo pracowita pora. Tym bardziej, że lata w Berk ostatnio bywały naprawdę upalne. Przez chwilę Czkawka pozazdrościł Grubemu i Wiadru ich pracy - przynajmniej będą nad wodą.
- Nie widzisz jej? - zapytał Szczerbatka, rozglądając się. Smok jęknął tylko w odpowiedzi. Naprawdę polubił małą dziewczynkę i to nie tylko ze względu na swojego jeźdźca.
- Dobra, leć do jej domu. - powiedział Czkawka.
Dom Mel i jej mamy znajdował się na krańcu osady, z prostego powodu - jej mama nigdy nie wybaczyła smokom utraty męża i podobnie do Pleśniaka nie zamierzała nawiązywać przyjaźni z tymi stworzeniami. Nic dziwnego więc, że ludzie w Berk rzadko widywali ostatnio jej córkę.
Gdy dolecieli, lądując przy tym gładko jak piórko, Czkawka zawahał się przed drzwiami. Astrid już próbowała ją odwiedzić, przypomniał sobie, ale postanowił spróbować, stukając w heblowane drzwi.
Odczekali chwilę ze smokiem, ale nikt nie odpowiedział. Szczerbatek spojrzał zachęcająco na drzwi i Czkawka posłuchał jego rady, wchodząc do środka.
Wokół panował mrok, wszystkie okna były pozamykane. Czkawce przeszło przez myśl, że strach przed smokami to jedno, a umiłowanie samotności to drugie, gdy nagle usłyszeli hałas po swojej lewej stronie, jakby cała zbrojownia starej kuźni Pyskacza, którą teraz dziedziczył Hassa, spadła z hukiem na podłogę.
Oczy jeźdźca zdołały przyzwyczaić się już do panującej ciemności i Czkawka zauważył po tamtej stronie Mel, stojącą wśród brudnych metalowych misek i półmisków.
- Mel, coś się stało? - spytał Czkawka, rozglądając się po zagraconym pomieszczeniu.
- Nie, nie, nic - odpowiedziała cicho dziewczynka drżącym głosem.
- Na pewno? - dopytywał się jeździec, podnosząc z podłogi część misek, która poturlała się pod jego nogi. W sumie nogę.
- Tak, bardzo przepraszam - odparła Mel, zostawiając miski i rzucając się ku drzwiom, z których dobiegało ciche zawodzenie.
Czkawka popatrzył zagadkowo na smoka i sam ruszył za dziewczynką. Wiedział, że w tym domu smoki nie są uznawane za przyjaciół, więc nakazał przyjacielowi zaczekać na niego na zewnątrz.
Gdy jeździec wszedł za Mel do małej sieni, zauważył, że na łóżku leży jej mama, przykryta futrem jaka i to ona wydawała te odgłosy. Przy jej twarzy paliła się mała świeca, ukazując jej spoconą i zmęczoną twarz. Za pewne nie czuła się najlepiej.
Mel usiadła obok niej, wykręcając w dłoni mokrą ścierkę i położyła mamie opiekuńczo na głowę, jakby miało to jej pomóc w cierpieniu. Czkawka był zszokowany widokiem, jaki zobaczył. Więc to dlatego mała nie przychodziła do Akademii, pomyślał. Opiekowała się chorą mamą.
- Mógłby wódz wyjść? - rzekła piskliwie Mel, obracając się na moment. Na jej policzkach jeździec zauważył zaschnięte łzy. Za nic nie mógłby teraz wyjść.
- Od jak dawna twoja mama choruje? - zapytał zamiast tego, zbliżając się do dziecka.
Mel otarła głośno nos.
- Od kilku dni, ale nie potrafię jej pomóc. - odpowiedziała cicho, ocierając mamie pot z czoła.
- Dlaczego nie poprosiliście nikogo o pomoc? Nie wezwaliście Gothi? - zdziwił się Czkawka. Mel skrzywiła się.
- Moja mama jej nie znosi. Zresztą nie miałaby jak się dostać do jej chaty.
- Mel, przecież mogłem tu przywieźć Gothi - westchnął Czkawka i nie czekając na odpowiedź dziewczynki, wyszedł z domu i wsiadł na Szczerbatka.
Po drodze opowiedział szybko smokowi całe zajście. Nocna Furia zrozumiała go doskonale i szybowała szybciej ku podniebnej chacie staruchy. Czkawka nie musiał długo przekonywać wieszczki, by z nim poleciała. Od razu porzuciła wszystko, co do tej pory robiła, ruszając z pomocą. Czkawka wiedział, że w niektórych sprawach ważne jest szybkie reagowanie, a nie wiadomo, co dolegało mamie Mel, więc tym sprawniej musiała pójść pomoc.
Gothi, trzymając się o lasce, dotarła do pomieszczenia, w którym leżała bezwiedni mama dziewczynki, przyglądając się jej dokładnie. Nawet jeśli Mel mówiła prawdę i jej mama rzeczywiście nie znosiła wieszczki, to nie wydała żadnego pomruku, nawet, jeśli miała świadomość, że Gothi jest przy niej, co było mało prawdopodobne.
Mel cały czas asystowała staruszce, aż Gothi spojrzała znacząco na Czkawkę. Jeździec zrozumiał w lot, o co chodzi wieszczce, więc przykucnął przy progu, szepcząc:
- Mel, podejdź do mnie.
Dziewczynka bez słowa wykonała prośbę, oglądając się wciąż w stronę mamy. Czkawka objął ją troskliwie i wyszeptał jej do ucha:
- Myślę, że twoja mama potrzebuje odpoczynku. Już dość zrobiłaś, daj teraz działać Gothi.
Mel znów spojrzała w tył, jakby w ciągu tych kilku słów wodza jej mama mogła nagle wyzdrowieć. Gothi położyła dłoń na mokrym czole kobiety i uścisnęła jej rękę. Pozostałych czynności, jakie wykonywała, Czkawka nie rozumiał i chyba nie chciał zrozumieć. Są sprawy, w których tylko starsze plemion mają wystarczającą wiedzę i nikt ich nie zastąpi.
- Ona mnie potrzebuje - powiedziała poważnie dziewczynka i w tym momencie wydawała się Czkawce o wiele dojrzalsza, niż wskazywałby na to jej wiek.
- Potrzebuje fachowej opieki, Mel - powiedział jeździec z przekonaniem. - Nikt nie jest w stanie jej pomóc tak, jak Gothi, nawet ktoś tak opiekuńczy, jak ty.
Stali tak może pół godziny, patrząc na dziwne i tajemnicze umiejętności wieszczki. Gothi wyciągała ze swojego poręcznego pakunku różne substancje i wlewała je wprost do gardła kobiety. Chyba musiała znać chorobę, skoro podawała swoje medykamenty, pomyślał Czkawka. Znów do jego głowy wpadła szybka myśl, gdy zerknął do głównego pokoju, na leżącą na podłodze Nocną Furię, która nie potrafiła zostawić Wikinga samego w obcym domu.
- Szczerbatku - zwrócił się do smoka, dalej trzymając Mel za ramię, jakby próbował dodać jej otuchy. - Leć po Śledzika. Tylko on potrafi porozumieć się z Gothi.
Smok kiwnął szybko głową i wyskoczył jak z procy z drewnianej chaty, gnając na swoich czterech łapach w stronę wioski. Nocne Furie naprawdę potrafiły szybko biegać, gdy zaszła taka potrzeba. A Szczerbatek rozumiał, że właśnie teraz była ta szczególna potrzeba.
- Mama nie chciałaby, żeby tyle osób było w jej domu - mruknęła pod nosem Mel, ale jakby do siebie. Czkawka nie wiedział, jak ma dodać otuchy małej.
Gdy jednak wrócił Szczerbatek ze Śledzikiem, okazało się, że wcale nie musiał uspokajać dziewczynki. Ona sama podbiegła do smoka, obejmując go. Najwyraźniej smok był najlepszym lekarstwem na strachy i smutki u dzieci. Interesujące...
Gothi rozsypała garść piachu na podłogę i napisała swoją laską kilka runów. Czkawka rozpoznał niektóre z nich, ale były to stare runy i nawet z tak dobrym okiem nie potrafił ich zrozumieć. Śledzik natomiast znał i prastare runy i te nowożytne, więc odczytanie słów Gothi nie było dla niego skomplikowane.
- Mówi, że jeśli gorączka... - Czkawka nagle zasłonił usta przyjaciela ręką, oglądając się do pokoju, w którym Mel głaskała Szczerbatka.
- Ciszej - syknął. - Chyba nie chcesz jej jeszcze bardziej straszyć?
- A, no dobrze, przepraszam, Czkawka - stęknął Śledzik, ściszając głos. - tak, czy inaczej, Gothi mówi, że jeśli gorączka utrzymuje się od kilku dni, to jest to naprawdę poważny stan. Mówi też, że po podaniu jej lekarstw, gorączka albo spadnie, albo...
- Nie kończ - poprosił Czkawka. Nie chciał wyobrażać sobie, że Mel miałaby zostać sierotą. Dokąd miałaby się wtedy udać? Nie miała w Berk żadnej innej rodziny.
- Gothi obiecała, że przy niej zostanie przez tą noc, ale mówi też, że ktoś musi się zająć małą. - dokończył Śledzik.
Czkawka kiwnął głową. To było jasne, że Mel nie powinna siedzieć tu z ciężko chorą mamą. To dla dziecka ogromny cios. Miał tylko nadzieję, że Astrid nie będzie miała nic przeciwko, jeśli dziewczynka na trochę zostanie u nich. Przynajmniej do wyzdrowienia jej mamy. Drugiej opcji nawet nie chciał brać pod uwagę.
- Dzięki, Śledzik - szepnął Czkawka, kładąc rękę na ramieniu przyjaciela.
- Mogę siedzieć przy Gothi przez pewien czas - zaoferował się Śledzik. - Ktoś musi cię powiadomić, jeśli coś się zmieni.
- To dobry pomysł - pochwalił go wódz. - Na pewno dasz radę?
- Czkawka, chcesz mnie teraz obrazić? - Śledzik skrzyżował dłonie, wpatrując się z lekkim uśmieszkiem w towarzysza. - Po prostu zajmij się swoimi obowiązkami. Aa, i weź ze sobą Mel. Ja i Sztukamięs zajmiemy się resztą.
- Acha, - odparł jeździec, przypominając sobie o czymś. - Pamiętaj, że w tym domu nie toleruje się zbytnio smoków. Gdyby nie to, jak Mel reaguje na Szczerbatka, wolałbym, żeby czekał na mnie na zewnątrz.
- Dobrze, zapamiętam - obiecał Śledzik, kiwając głową. Jego pyzate policzki śmiesznie się poruszyły przy tym ruchu.
Czkawka miał przed sobą teraz prawdziwe wyzwanie - jak przekonać małą dziewczynkę, żeby zostawiła mamę pod opieką Gothi? Wszedł do pokoju, w którym Mel siedziała na podłodze, przyciskając do siebie nogi. Koło niej drzemał Szczerbatek.
- Mel - Czkawka podrapał się po głowie, jak zawsze, gdy czuł nie niezbyt pewnie. - Gothi uważa, że powinnaś chwilę odpocząć. Ona i Śledzik dadzą sobie radę w doglądaniu twojej mamy, możesz mi wierzyć.
Dziewczynka wydawała się za bardzo oszołomiona całym tym zajściem, by zrozumieć słowa jeźdźca. Czkawka obiecał sobie, że Mel nie dowie się nigdy, jak wielkie jest ryzyko, że jej mama nie poradzi sobie z rosnącą gorączką.
- Ale na pewno nie będzie mnie potrzebować? - zająknęła się, znów zerkając w stronę łóżka. Naprawdę bardzo ją kocha, pomyślał Czkawka. Wiedział, że gdyby Valka zachorowała, zachowywałby się tak samo.
Szczerbatek uchylił leniwie powieki. Najwyraźniej usłyszał szept swojego jeźdźca.
- Jesteśmy o tym przekonani - odparł, wiedząc, że autorytet Gothi niewiele skutkuje przy dialogach z małą. Ta rodzina, jak na Wandali, miała naprawdę dziwne podejście do tradycji. W sumie on też się wykazał, przełamując tradycję zabijania smoków, więc miał w tych sprawach doświadczenie.
- Jeśli to pomoże mojej mamie... - zaczęła Mel, ale szybko znów stała się podejrzliwa. - Ale będę ją mogła potem odwiedzić?
- Jestem tego pewny - obiecał jej w tym momencie Czkawka. Wiedział, że stąpa po cienkim lodzie.
- Dobrze - zgodziła się cicho Mel. Jeździec nie poznawał, że to ta sama rozemocjonowana i bystra dziewczynka, która uczęszczała na zajęcia w Smoczej Akademii. Miała podkrążone oczy i wyglądała na wygłodniałą. Że też wcześniej nie zauważył jej nieobecności w Berk... Nie mógł sobie tego wybaczyć, ale z drugiej strony niecodziennie sprawdzał zmagania jeźdźców z ich uczniami, co ani na chwilę nie zgasiło jego wyrzutów sumienia.
Czkawka siedział przy palenisku wieczorem, ogrzewając dłonie, jednocześnie przyglądając się śpiącej obok niego Mel. Dziewczynka po zjedzeniu dość dużej porcji jak na nią, zapadła od razu w sen. Wódz cały czas nie potrafił pojąć, jak takie małe dziecko miało w sobie tak wiele siły, by dbać o siebie i mamę przez ten czas.
Szczerbatek wygrzewał się tuż obok nóg jeźdźca, rozkoszując się ciepłem paleniska.
- Myślisz, że jak Astrid zareaguje, gdy zobaczy, że mamy gościa? - spytał smoka Czkawka. Szczerbatek także patrzył na małą niemal z troską. Faktycznie, wiele przeszła. Najpierw śmierć ojca, teraz choroba matki...
Wódz odgarnął z czoła brązowe kosmyki dziewczynki, które przeszkadzały jej w spokojnym śnie. Przez chwilę trzymał rękę w górze, po czym pogłaskał dziecko po policzku troskliwie. Sam nie wiedział, skąd wzięło mu się na taką ckliwość wobec małej. Szczerbatek przyglądał mu się z ciekawością.
- No co? - burknął jeździec, gdy do domu weszła jego wybranka.
Astrid postawiła obok drzwi swój topór, ziewając przeciągle.
- Czkawka, ale miałam dziś dzień... - zaczęła, ale jeździec szybko nakazał jej gestem milczenie. Dopiero wtedy Astrid zauważyła śpiącą Mel.
- Och - zdołała wydobyć z siebie tylko.
Czkawka zrelacjonował jej krótko sytuację Mel, gdy tylko jego żona zajęła miejsca tuż obok, głaszcząc jak to miała w zwyczaju Szczerbatka. Ten smok miał naprawdę szczęście do pieszczot. Gdy Czkawka skończył opowiadać, Astrid wydawała się bardzo poruszona.
- Dobrze zrobiłeś, sprowadzając ją tutaj. Nie powinna oglądać matki w takim stanie... - przez moment Czkawka przypomniał sobie, że przecież matka dziewczyny też chorowała, czego efektem był jej skok z klifów. Jak mógł przez chwilę zastanawiać się, jak zareaguje Astrid na obecność Mel, gdy widział w jej twarzy tyle współczucia.
- Śledzik i Gothi są cały czas przy jej mamie. - dopowiedział Czkawka. - Myślę, że powinienem zmienić, przynajmniej Śledzika. Już wystarczająco długo tam siedzi.
Astrid kiwnęła głową, klękając obok dziewczynki. Jej małe usteczka poruszały się rytmicznie, gdy Mel oddychała.
- Taka maleńka, a tyle wycierpiała - szepnęła Astrid, po czym pocałowała ją w czoło. - Niech sobie śpi, ja będę mieć na nią oko.
- Kochana jesteś - odparł tylko Czkawka, po czym zwrócił się do swojego smoka. - Zostajesz, czy idziesz ze mną?
Szczerbatek zerknął najpierw na jeźdźca, potem na Astrid, po czym westchnął szeroko. Nie było wątpliwości, czy woli zostać, czy pałętać się po wiosce po nocy. Czkawka uśmiechnął się słabo.
- Zapamiętam to sobie, mazgaju - mruknął, nieco rozbawionym tonem, zamykając za sobą drzwi.
Ostatnio nawet Czkawce udało się zabrać Mel na wspólny lot po raz drugi. Tym razem jednak widział po dziewczynce, że mniej bała się Szczerbatka, a może latanie zafascynowało ją tak bardzo, że zapomniała o strachu. Tak czy owak, częściej zbliżała się do smoka, nie mówiąc o tym, że pogłaskała go na pożegnanie. Szczerbatek oczywiście bardzo chętnie brał udział w pomyśle Czkawki, bo miał nadzieję na pieszczoty dziewczynki no i oczywiście mógł latać ze swoim jeźdźcem, co sprawiało mu wiele radości.
- To co, Mordko, lecimy? - spytał, dotykając swojego siodła, gdy przejrzał już chyba całą wioskę i porozmawiał z jej mieszkańcami.
Smok nie musiał odpowiadać, pokazując mu łobuzersko jęzor. Czkawka wskoczył na siodło i już po chwili obaj wzbili się z siłą w powietrze. Miejsce, które było pod nimi coraz rzadziej przypominało Czkawce to samo miejsce, w którym się urodził i wychował, gdy jego plemię jeszcze zabijało smoki. Nie chodzi już o samo nastawienie Wikingów, ale nawet o wystrój wyspy. Wszystko, co zostało zmienione lub dodane od tamtej pory miało swój cel, albo by wspomagać Wikingów, albo by udogodnić życie smokom. Jeźdźcy zadbali też o motywy i barwy, więc dużo domów i budynków ozdabiały ręczne rysunki. Właśnie te kolorowe farby przypominały Czkawce o zbliżających się Wyścigach Smoków.
Lecieli tak - smok i jeździec, gdy nagle zauważyli dobrze im znaną postać, idącą spokojnie po klifie. Astrid trzymała w rękach chyba jakąś książkę, co zdołał zaobserwować Czkawka i nie zwróciła uwagi na podlatującego w jej stronę jeźdźca.
Czkawka zsiadł szybko ze Szczerbatka, głaszcząc go przy tym pod brodą i podbiegł do ukochanej.
- Cześć, skarbie - powiedział, całując ją w policzek. Astrid zamrugała gwałtownie, jakby wystraszyła się Czkawki, ale szybko odnalazła się w sytuacji.
- Och, cześć, Czkawka - odparła smętnie, dalej wbijając wzrok w stronnice księgi.
- Ktoś tu wstał chyba dzisiaj lewą nogą - drążył dalej Wiking. Szczerbatek wiernie za nim podążał.
- Ja? Nie, no skąd - mruknęła Astrid, jakby próbowała nie dać po sobie poznać markotnego humoru.
- Spokojnie, twój książę jest tuż obok - Czkawka wypiął dumnie pierś, maszerując obok. Ku jego uldze na twarzy dziewczyny pojawił się uśmiech przez jego wygłupy.
- Taki książę, a nie wie, co niepokoi królewnę? - spytała z powątpieniem Astrid, a Czkawka podrapał się z zażenowaniem po głowie. Na jego reakcję dziewczyna zachichotała.
- No dobra, tę rundę wygrałaś - przyznał wódz, drapiąc głowę Nocnej Furii, przyglądającej mu się, jakby naprawdę był jakimś księciem.
- Jak każdą, Czkawka - westchnęła Astrid, przytrzymując w zębach kawałek węgla, a drugim coś dopisując w książce.
Wódz zatrzymał ją w końcu za ramię.
- No hej, nie możesz mi powiedzieć? - stęknął, gdy już naprawdę wyczerpały się jego pomysły na temat, co może niepokoić dziewczynę. Astrid w końcu poddała się mężowi, gdy ten spróbował sięgnąć jej ust z nad lektury.
Szczerbatek mruczał coś pod nosem, ignorując całującą się parę.
- To powiesz mi? - zapytał Czkawka, dalej stykając się z Astrid nosami.
Dziewczyna westchnęła.
- Wiesz... od kilku dni nigdzie nie mogę znaleźć Mel. Nie przychodzi na zajęcia, nikt jej nie widział. Chciałam ją nawet odwiedzić, ale...
- Zaraz, moment - powstrzymał ją Czkawka, równie zaniepokojony. - Latałem z nią jakieś kilka dni temu.
- No tak, ale od tamtej pory nikt nie wie, co się z nią dzieje. Praktycznie nie wychodzi z domu. - powiedziała Astrid, wzruszając ramionami.
- Dobra, sprawdzę to - obiecał jej Czkawka, zerkając na gotową do lotu Furię. - Ale ty się już tym nie przejmuj - poprosił.
- Skoro mój książę się tym zajmie... - mruknęła Astrid, posyłając mu całusa, choć nie wyglądała na pocieszoną.
Czkawka nie czekając na specjalną prośbę, wsiadł na Szczerbka i obaj poszybowali znów w stronę Berk, szukając po drodze małej Mel. Wódz zauważył tylko Grubego i Wiadro, szykujących się do odprawy na porcie oraz Sączyślina Jorgensona, idącego radośnie z Wielkiej Sali. Poza nimi nikt nie przemieszczał się po wiosce, bo nie była to wyjątkowo pracowita pora. Tym bardziej, że lata w Berk ostatnio bywały naprawdę upalne. Przez chwilę Czkawka pozazdrościł Grubemu i Wiadru ich pracy - przynajmniej będą nad wodą.
- Nie widzisz jej? - zapytał Szczerbatka, rozglądając się. Smok jęknął tylko w odpowiedzi. Naprawdę polubił małą dziewczynkę i to nie tylko ze względu na swojego jeźdźca.
- Dobra, leć do jej domu. - powiedział Czkawka.
Dom Mel i jej mamy znajdował się na krańcu osady, z prostego powodu - jej mama nigdy nie wybaczyła smokom utraty męża i podobnie do Pleśniaka nie zamierzała nawiązywać przyjaźni z tymi stworzeniami. Nic dziwnego więc, że ludzie w Berk rzadko widywali ostatnio jej córkę.
Gdy dolecieli, lądując przy tym gładko jak piórko, Czkawka zawahał się przed drzwiami. Astrid już próbowała ją odwiedzić, przypomniał sobie, ale postanowił spróbować, stukając w heblowane drzwi.
Odczekali chwilę ze smokiem, ale nikt nie odpowiedział. Szczerbatek spojrzał zachęcająco na drzwi i Czkawka posłuchał jego rady, wchodząc do środka.
Wokół panował mrok, wszystkie okna były pozamykane. Czkawce przeszło przez myśl, że strach przed smokami to jedno, a umiłowanie samotności to drugie, gdy nagle usłyszeli hałas po swojej lewej stronie, jakby cała zbrojownia starej kuźni Pyskacza, którą teraz dziedziczył Hassa, spadła z hukiem na podłogę.
Oczy jeźdźca zdołały przyzwyczaić się już do panującej ciemności i Czkawka zauważył po tamtej stronie Mel, stojącą wśród brudnych metalowych misek i półmisków.
- Mel, coś się stało? - spytał Czkawka, rozglądając się po zagraconym pomieszczeniu.
- Nie, nie, nic - odpowiedziała cicho dziewczynka drżącym głosem.
- Na pewno? - dopytywał się jeździec, podnosząc z podłogi część misek, która poturlała się pod jego nogi. W sumie nogę.
- Tak, bardzo przepraszam - odparła Mel, zostawiając miski i rzucając się ku drzwiom, z których dobiegało ciche zawodzenie.
Czkawka popatrzył zagadkowo na smoka i sam ruszył za dziewczynką. Wiedział, że w tym domu smoki nie są uznawane za przyjaciół, więc nakazał przyjacielowi zaczekać na niego na zewnątrz.
Gdy jeździec wszedł za Mel do małej sieni, zauważył, że na łóżku leży jej mama, przykryta futrem jaka i to ona wydawała te odgłosy. Przy jej twarzy paliła się mała świeca, ukazując jej spoconą i zmęczoną twarz. Za pewne nie czuła się najlepiej.
Mel usiadła obok niej, wykręcając w dłoni mokrą ścierkę i położyła mamie opiekuńczo na głowę, jakby miało to jej pomóc w cierpieniu. Czkawka był zszokowany widokiem, jaki zobaczył. Więc to dlatego mała nie przychodziła do Akademii, pomyślał. Opiekowała się chorą mamą.
- Mógłby wódz wyjść? - rzekła piskliwie Mel, obracając się na moment. Na jej policzkach jeździec zauważył zaschnięte łzy. Za nic nie mógłby teraz wyjść.
- Od jak dawna twoja mama choruje? - zapytał zamiast tego, zbliżając się do dziecka.
Mel otarła głośno nos.
- Od kilku dni, ale nie potrafię jej pomóc. - odpowiedziała cicho, ocierając mamie pot z czoła.
- Dlaczego nie poprosiliście nikogo o pomoc? Nie wezwaliście Gothi? - zdziwił się Czkawka. Mel skrzywiła się.
- Moja mama jej nie znosi. Zresztą nie miałaby jak się dostać do jej chaty.
- Mel, przecież mogłem tu przywieźć Gothi - westchnął Czkawka i nie czekając na odpowiedź dziewczynki, wyszedł z domu i wsiadł na Szczerbatka.
Po drodze opowiedział szybko smokowi całe zajście. Nocna Furia zrozumiała go doskonale i szybowała szybciej ku podniebnej chacie staruchy. Czkawka nie musiał długo przekonywać wieszczki, by z nim poleciała. Od razu porzuciła wszystko, co do tej pory robiła, ruszając z pomocą. Czkawka wiedział, że w niektórych sprawach ważne jest szybkie reagowanie, a nie wiadomo, co dolegało mamie Mel, więc tym sprawniej musiała pójść pomoc.
Gothi, trzymając się o lasce, dotarła do pomieszczenia, w którym leżała bezwiedni mama dziewczynki, przyglądając się jej dokładnie. Nawet jeśli Mel mówiła prawdę i jej mama rzeczywiście nie znosiła wieszczki, to nie wydała żadnego pomruku, nawet, jeśli miała świadomość, że Gothi jest przy niej, co było mało prawdopodobne.
Mel cały czas asystowała staruszce, aż Gothi spojrzała znacząco na Czkawkę. Jeździec zrozumiał w lot, o co chodzi wieszczce, więc przykucnął przy progu, szepcząc:
- Mel, podejdź do mnie.
Dziewczynka bez słowa wykonała prośbę, oglądając się wciąż w stronę mamy. Czkawka objął ją troskliwie i wyszeptał jej do ucha:
- Myślę, że twoja mama potrzebuje odpoczynku. Już dość zrobiłaś, daj teraz działać Gothi.
Mel znów spojrzała w tył, jakby w ciągu tych kilku słów wodza jej mama mogła nagle wyzdrowieć. Gothi położyła dłoń na mokrym czole kobiety i uścisnęła jej rękę. Pozostałych czynności, jakie wykonywała, Czkawka nie rozumiał i chyba nie chciał zrozumieć. Są sprawy, w których tylko starsze plemion mają wystarczającą wiedzę i nikt ich nie zastąpi.
- Ona mnie potrzebuje - powiedziała poważnie dziewczynka i w tym momencie wydawała się Czkawce o wiele dojrzalsza, niż wskazywałby na to jej wiek.
- Potrzebuje fachowej opieki, Mel - powiedział jeździec z przekonaniem. - Nikt nie jest w stanie jej pomóc tak, jak Gothi, nawet ktoś tak opiekuńczy, jak ty.
Stali tak może pół godziny, patrząc na dziwne i tajemnicze umiejętności wieszczki. Gothi wyciągała ze swojego poręcznego pakunku różne substancje i wlewała je wprost do gardła kobiety. Chyba musiała znać chorobę, skoro podawała swoje medykamenty, pomyślał Czkawka. Znów do jego głowy wpadła szybka myśl, gdy zerknął do głównego pokoju, na leżącą na podłodze Nocną Furię, która nie potrafiła zostawić Wikinga samego w obcym domu.
- Szczerbatku - zwrócił się do smoka, dalej trzymając Mel za ramię, jakby próbował dodać jej otuchy. - Leć po Śledzika. Tylko on potrafi porozumieć się z Gothi.
Smok kiwnął szybko głową i wyskoczył jak z procy z drewnianej chaty, gnając na swoich czterech łapach w stronę wioski. Nocne Furie naprawdę potrafiły szybko biegać, gdy zaszła taka potrzeba. A Szczerbatek rozumiał, że właśnie teraz była ta szczególna potrzeba.
- Mama nie chciałaby, żeby tyle osób było w jej domu - mruknęła pod nosem Mel, ale jakby do siebie. Czkawka nie wiedział, jak ma dodać otuchy małej.
Gdy jednak wrócił Szczerbatek ze Śledzikiem, okazało się, że wcale nie musiał uspokajać dziewczynki. Ona sama podbiegła do smoka, obejmując go. Najwyraźniej smok był najlepszym lekarstwem na strachy i smutki u dzieci. Interesujące...
Gothi rozsypała garść piachu na podłogę i napisała swoją laską kilka runów. Czkawka rozpoznał niektóre z nich, ale były to stare runy i nawet z tak dobrym okiem nie potrafił ich zrozumieć. Śledzik natomiast znał i prastare runy i te nowożytne, więc odczytanie słów Gothi nie było dla niego skomplikowane.
- Mówi, że jeśli gorączka... - Czkawka nagle zasłonił usta przyjaciela ręką, oglądając się do pokoju, w którym Mel głaskała Szczerbatka.
- Ciszej - syknął. - Chyba nie chcesz jej jeszcze bardziej straszyć?
- A, no dobrze, przepraszam, Czkawka - stęknął Śledzik, ściszając głos. - tak, czy inaczej, Gothi mówi, że jeśli gorączka utrzymuje się od kilku dni, to jest to naprawdę poważny stan. Mówi też, że po podaniu jej lekarstw, gorączka albo spadnie, albo...
- Nie kończ - poprosił Czkawka. Nie chciał wyobrażać sobie, że Mel miałaby zostać sierotą. Dokąd miałaby się wtedy udać? Nie miała w Berk żadnej innej rodziny.
- Gothi obiecała, że przy niej zostanie przez tą noc, ale mówi też, że ktoś musi się zająć małą. - dokończył Śledzik.
Czkawka kiwnął głową. To było jasne, że Mel nie powinna siedzieć tu z ciężko chorą mamą. To dla dziecka ogromny cios. Miał tylko nadzieję, że Astrid nie będzie miała nic przeciwko, jeśli dziewczynka na trochę zostanie u nich. Przynajmniej do wyzdrowienia jej mamy. Drugiej opcji nawet nie chciał brać pod uwagę.
- Dzięki, Śledzik - szepnął Czkawka, kładąc rękę na ramieniu przyjaciela.
- Mogę siedzieć przy Gothi przez pewien czas - zaoferował się Śledzik. - Ktoś musi cię powiadomić, jeśli coś się zmieni.
- To dobry pomysł - pochwalił go wódz. - Na pewno dasz radę?
- Czkawka, chcesz mnie teraz obrazić? - Śledzik skrzyżował dłonie, wpatrując się z lekkim uśmieszkiem w towarzysza. - Po prostu zajmij się swoimi obowiązkami. Aa, i weź ze sobą Mel. Ja i Sztukamięs zajmiemy się resztą.
- Acha, - odparł jeździec, przypominając sobie o czymś. - Pamiętaj, że w tym domu nie toleruje się zbytnio smoków. Gdyby nie to, jak Mel reaguje na Szczerbatka, wolałbym, żeby czekał na mnie na zewnątrz.
- Dobrze, zapamiętam - obiecał Śledzik, kiwając głową. Jego pyzate policzki śmiesznie się poruszyły przy tym ruchu.
Czkawka miał przed sobą teraz prawdziwe wyzwanie - jak przekonać małą dziewczynkę, żeby zostawiła mamę pod opieką Gothi? Wszedł do pokoju, w którym Mel siedziała na podłodze, przyciskając do siebie nogi. Koło niej drzemał Szczerbatek.
- Mel - Czkawka podrapał się po głowie, jak zawsze, gdy czuł nie niezbyt pewnie. - Gothi uważa, że powinnaś chwilę odpocząć. Ona i Śledzik dadzą sobie radę w doglądaniu twojej mamy, możesz mi wierzyć.
Dziewczynka wydawała się za bardzo oszołomiona całym tym zajściem, by zrozumieć słowa jeźdźca. Czkawka obiecał sobie, że Mel nie dowie się nigdy, jak wielkie jest ryzyko, że jej mama nie poradzi sobie z rosnącą gorączką.
- Ale na pewno nie będzie mnie potrzebować? - zająknęła się, znów zerkając w stronę łóżka. Naprawdę bardzo ją kocha, pomyślał Czkawka. Wiedział, że gdyby Valka zachorowała, zachowywałby się tak samo.
Szczerbatek uchylił leniwie powieki. Najwyraźniej usłyszał szept swojego jeźdźca.
- Jesteśmy o tym przekonani - odparł, wiedząc, że autorytet Gothi niewiele skutkuje przy dialogach z małą. Ta rodzina, jak na Wandali, miała naprawdę dziwne podejście do tradycji. W sumie on też się wykazał, przełamując tradycję zabijania smoków, więc miał w tych sprawach doświadczenie.
- Jeśli to pomoże mojej mamie... - zaczęła Mel, ale szybko znów stała się podejrzliwa. - Ale będę ją mogła potem odwiedzić?
- Jestem tego pewny - obiecał jej w tym momencie Czkawka. Wiedział, że stąpa po cienkim lodzie.
- Dobrze - zgodziła się cicho Mel. Jeździec nie poznawał, że to ta sama rozemocjonowana i bystra dziewczynka, która uczęszczała na zajęcia w Smoczej Akademii. Miała podkrążone oczy i wyglądała na wygłodniałą. Że też wcześniej nie zauważył jej nieobecności w Berk... Nie mógł sobie tego wybaczyć, ale z drugiej strony niecodziennie sprawdzał zmagania jeźdźców z ich uczniami, co ani na chwilę nie zgasiło jego wyrzutów sumienia.
Czkawka siedział przy palenisku wieczorem, ogrzewając dłonie, jednocześnie przyglądając się śpiącej obok niego Mel. Dziewczynka po zjedzeniu dość dużej porcji jak na nią, zapadła od razu w sen. Wódz cały czas nie potrafił pojąć, jak takie małe dziecko miało w sobie tak wiele siły, by dbać o siebie i mamę przez ten czas.
Szczerbatek wygrzewał się tuż obok nóg jeźdźca, rozkoszując się ciepłem paleniska.
- Myślisz, że jak Astrid zareaguje, gdy zobaczy, że mamy gościa? - spytał smoka Czkawka. Szczerbatek także patrzył na małą niemal z troską. Faktycznie, wiele przeszła. Najpierw śmierć ojca, teraz choroba matki...
Wódz odgarnął z czoła brązowe kosmyki dziewczynki, które przeszkadzały jej w spokojnym śnie. Przez chwilę trzymał rękę w górze, po czym pogłaskał dziecko po policzku troskliwie. Sam nie wiedział, skąd wzięło mu się na taką ckliwość wobec małej. Szczerbatek przyglądał mu się z ciekawością.
- No co? - burknął jeździec, gdy do domu weszła jego wybranka.
Astrid postawiła obok drzwi swój topór, ziewając przeciągle.
- Czkawka, ale miałam dziś dzień... - zaczęła, ale jeździec szybko nakazał jej gestem milczenie. Dopiero wtedy Astrid zauważyła śpiącą Mel.
- Och - zdołała wydobyć z siebie tylko.
Czkawka zrelacjonował jej krótko sytuację Mel, gdy tylko jego żona zajęła miejsca tuż obok, głaszcząc jak to miała w zwyczaju Szczerbatka. Ten smok miał naprawdę szczęście do pieszczot. Gdy Czkawka skończył opowiadać, Astrid wydawała się bardzo poruszona.
- Dobrze zrobiłeś, sprowadzając ją tutaj. Nie powinna oglądać matki w takim stanie... - przez moment Czkawka przypomniał sobie, że przecież matka dziewczyny też chorowała, czego efektem był jej skok z klifów. Jak mógł przez chwilę zastanawiać się, jak zareaguje Astrid na obecność Mel, gdy widział w jej twarzy tyle współczucia.
- Śledzik i Gothi są cały czas przy jej mamie. - dopowiedział Czkawka. - Myślę, że powinienem zmienić, przynajmniej Śledzika. Już wystarczająco długo tam siedzi.
Astrid kiwnęła głową, klękając obok dziewczynki. Jej małe usteczka poruszały się rytmicznie, gdy Mel oddychała.
- Taka maleńka, a tyle wycierpiała - szepnęła Astrid, po czym pocałowała ją w czoło. - Niech sobie śpi, ja będę mieć na nią oko.
- Kochana jesteś - odparł tylko Czkawka, po czym zwrócił się do swojego smoka. - Zostajesz, czy idziesz ze mną?
Szczerbatek zerknął najpierw na jeźdźca, potem na Astrid, po czym westchnął szeroko. Nie było wątpliwości, czy woli zostać, czy pałętać się po wiosce po nocy. Czkawka uśmiechnął się słabo.
- Zapamiętam to sobie, mazgaju - mruknął, nieco rozbawionym tonem, zamykając za sobą drzwi.
sobota, 27 czerwca 2015
Przełamać strach
Czkawka po rozmowie z Hassą ruszył w kierunku klifu, by dołączyć do Astrid. Koniecznie musiał podzielić się z nią informacją o tajemniczym chłopaku z ich snów. Ciekaw był, kto podsyłał mu te sny i jakie miały tak naprawdę znaczenie. Czuł całym sobą, że rozwiązał tę trudną zagadkę rozwikłania rodu Borka Wielkiego.
Właśnie skręcał za dom Flegmy, gdy poczuł na sobie czyiś wzrok. Gdy obrócił się, nikogo nie zauważył, ale nieznośne uczucie, że ktoś go obserwuje nadal go dręczyło. Szczerbatek zawarczał cicho.
- Ty też to czujesz, Szczerbol? - spytał, zauważając ruch przy jednym z budynków.
Smok i jeździec, patrząc na siebie, zaczęli skradać się w tamtym kierunku, gdy wyskoczyli zza rogu, zauważyli drżącą Mel, która zapiszczała ze strachu, gdy zauważyła Nocną Furię.
- Mel, spokojnie - uspokajał ją Czkawka, pomagając jej wstać. Dziewczynka cała dygotała ze strachu, choć naprawdę jeździec i smok nie chcieli jej wystraszyć, tylko sprawdzić, kto ich śledzi.
- Ja... przepraszam... - załkała cicho i nagle wpadła w ramiona wodza, płacząc cicho. Czkawka uśmiechnął się pod nosem, przytulając dziewczynkę.
- Śledziłaś nas? - spytał delikatnie, by nie urazić dziecka. Mel otarła drobne łzy, patrząc na jeźdźca.
- Nie, ja tylko... Naprawdę przepraszam, nie powinnam.
Czkawka spojrzał na zapłakaną dziewczynkę. Miała długie, związane w warkocze ciemne włosy i zielone oczy. Pod nosem usianych miała kilka piegów. Tak bardzo go przypominała, gdy był młodszy, że aż zaparło mu tchu. On też tak samo bał się smoków, przypomniał sobie. Wiedział, że w życiu dziewczynki musi się stać coś, co pomoże jej zaufać tym wspaniałym stworzeniom. Czkawka wiedział, co czuła, bo przez większą część życia myślał, że to smoki zabiły jego mamę. Prawda jednak okazała się o wiele milsza, niż wódz mógł przypuszczać.
- Dlaczego? - spytał tylko cicho, z zainteresowaniem.
- Bo nie rozumiem - poskarżyła się Mel. - Nie rozumiem, dlaczego wódz przyjaźni się ze smokami.
Jeździec uśmiechnął się, widząc zagubienie na twarzy dziecka. Była mała i zagubiona, nie znała życia, nie wiedziała nic o kłusownikach smoków, o wojnach z ich rasą, o wyprawach w poszukiwaniu Smoczego Leża. Czkawka nie dziwił się jej więc, że myślała, że największym niebezpieczeństwem dla ludzi były właśnie smoki, nie oni sami.
Wpadł jednak na pomysł. Przywołał do siebie gestem smoka, uśmiechając się do przerażonej dziewczynki.
- Szczerbatku, przedstawisz się łaskawie tej pięknej damie? - zapytał wyciągając dłoń w stronę dziecka.
Mel spoglądnęła na Nocną Furię ze strachem, podczas gdy Szczerbatek przekrzywiał do niej słodko głowę jak kot.
- Chciałaś zrozumieć - szepnął cicho Czkawka.
Dziewczynka złapała jego rękę, trzymając ją mocno, a jeździec posadził ją na swoim siodle, sam zaś usiadł tuż za nią, wsadzając swoją protezę nogi w specjalne łącze z ogonem, którym mógł sterować. Gdy usłyszał zgrzyt, który upewniał go, że noga trzyma się siodła, złapał ponownie małą za rączkę.
Szczerbatek wystartował najwolniej, jak potrafił, ale siła jego wyskoku była i tak zbyt wielka, by Mel zachowała spokój. Czkawka poczuł na swojej dłoni pazurki dziewczynki, które zatopiły się w jego skórę. Postarał się jednak nie zwracać na to uwagi. Podczas pierwszego lotu z Astrid, dziewczyna prawie go udusiła, łapiąc się za jego wątłe ciało, wszystkim, czym zdołała, od rąk i ramion, do nawet nóg. Ale wtedy Szczerbatek sam umyślnie doprowadził ją do takiego stanu, tym razem nocna Furia leciała spokojnie, trzepocząc tylko co jakiś czas skrzydłami, by nabrać wysokości.
Mel wyjrzała przez ramię Czkawki i spojrzała w dół, na Berk. Chociaż jej ciało nadal wstrząsały dreszcze, oczy ciekawsko wodziły po powierzchni wyspy.
- Widzę stąd mój dom - powiedziała cicho. Czkawka uśmiechnął się.
- Chyba nie boisz się latać, prawda? - spytał.
- Nie - odparła Mel, patrzą na ciemnogranatowe ciało smoka, którego skrzydła łapały z wolna wiatr. - Boję się smoków.
Jeździec nie potrafił nie wstrzymywać uśmiechu. Czuł się, jakby miał przed sobą siebie samego. Strzelanie do Nocnej Furii wzięło się właśnie ze strachu oraz z pragnienia przełamania go z dość brutalny sposób. Miał nadzieję, że Mel będzie na tyle mądra, że na niego nie wpadnie.
- Mój tato wiedział, jak to jest latać? - spytała niewinnym głosem, pozbawionym emocji.
- Nie sądzę - szepnął Czkawka smutno. - Nigdy go o to nie pytałem.
- Gdyby wiedział, może by... - usłyszał cichy głosik, ale dziewczynka chyba mówiła do siebie.
Czkawka nie musiał mówić, gdzie ma lecieć smok, do gdy szybowali w powietrzu, rozumieli się bez słów. Szczerbatek więc leciał tuż nad powierzchnią wody, co zawsze podobało się Czkawce. Gdy lecieli z całą możliwą szybkością, woda pryskała na wszystkie strony przed siłą ich lotu.
Jeździec wyciągnął dłoń Mel i przyciągnął ją w stronę wody, by mogła ją dotknąć. Woda była zimna, ale sprawiało to przyjemność małej. Czkawka usłyszał ku swojej uldze jej cichy śmiech i był to najmilszy dźwięk, jaki do tej pory usłyszał. Twarz dziewczynki odbijała się od lustra wody, ukazując jej uśmiech, pełny śnieżnobiałych ząbków.
- To jest dużo lepsze niż pływanie - oceniła dużo weselszym tonem. Jej małe ciałko zdawało się już nie drżeć ze strachu, choć Mel dalej nie czuła się dość pewnie na siodle. Wiedział jednak, że coś w niej pękło, jakaś drobna nić strachu. Wystarczyło tylko podtrzymać tę destrukcję, by zniszczyć w niej wszelki strach, a zastąpić go zaufaniem.
- To jeszcze nie wszystko - powiedział Czkawka, chwytając małą w pasie, a drugą ręką trzymając się siodła. - Gotowa?
Mel ku zdziwieniu jeźdźce kiwnęła od razu głowa, a Szczerbatek, jakby na tajny sygnał, poszybował wprost ku górze, używając wszystkich swoich niezwykle silnych mięśni, by wzbić się w powietrze. Ziemia mijała coraz szybciej, jak morze, wzdłuż którego lecieli. W końcu, dotarli do linii chmur, którymi zachwycała się Astrid, podczas ich pierwszego lotu. Jak bardzo zbliżył kochanków jeden wspólny lot... Czkawka miał nadzieję, że również lot sprawi, że Mel przestanie bać się smoków.
- Pięknie - wyszeptała, jakby chciała tylko potwierdzić myśli Czkawki.
Gdy skończyli lot, Szczerbatek wylądował tuż obok domu wodza, starając się gładko osiąść na lądzie, by nie przestraszyć zanadto Mel.
Dziewczynka siedziała grzecznie, czekając, aż Czkawka ściągnie ją z siodła. Była taka mała, pomyślał jeździec. Miała może z siedem lat.
Kiedy Mel stanęła już na swoich nogach, rzuciła się mocno na szyję jeźdźcowi, niemal zwalając go z nóg. Czkawka uśmiechnął się i objął dziewczynkę mocno, ciesząc się, że mógł pomóc.
- Dziękuję wyszeptała cienkim głosikiem, po czym podeszła niepewnie do Szczerbatka. Smok stał nieruchomo, patrząc z zainteresowaniem na ruchy dziewczynki. Mel wyciągnęła rękę, by go pogłaskać, ale w ostatniej chwili się zawahała i schowała dłoń. Jeszcze nie tym razem, powiedział w myślach Czkawka.
- Dzięki, Szczerbatku - odparła Mel, odchodząc.
Jeździec jeszcze przez moment patrzył, jak małe stópki oddalają się coraz bardziej w skocznych, wesołych krokach. Że też wcześniej nie wpadł na pomysł, by wziąć małą na lot...
Nagle nie stąd ni zowąd obok niego pojawiła się Astrid, całując męża w policzek.
- Widziałam! - powiedziała, uśmiechając się do niego najbardziej słodkim uśmiechem, na jaki było ją stać. - Nie wykręcisz się.
- Co widziałaś? - zapytał Czkawka, również witając dziewczynę pocałunkiem.
Szczerbatek wcisnął głowę pod pachę Astrid, zmuszając ją do pogłaskania jego wielkiego łba. On tez się za nią stęsknił.
- Masz słabość do Mel - odparła. - I nie sądzę, żebyś chciał jej w jakiś sposób wynagrodzić krzywdy jej ojca, które zaznał przez smoki.
- Nie, ja nigdy nie pomyślałbym... - zaczął tłumaczyć się Czkawka, ale jego żona zamknęła mu usta dłonią, jednocześnie drapiąc łuski smoka.
- Widzisz, znów mam rację - odparła śpiewnym głosem. - Przecież wiem, że chcesz jej pomóc. - brwi Astrid powędrowały wysoko. - Tylko zastanawiam się, czemu. Nigdy nic ciebie nie ciągnęło do dzieci, z Gustavem też nigdy nie udało ci się dogadać.
Czkawka czuł się nieco onieśmielony słowami jeźdźczyni. Rzeczywiście nie miał podejścia do dzieci, ale Mel zdawała się być bardzo inteligentna jak na swój wiek, przez co Czkawka nie czuł ciężaru, przy rozmowie z małą, ani nie musiał niczego udawać.
- Dobra, chodź przykładny rodzicu - westchnęła Astrid, ciągnąc męża za sobą do domu. Szczerbatek wepchnął się do wnętrza za nimi.
- Ach! - wykrzyknął Czkawka, przypominając sobie o Hassie. - Zapomniałem ci powiedzieć. Jest w Berk chłopak, który twierdzi, że jest synem Seliny i że mama wysłała go tu, by mógł znaleźć jakieś zajęcie. Nie uwierzysz, ale to ten sam, który był w naszych snach.
Astrid otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia.
- Naprawdę?
Czkawka zamknął szybko drzwi za Szczerbatkiem. Smok wydawał się urażony tym, że para nie zwraca na niego wystarczającej uwagi, ale temat ich pogrążył całkowicie.
- Nie uwierzysz, jak bardzo podobny jest do Pyskacza - wyszeptał Czkawka.
- Sądzisz, że... - jeźdźczyni zamrugała gwałtownie gęstymi rzęsami. - Sądzisz, że to jego syn?
Wódz uśmiechnął się i opowiedział żonie o tym, że pozwolił mu osiąść na razie w kuźni, by zobaczyć, czy cokolwiek nie pozwoli mu natknąć się na pamięć o Pyskaczu. Poza tym i tak nie było w Berk na razie miejsca, by pozwolić gościowi w nim zamieszkać.
- Myślisz, że to coś da? - spytała Astrid z powątpieniem. - Jeśli rzeczywiście jest synem Pyskacza, to gdy Selina opuszczała Berk, musiała być już w ciąży. W takim razie Hassa nawet nie widział ojca.
- On nawet nie wie, kim jest jego ojciec. - dodał Czkawka - Ale wie, że zmarł niedawno. Oprócz Pyskacza nie było żadnych zgonów w Berk, ku chwale Odyna. Z wyjątkiem jego matki.
Nastała długa chwila ciszy. Astrid zastanawiała się nad całą sytuacją, jakby próbowała wybadać, co tak naprawdę kryje blondwłosy chłopak, przybyły z dalekich, wschodnich wysp.
- Chcę go poznać - obwieściła nagle dziewczyna.
Czkawka bez żadnych wątpliwości zgodził się, zapoznać Astrid z Hassą. Nie krył przed swoją żoną niczego, bo nie miałoby to większego sensu. Astrid była jego częścią, nadawała się idealnie na żonę wodza, bo Czkawka na pewno nie dałby sobie bez niej rady. Za każdym razem, gdy patrzył na dziewczynę miał ochotę postawić ołtarzyk Frigg, by podziękować jej za tak wspaniałą żonę.
Jeźdźcy zapukali cicho do kuźni, ale nikt im nie odpowiedział, więc weszli do chaty. Szczerbatek ku swojemu rozdrażnieniu poszedł zapewne do Iskry. Astrid jednak obiecała mu smaczną kolację, na co smok nieco zszedł ze swojego smoczego focha.
Gdy para rozglądała się po skrzętnie urządzonej pracowni, jeszcze gdy Pyskacz żył, Czkawka zauważył schowanego za ścianą Hassę, który polerował srebrny sztylet, który leżał tu od dawna, a którego nikt nie naostrzył od czasu, gdy Pyskacz robił swoim ostrzom szczegółową rewizję.
Hassa widząc Czkawkę i Astrid, odskoczył, upuszczając na podłogę sztylet.
- Przepraszam - odparł Czkawka z uśmiechem, podnosząc sztylet. - Pukaliśmy, ale chyba nie słyszałeś.
- Mogłem się spodziewać odwiedzin - uśmiechnął się Hassa, patrząc na Astrid z szacunkiem. Ten wzrok przypadł Czkawce do gustu, bo Theod zawsze traktował jego żonę w sposób, w który nie powinien traktować żony przyjaciela. - Wybacz, nie mogłem się powstrzymać.
Czkawka spojrzał na wypolerowane ostrze, a jego oczom nie mogła ujść idealna krawędź, którą tylko Pyskacz umiał w ten sposób uzyskać. Wódz wiedział to dobrze, w końcu szkolił się u Wikinga od małego.
- Czyim czeladnikiem byłeś, że tak dobrze posługujesz się ostrzem? - spytał, oddając sztylet Hassie, który przyjął go z uśmiechem.
- U starego kowala Drymkina z Walharrof, miał piękny kunszt.
- Nie wątpię. - Astrid odchrząknęła, dając o sobie znać, więc Czkawka szybko dodał: - Poznaj moją żonę Astrid.
- Hassa - uśmiechnął się chłopak, podając dłoń dziewczynie.
- Słyszałam o twojej mamie. - powiedziała. - Bardzo mi przykro.
- Powinienem być tu wcześniej - odparł tylko Hassa, błądząc smutnym spojrzeniem. - Nie dotarłem do Berk, dlatego wyruszyła w podróż.
Czkawka usiadł na stołku stojącym nieopodal, drugi podał Astrid. Hassa również zajął swoje miejsce.
- O czym ty mówisz? - zapytał Czkawka. - Przecież niemożliwe, żebyś ty wyruszył wcześniej, a twoje mama dopłynęła tu na Berk jako pierwsza.
Hassa potarł nos w identyczny sposób, jak Pyskacz, co nie uszło uwadze Czkawki.
- Płynąłem do Berk dwa miesiące, bo sztorm zabrał moją łódź na Wyspę Burz. Wtedy moja mama musiała wyruszyć z Walharrof. Gdybym dopłynął tu wcześniej i wysłał jej jakiś list...
- Nie obwiniaj się - pocieszała go Astrid. - Taka była wola Odyna.
- Wiem. Ale to i tak boli. Mama była wszystkim, co znałem. Teraz zostałem sam.
Czkawka i Astrid spojrzeli po sobie, wymieniając bezgłośnie myśli.
- Selina była na Berk, więc traktujemy ją jak swoją - odpowiedział wódz, starając się brzmieć przekonywająco. - W takim razie jesteś jednym z nas.
- Mój ojciec podobno mieszkał na Berk. - odparł prosto Hassa. - Więc chyba po części jestem jednym z was.
Tym razem para nie wiedziała, co odpowiedzieć. Nie było innej opcji. Był synem Pyskacza. Czkawka w końcu podjął decyzję, by mu o tym powiedzieć.
- Hassa, właśnie jesteś w domu swojego ojca. To ta kuźnia. Pyskacz Gbur był naszym najlepszym przyjacielem. Został zabity w noc podczas naszego wesela. Jeśli ktoś miałby być twoim ojcem, to myślimy, że byłby to właśnie Pyskacz.
Hassa nie odpowiedział nic, wpatrując się tępo w podłogę. Czkawka nie próbował mieszać mu jeszcze bardziej w głowie, wiedział, że ta informacja to dla niego i tak za duży szok. W końcu jednak chłopak kiwnął niewyraźnie głową i powiedział cicho:
- Mogę zostać z tym sam? Sami rozumiecie, jest mi ciężko.
- Jasne - odpowiedział szybko Czkawka, wstając z miejsca, Astrid jednak wstrzymała go, trzymając za rękę.
- Jeśli będziesz czegoś potrzebował, to wiesz, że zawsze możesz się do nas zwrócić, prawda? - zapytała delikatnie. Hassa kiwnął głową.
- Dziękuję za waszą pomoc.
Czkawka wychodząc, potknął się o stopy żelaza, które zostawił tu jeszcze Pyskacz. Kowal nigdy nie potrafił zachować porządku, co bardzo irytowało jego czeladnika.
- Myślisz, że da sobie z tym wszystkim radę? - spytała Astrid, zerkając do tyłu, gdy zamykała za sobą drzwi kuźni.
- Nie wiem tego - mruknął Czkawka. - Wiem, że będzie mu ciężko. Stracił oboje rodziców tak nagle.
- Ojca praktycznie w ogóle nie miał - prychnęła Astrid. - Nie spodziewałabym się, że Pyskacz tak się zachowa...
- A co jeśli on w ogóle nie wiedział, że jest ojcem? - zapytał Czkawka. Para spojrzała w ziemię ze wstydem.
- Wiem, nie powinnam go oceniać. Ja po prostu... tęsknię - szepnęła dziewczyna, głaszcząc się po ręce.
Czkawka wziął ją za rękę i przyciągnął do siebie.
- Jak my wszyscy, As.
Właśnie skręcał za dom Flegmy, gdy poczuł na sobie czyiś wzrok. Gdy obrócił się, nikogo nie zauważył, ale nieznośne uczucie, że ktoś go obserwuje nadal go dręczyło. Szczerbatek zawarczał cicho.
- Ty też to czujesz, Szczerbol? - spytał, zauważając ruch przy jednym z budynków.
Smok i jeździec, patrząc na siebie, zaczęli skradać się w tamtym kierunku, gdy wyskoczyli zza rogu, zauważyli drżącą Mel, która zapiszczała ze strachu, gdy zauważyła Nocną Furię.
- Mel, spokojnie - uspokajał ją Czkawka, pomagając jej wstać. Dziewczynka cała dygotała ze strachu, choć naprawdę jeździec i smok nie chcieli jej wystraszyć, tylko sprawdzić, kto ich śledzi.
- Ja... przepraszam... - załkała cicho i nagle wpadła w ramiona wodza, płacząc cicho. Czkawka uśmiechnął się pod nosem, przytulając dziewczynkę.
- Śledziłaś nas? - spytał delikatnie, by nie urazić dziecka. Mel otarła drobne łzy, patrząc na jeźdźca.
- Nie, ja tylko... Naprawdę przepraszam, nie powinnam.
Czkawka spojrzał na zapłakaną dziewczynkę. Miała długie, związane w warkocze ciemne włosy i zielone oczy. Pod nosem usianych miała kilka piegów. Tak bardzo go przypominała, gdy był młodszy, że aż zaparło mu tchu. On też tak samo bał się smoków, przypomniał sobie. Wiedział, że w życiu dziewczynki musi się stać coś, co pomoże jej zaufać tym wspaniałym stworzeniom. Czkawka wiedział, co czuła, bo przez większą część życia myślał, że to smoki zabiły jego mamę. Prawda jednak okazała się o wiele milsza, niż wódz mógł przypuszczać.
- Dlaczego? - spytał tylko cicho, z zainteresowaniem.
- Bo nie rozumiem - poskarżyła się Mel. - Nie rozumiem, dlaczego wódz przyjaźni się ze smokami.
Jeździec uśmiechnął się, widząc zagubienie na twarzy dziecka. Była mała i zagubiona, nie znała życia, nie wiedziała nic o kłusownikach smoków, o wojnach z ich rasą, o wyprawach w poszukiwaniu Smoczego Leża. Czkawka nie dziwił się jej więc, że myślała, że największym niebezpieczeństwem dla ludzi były właśnie smoki, nie oni sami.
Wpadł jednak na pomysł. Przywołał do siebie gestem smoka, uśmiechając się do przerażonej dziewczynki.
- Szczerbatku, przedstawisz się łaskawie tej pięknej damie? - zapytał wyciągając dłoń w stronę dziecka.
Mel spoglądnęła na Nocną Furię ze strachem, podczas gdy Szczerbatek przekrzywiał do niej słodko głowę jak kot.
- Chciałaś zrozumieć - szepnął cicho Czkawka.
Dziewczynka złapała jego rękę, trzymając ją mocno, a jeździec posadził ją na swoim siodle, sam zaś usiadł tuż za nią, wsadzając swoją protezę nogi w specjalne łącze z ogonem, którym mógł sterować. Gdy usłyszał zgrzyt, który upewniał go, że noga trzyma się siodła, złapał ponownie małą za rączkę.
Szczerbatek wystartował najwolniej, jak potrafił, ale siła jego wyskoku była i tak zbyt wielka, by Mel zachowała spokój. Czkawka poczuł na swojej dłoni pazurki dziewczynki, które zatopiły się w jego skórę. Postarał się jednak nie zwracać na to uwagi. Podczas pierwszego lotu z Astrid, dziewczyna prawie go udusiła, łapiąc się za jego wątłe ciało, wszystkim, czym zdołała, od rąk i ramion, do nawet nóg. Ale wtedy Szczerbatek sam umyślnie doprowadził ją do takiego stanu, tym razem nocna Furia leciała spokojnie, trzepocząc tylko co jakiś czas skrzydłami, by nabrać wysokości.
Mel wyjrzała przez ramię Czkawki i spojrzała w dół, na Berk. Chociaż jej ciało nadal wstrząsały dreszcze, oczy ciekawsko wodziły po powierzchni wyspy.
- Widzę stąd mój dom - powiedziała cicho. Czkawka uśmiechnął się.
- Chyba nie boisz się latać, prawda? - spytał.
- Nie - odparła Mel, patrzą na ciemnogranatowe ciało smoka, którego skrzydła łapały z wolna wiatr. - Boję się smoków.
Jeździec nie potrafił nie wstrzymywać uśmiechu. Czuł się, jakby miał przed sobą siebie samego. Strzelanie do Nocnej Furii wzięło się właśnie ze strachu oraz z pragnienia przełamania go z dość brutalny sposób. Miał nadzieję, że Mel będzie na tyle mądra, że na niego nie wpadnie.
- Mój tato wiedział, jak to jest latać? - spytała niewinnym głosem, pozbawionym emocji.
- Nie sądzę - szepnął Czkawka smutno. - Nigdy go o to nie pytałem.
- Gdyby wiedział, może by... - usłyszał cichy głosik, ale dziewczynka chyba mówiła do siebie.
Czkawka nie musiał mówić, gdzie ma lecieć smok, do gdy szybowali w powietrzu, rozumieli się bez słów. Szczerbatek więc leciał tuż nad powierzchnią wody, co zawsze podobało się Czkawce. Gdy lecieli z całą możliwą szybkością, woda pryskała na wszystkie strony przed siłą ich lotu.
Jeździec wyciągnął dłoń Mel i przyciągnął ją w stronę wody, by mogła ją dotknąć. Woda była zimna, ale sprawiało to przyjemność małej. Czkawka usłyszał ku swojej uldze jej cichy śmiech i był to najmilszy dźwięk, jaki do tej pory usłyszał. Twarz dziewczynki odbijała się od lustra wody, ukazując jej uśmiech, pełny śnieżnobiałych ząbków.
- To jest dużo lepsze niż pływanie - oceniła dużo weselszym tonem. Jej małe ciałko zdawało się już nie drżeć ze strachu, choć Mel dalej nie czuła się dość pewnie na siodle. Wiedział jednak, że coś w niej pękło, jakaś drobna nić strachu. Wystarczyło tylko podtrzymać tę destrukcję, by zniszczyć w niej wszelki strach, a zastąpić go zaufaniem.
- To jeszcze nie wszystko - powiedział Czkawka, chwytając małą w pasie, a drugą ręką trzymając się siodła. - Gotowa?
Mel ku zdziwieniu jeźdźce kiwnęła od razu głowa, a Szczerbatek, jakby na tajny sygnał, poszybował wprost ku górze, używając wszystkich swoich niezwykle silnych mięśni, by wzbić się w powietrze. Ziemia mijała coraz szybciej, jak morze, wzdłuż którego lecieli. W końcu, dotarli do linii chmur, którymi zachwycała się Astrid, podczas ich pierwszego lotu. Jak bardzo zbliżył kochanków jeden wspólny lot... Czkawka miał nadzieję, że również lot sprawi, że Mel przestanie bać się smoków.
- Pięknie - wyszeptała, jakby chciała tylko potwierdzić myśli Czkawki.
Gdy skończyli lot, Szczerbatek wylądował tuż obok domu wodza, starając się gładko osiąść na lądzie, by nie przestraszyć zanadto Mel.
Dziewczynka siedziała grzecznie, czekając, aż Czkawka ściągnie ją z siodła. Była taka mała, pomyślał jeździec. Miała może z siedem lat.
Kiedy Mel stanęła już na swoich nogach, rzuciła się mocno na szyję jeźdźcowi, niemal zwalając go z nóg. Czkawka uśmiechnął się i objął dziewczynkę mocno, ciesząc się, że mógł pomóc.
- Dziękuję wyszeptała cienkim głosikiem, po czym podeszła niepewnie do Szczerbatka. Smok stał nieruchomo, patrząc z zainteresowaniem na ruchy dziewczynki. Mel wyciągnęła rękę, by go pogłaskać, ale w ostatniej chwili się zawahała i schowała dłoń. Jeszcze nie tym razem, powiedział w myślach Czkawka.
- Dzięki, Szczerbatku - odparła Mel, odchodząc.
Jeździec jeszcze przez moment patrzył, jak małe stópki oddalają się coraz bardziej w skocznych, wesołych krokach. Że też wcześniej nie wpadł na pomysł, by wziąć małą na lot...
Nagle nie stąd ni zowąd obok niego pojawiła się Astrid, całując męża w policzek.
- Widziałam! - powiedziała, uśmiechając się do niego najbardziej słodkim uśmiechem, na jaki było ją stać. - Nie wykręcisz się.
- Co widziałaś? - zapytał Czkawka, również witając dziewczynę pocałunkiem.
Szczerbatek wcisnął głowę pod pachę Astrid, zmuszając ją do pogłaskania jego wielkiego łba. On tez się za nią stęsknił.
- Masz słabość do Mel - odparła. - I nie sądzę, żebyś chciał jej w jakiś sposób wynagrodzić krzywdy jej ojca, które zaznał przez smoki.
- Nie, ja nigdy nie pomyślałbym... - zaczął tłumaczyć się Czkawka, ale jego żona zamknęła mu usta dłonią, jednocześnie drapiąc łuski smoka.
- Widzisz, znów mam rację - odparła śpiewnym głosem. - Przecież wiem, że chcesz jej pomóc. - brwi Astrid powędrowały wysoko. - Tylko zastanawiam się, czemu. Nigdy nic ciebie nie ciągnęło do dzieci, z Gustavem też nigdy nie udało ci się dogadać.
Czkawka czuł się nieco onieśmielony słowami jeźdźczyni. Rzeczywiście nie miał podejścia do dzieci, ale Mel zdawała się być bardzo inteligentna jak na swój wiek, przez co Czkawka nie czuł ciężaru, przy rozmowie z małą, ani nie musiał niczego udawać.
- Dobra, chodź przykładny rodzicu - westchnęła Astrid, ciągnąc męża za sobą do domu. Szczerbatek wepchnął się do wnętrza za nimi.
- Ach! - wykrzyknął Czkawka, przypominając sobie o Hassie. - Zapomniałem ci powiedzieć. Jest w Berk chłopak, który twierdzi, że jest synem Seliny i że mama wysłała go tu, by mógł znaleźć jakieś zajęcie. Nie uwierzysz, ale to ten sam, który był w naszych snach.
Astrid otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia.
- Naprawdę?
Czkawka zamknął szybko drzwi za Szczerbatkiem. Smok wydawał się urażony tym, że para nie zwraca na niego wystarczającej uwagi, ale temat ich pogrążył całkowicie.
- Nie uwierzysz, jak bardzo podobny jest do Pyskacza - wyszeptał Czkawka.
- Sądzisz, że... - jeźdźczyni zamrugała gwałtownie gęstymi rzęsami. - Sądzisz, że to jego syn?
Wódz uśmiechnął się i opowiedział żonie o tym, że pozwolił mu osiąść na razie w kuźni, by zobaczyć, czy cokolwiek nie pozwoli mu natknąć się na pamięć o Pyskaczu. Poza tym i tak nie było w Berk na razie miejsca, by pozwolić gościowi w nim zamieszkać.
- Myślisz, że to coś da? - spytała Astrid z powątpieniem. - Jeśli rzeczywiście jest synem Pyskacza, to gdy Selina opuszczała Berk, musiała być już w ciąży. W takim razie Hassa nawet nie widział ojca.
- On nawet nie wie, kim jest jego ojciec. - dodał Czkawka - Ale wie, że zmarł niedawno. Oprócz Pyskacza nie było żadnych zgonów w Berk, ku chwale Odyna. Z wyjątkiem jego matki.
Nastała długa chwila ciszy. Astrid zastanawiała się nad całą sytuacją, jakby próbowała wybadać, co tak naprawdę kryje blondwłosy chłopak, przybyły z dalekich, wschodnich wysp.
- Chcę go poznać - obwieściła nagle dziewczyna.
Czkawka bez żadnych wątpliwości zgodził się, zapoznać Astrid z Hassą. Nie krył przed swoją żoną niczego, bo nie miałoby to większego sensu. Astrid była jego częścią, nadawała się idealnie na żonę wodza, bo Czkawka na pewno nie dałby sobie bez niej rady. Za każdym razem, gdy patrzył na dziewczynę miał ochotę postawić ołtarzyk Frigg, by podziękować jej za tak wspaniałą żonę.
Jeźdźcy zapukali cicho do kuźni, ale nikt im nie odpowiedział, więc weszli do chaty. Szczerbatek ku swojemu rozdrażnieniu poszedł zapewne do Iskry. Astrid jednak obiecała mu smaczną kolację, na co smok nieco zszedł ze swojego smoczego focha.
Gdy para rozglądała się po skrzętnie urządzonej pracowni, jeszcze gdy Pyskacz żył, Czkawka zauważył schowanego za ścianą Hassę, który polerował srebrny sztylet, który leżał tu od dawna, a którego nikt nie naostrzył od czasu, gdy Pyskacz robił swoim ostrzom szczegółową rewizję.
Hassa widząc Czkawkę i Astrid, odskoczył, upuszczając na podłogę sztylet.
- Przepraszam - odparł Czkawka z uśmiechem, podnosząc sztylet. - Pukaliśmy, ale chyba nie słyszałeś.
- Mogłem się spodziewać odwiedzin - uśmiechnął się Hassa, patrząc na Astrid z szacunkiem. Ten wzrok przypadł Czkawce do gustu, bo Theod zawsze traktował jego żonę w sposób, w który nie powinien traktować żony przyjaciela. - Wybacz, nie mogłem się powstrzymać.
Czkawka spojrzał na wypolerowane ostrze, a jego oczom nie mogła ujść idealna krawędź, którą tylko Pyskacz umiał w ten sposób uzyskać. Wódz wiedział to dobrze, w końcu szkolił się u Wikinga od małego.
- Czyim czeladnikiem byłeś, że tak dobrze posługujesz się ostrzem? - spytał, oddając sztylet Hassie, który przyjął go z uśmiechem.
- U starego kowala Drymkina z Walharrof, miał piękny kunszt.
- Nie wątpię. - Astrid odchrząknęła, dając o sobie znać, więc Czkawka szybko dodał: - Poznaj moją żonę Astrid.
- Hassa - uśmiechnął się chłopak, podając dłoń dziewczynie.
- Słyszałam o twojej mamie. - powiedziała. - Bardzo mi przykro.
- Powinienem być tu wcześniej - odparł tylko Hassa, błądząc smutnym spojrzeniem. - Nie dotarłem do Berk, dlatego wyruszyła w podróż.
Czkawka usiadł na stołku stojącym nieopodal, drugi podał Astrid. Hassa również zajął swoje miejsce.
- O czym ty mówisz? - zapytał Czkawka. - Przecież niemożliwe, żebyś ty wyruszył wcześniej, a twoje mama dopłynęła tu na Berk jako pierwsza.
Hassa potarł nos w identyczny sposób, jak Pyskacz, co nie uszło uwadze Czkawki.
- Płynąłem do Berk dwa miesiące, bo sztorm zabrał moją łódź na Wyspę Burz. Wtedy moja mama musiała wyruszyć z Walharrof. Gdybym dopłynął tu wcześniej i wysłał jej jakiś list...
- Nie obwiniaj się - pocieszała go Astrid. - Taka była wola Odyna.
- Wiem. Ale to i tak boli. Mama była wszystkim, co znałem. Teraz zostałem sam.
Czkawka i Astrid spojrzeli po sobie, wymieniając bezgłośnie myśli.
- Selina była na Berk, więc traktujemy ją jak swoją - odpowiedział wódz, starając się brzmieć przekonywająco. - W takim razie jesteś jednym z nas.
- Mój ojciec podobno mieszkał na Berk. - odparł prosto Hassa. - Więc chyba po części jestem jednym z was.
Tym razem para nie wiedziała, co odpowiedzieć. Nie było innej opcji. Był synem Pyskacza. Czkawka w końcu podjął decyzję, by mu o tym powiedzieć.
- Hassa, właśnie jesteś w domu swojego ojca. To ta kuźnia. Pyskacz Gbur był naszym najlepszym przyjacielem. Został zabity w noc podczas naszego wesela. Jeśli ktoś miałby być twoim ojcem, to myślimy, że byłby to właśnie Pyskacz.
Hassa nie odpowiedział nic, wpatrując się tępo w podłogę. Czkawka nie próbował mieszać mu jeszcze bardziej w głowie, wiedział, że ta informacja to dla niego i tak za duży szok. W końcu jednak chłopak kiwnął niewyraźnie głową i powiedział cicho:
- Mogę zostać z tym sam? Sami rozumiecie, jest mi ciężko.
- Jasne - odpowiedział szybko Czkawka, wstając z miejsca, Astrid jednak wstrzymała go, trzymając za rękę.
- Jeśli będziesz czegoś potrzebował, to wiesz, że zawsze możesz się do nas zwrócić, prawda? - zapytała delikatnie. Hassa kiwnął głową.
- Dziękuję za waszą pomoc.
Czkawka wychodząc, potknął się o stopy żelaza, które zostawił tu jeszcze Pyskacz. Kowal nigdy nie potrafił zachować porządku, co bardzo irytowało jego czeladnika.
- Myślisz, że da sobie z tym wszystkim radę? - spytała Astrid, zerkając do tyłu, gdy zamykała za sobą drzwi kuźni.
- Nie wiem tego - mruknął Czkawka. - Wiem, że będzie mu ciężko. Stracił oboje rodziców tak nagle.
- Ojca praktycznie w ogóle nie miał - prychnęła Astrid. - Nie spodziewałabym się, że Pyskacz tak się zachowa...
- A co jeśli on w ogóle nie wiedział, że jest ojcem? - zapytał Czkawka. Para spojrzała w ziemię ze wstydem.
- Wiem, nie powinnam go oceniać. Ja po prostu... tęsknię - szepnęła dziewczyna, głaszcząc się po ręce.
Czkawka wziął ją za rękę i przyciągnął do siebie.
- Jak my wszyscy, As.
czwartek, 25 czerwca 2015
Hassa
Następny dzień zapowiadał się równie pracowity jak poprzedni, z tym, że Czkawka miał do zbadania inne zajęcia. Pierwsze z nich prowadził Mieczyk, co już samo przez się oznaczało kłopoty.
Kiedy już każdy z uczniów z grupy B zajął już swoje miejsce, Mieczyk skończył mówić do Wyma i Jota, po czym odchrząknął:
- Zaiste witam was na moich Zajęciach Smoczych Sztuczek. - wyglądał tak idiotycznie, że Czkawka musiał się powstrzymać, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Mieczyk jednak nadal zachowując poważny wyraz twarzy, kontynuował: - Nie miewajcie jednak zbytnich przeczuć, albowiem ja się wami zajmę.
Chłopak odwrócił się i szepnął do wodza, gdy dzieciaki wybuchnęły śmiechem.
- Czkawka, ja tak nie potrafię.
- Mów normalnie, to nie jest jakiś dramat aktorski - podpowiedział mu jeździec, cały czas myśląc o tym, żeby zachować się naturalnie - wiedział, że jeżeli się roześmieje, to nie pomoże Mieczykowi.
Wiking odchrząknął po raz drugi, aż jego blond włosy zafalowały. Uczniowie szybko uspokoili się, głównie spoglądając na Czkawkę.
- Dobra, nie będę wam tu owijał, prawda jest taka, że nie mam pojęcia, czego mam tu uczyć - Czkawka walnął się otwartą dłonią w czoło, aż zadudniło. Dobrze, że uczniowie go nie widzieli - wiem tyle, że znamy się z Wymem i Jotem ładnych parę lat i ten no, często się wygłupiamy, ale udało nam się, znaczy mi i mojej siostrze nauczyć naszego smoka kilku sztuczek - podrapał się po głowie. Czkawka spojrzał z zainteresowaniem na Szczerbka, po czym słuchał dalej wywodu przyjaciela. - Mogę wam pokazać, jakie to były sztuczki, no ale myślę, że no Czkawka nie byłby zadowolony, gdybyście, no wiecie, próbowali tego w domu. Lepiej wytresujcie własnego smoka, a potem spróbujcie go nauczyć czegokolwiek.
Dzieci patrzyły na niego z ciekawością, z czego Czkawka był naprawdę zadowolony, przecież o to mu chodziło. Być może Astrid miała rację i Smocza Akademia odniosła sukces.
- Po pierwsze: Wym - zwrócił się do pierwszej z głów. - Gaz!
Smok niechętnie wyprodukował małą chmurkę gazu, którą jego druga głowa za poleceniem Mieczyka podpaliła. Chmurka zielonego dymu strzeliła nagle, zostawiając za sobą jedynie zapach spalenizny. Czkawka uświadomił sobie, widząc zachwycone twarze dziewczynek i chłopców Wikingów, że tak naprawdę po raz pierwszy mogą podziwiać smoki w akcji. Choć na Berk mieszkało wciąż wiele smoków, to tak naprawdę rzadko kiedy współpracowały z jeźdźcami, a jeśli to już robiły, to nie używały w pełni swoich smoczych zdolności. Postanowił to przemyśleć.
- Dobrze - pochwalił je Mieczyk, rzucając głowom w tym samym momencie dwie ryby. Bliźniak wiedział, że smoki nienawidzą, gdy jedno jest traktowane inaczej, niż drugie, tak jak on i Szpadka.
- A jak można się bawić z takim smokiem? - spytał jeden z uczniów. Czkawka jeszcze nie potrafił spamiętać tych jedenastu imion, ale wiedział, że ten chłopiec nazywa się Kowalik.
- No cóż, ja i Szpadka najczęściej bawimy się z naszym smokiem po prostu wpadając w kłopoty, ale tego by raczej nie radził Czkawka... Poza tym Zębirogi uwielbiają psocić. Wdały się smoczki w właścicieli - Mieczyk otarł z policzka łzę wzruszenia.
Dzieci gawędziły ze sobą wesoło, wymieniając się spostrzeżeniami.
- A jedzą tylko ryby? - spytało inne dziecko, którego Czkawka nie zdążył wychwycić.
- Nie tylko - odpowiedział Mieczyk, wzruszając ramionami. - Ale najczęściej je jedzą, sam nie wiem czemu. Chociaż w sumie gorzej by było, gdyby jadły mięso, co nie?
Grupa A tymczasem dopiero miała zaczynać zajęcia, które prowadziła Astrid. Czkawka nie mógł odpuścić okazji, by zobaczyć swoją ukochana w akcji, jednak trochę się spóźnił, bo wolał jednak upewnić się, jak poradzi sobie Mieczyk. Gdy dołączył do żony, Mel siedziała na siodle Burzy, Śmiertnika Zębacza, którego Astrid znała bardzo dobrze, ale z którym nie udało jej się nawiązać więzi. Nigdy nie takiej jak z Wichurą.
Dziewczynka cała się trzęsła, siadając na siodło spokojnego smoka, gdy Astrid trzymała ją za rękę. Czkawka uśmiechnął się na ten widok - obie były wprost rozkoszne.
- Ona nie ruszy? - spytała ze strachem Mel. Jej małe usteczka ledwie poruszyły się, wypowiadając to pytanie.
- Nie ma takiej możliwości - powiedziała pewnie jej nauczycielka, ściskając mocniej jej małą rączkę. - Jak widzicie to siodło składa się z kilku warstw, kto mi powie dlaczego?
Do odpowiedzi zgłosił się Darczykłak, kuzyn Śledzika.
- Żeby nie ocierać się o łuski smoka - powiedział, bardzo z siebie dumny. Naprawdę przypominał swojego kuzyna, pomyślał Czkawka.
- Otóż to - Astrid zdawała się dalej nie zauważyć obecności męża, więc uczniowie robili to samo. Jeździec był im za to wdzięczny, nie chciał przeszkadzać, jedynie sprawdzać, czy nauczyciele dają sobie radę.
Mel poruszyła się niespokojnie na siodle, co wyczuła Burza.
- Nie bój się - powiedziała jej Astrid, głaszcząc Śmiernika. - Smoki wyczuwają strach i reagują tak samo. Musisz się trochę uspokoić, nic się nie stanie.
Dziewczynka spojrzała nagle na Czkawkę i kiwnęła lekko głową, jakby poczuła się pewniej, widząc wodza. W tym momencie Astrid obróciła się i zauważyła męża.
- Cześć, Czkawka - uśmiechnęła się. - Sprawdzasz, czy dajemy sobie radę?
- Wiem, że dajecie - odparł Czkawka, gdy nagle wpadł na niego Charkopłon i zabrał go na stronę.
Mina Wikinga mówiła jasno, że nie ma dla niego dobrych wieści. Szczerbatek też poczuł, że coś jest nie tak.
- Jest przy Wielkiej Sali jakiś koleś, twierdzi, że chce rozmawiać z wodzem. - powiedział Charkopłon ze specyficznym charczeniem w głosie. Jego ruda broda drżała, gdy mówił.
- Kto to? - spytał Czkawka, spoglądając na Szczerbatka.
- Nie wiem, nie jest Damorem, ani byłym niewolnikiem. Nie jest też żadnym z naszych sprzymierzeńców, nikt go nie zna. - Wiking wzruszył ramionami.
- Dobra, idę tam - obiecał mu Czkawka, po czym wsiadł na siodło Nocnej Furii, by szybciej dotrzeć do placu.
...
Rzeczywiście, przed Wielką Salą ktoś stał. Był to młody chłopak, którego Czkawka nie znał. Chociaż... Chwila moment. Czkawka złapał się siodła Szczerbatka, bo padłby z wrażenia, widząc chłopaka, który śnił się jemu i Astrid. Wiedział, że to on. Ten sam chód, wygląd, dosłownie wszystko. Wyglądał tylko nieco dojrzalej niż ten z jego snów.
Wódz podszedł z zaniepokojeniem i zaciekawieniem do Wikinga. Co do jego pochodzenia nie było wątpliwości, widząc hełm Wikingów a na nim znak Wandali. Pewnie specjalnie go założył, by w Berk nie wzięli go za wroga.
- Witaj - powiedział Czkawka, zauważając, że chłopak jest kilka lat młodszy od niego. - To ty chciałeś ze mną rozmawiać?
Chłopak popatrzył z podziwem najpierw na Szczerbatka, potem zaś na jego wodza.
- Więc to ty jesteś Czkawka, Pogromca Smoków?
Wódz wywrócił oczami, słysząc tą nazwę. Nigdy nie zabił smoka, jedynie mocno poturbował, a i tak nie było chwili, żeby tego nie żałował, widząc kalectwo Szczerbatka.
- Nie, jestem Czkawka, Treser Smoków jeśli łaska. - na policzkach chłopaka wystąpiły rumieńce.
- Wybacz. Ja nazywam się Hassa, moja mama bardzo chciała, żebym się z tobą spotkał.
Czkawka zmarszczył brwi. Przed oczami pojawiło mu się ciało martwej Seliny. Był do niej naprawdę podobny.
- Twoja mama? - spytał.
- Selina - odpowiedział poważnie chłopak. Czkawka nie miał już pytań. Może poza jednym. - Zginęła jakiś czas temu.
- Tak - przyznał Czkawka. - Nie poznałem twojej mamy przed śmiercią, nie za bardzo mogę ci pomóc - powiedział.
- Ale znałeś mojego ojca - odparł Hassa. Miał szare oczy i zdystansowane spojrzenie. Czkawka zerknął znów na stojącego obok smoka.
- Nie sądzę - kłócił się z chłopakiem, ale tamten nie ustępował.
- Wiem, że mieszkał na Berk i że także zginął.
To tylko przypadek, krzyczał w środku Czkawka, ale jego oczy rejestrowały wszystkie szczegóły, które kojarzyły chłopaka z Pyskaczem. To niemożliwe, wmawiał sobie Czkawka, ale wiedział, że to bardzo prawdopodobne.
- Więc czemu twoja mama chciała, żebyś ze mną rozmawiał? - spytał Czkawka, oddalając temat. Hassa podrapał się pod hełmem, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią.
- Chciała mi znaleźć jakieś zajęcie, więc wysłała mnie do ojca, a sama została w Walharrof. - była to wyspa położona daleko na wschód od Berk. Czkawka jednak zdołał poznać jej wodza, Olafa, który miał słabość do owoców południowego morza, ale bardzo bał się wody, przez co jego plemię rzadko żeglowało wraz ze swoim wodzem. Pewnie żegluga do Berk trochę go kosztowała. Chłopak cały czas przyglądał się Szczerbatkowi, jakby po raz pierwszy widział smoka.
Czkawka przemyślał tę kwestię. Skoro chłopak chciał pracować, mógł mu dać jakieś zajęcie, a przy okazji się czegoś dowiedzieć.
- Dobrze, ale pozwolisz, że przemyślę sprawę. Na razie możesz zamieszkać w kuźni w domu mojego przyjaciela, zginął całkiem niedawno, więc jego dom jest pusty. O ile nie będzie ci to oczywiście przeszkadzało. - mówił Czkawka. Chciał poddać chłopaka próbie - może znajdzie tam coś, co może przypomnieć mu Pyskacza.
- Nie ma problemu - odparł Hassa, nawet nie podejrzewając podstępu. - Wielkie dzięki.
- Jeśli byś czegoś potrzebował, to proś, na pewno ktoś z naszych ci pomoże. Nie jesteśmy negatywnie nastawieni, ale lepiej nie próbuj żadnych numerów - powiedział to z uśmiechem, ale z nutą grozy. Nie chciał powtórki z Theodem. - Pamiętaj, że nasze smoki są nieco bardziej ostrożne.
Szczerbatek warknął pod nosem, by podkreślić słowa jeźdźca. Hassa kiwnął.
- Zrozumiałem. Będę mógł z tobą porozmawiać wieczorem? - spytał.
- Pewnie, ale to ja ciebie znajdę - spojrzał na Szczerbatka. - Sam rozumiesz, mogę być dosłownie wszędzie.
Chłopak kiwnął głową, a Flegma, która najwyraźniej go tu przyprowadziła z portu, zaprowadziła go również do kuźni. Czkawka obserwował go z ciekawością.
- Niewiarygodnie podobny do Pyskacza, nie? - spytał Szczerbatka. Nocna Furia wywróciła oczami, pokazując przy tym bezzębną paszczę. - Dobra, nieważne. Chodź, mam jeszcze kilka spraw do załatwienia.
Kiedy już każdy z uczniów z grupy B zajął już swoje miejsce, Mieczyk skończył mówić do Wyma i Jota, po czym odchrząknął:
- Zaiste witam was na moich Zajęciach Smoczych Sztuczek. - wyglądał tak idiotycznie, że Czkawka musiał się powstrzymać, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Mieczyk jednak nadal zachowując poważny wyraz twarzy, kontynuował: - Nie miewajcie jednak zbytnich przeczuć, albowiem ja się wami zajmę.
Chłopak odwrócił się i szepnął do wodza, gdy dzieciaki wybuchnęły śmiechem.
- Czkawka, ja tak nie potrafię.
- Mów normalnie, to nie jest jakiś dramat aktorski - podpowiedział mu jeździec, cały czas myśląc o tym, żeby zachować się naturalnie - wiedział, że jeżeli się roześmieje, to nie pomoże Mieczykowi.
Wiking odchrząknął po raz drugi, aż jego blond włosy zafalowały. Uczniowie szybko uspokoili się, głównie spoglądając na Czkawkę.
- Dobra, nie będę wam tu owijał, prawda jest taka, że nie mam pojęcia, czego mam tu uczyć - Czkawka walnął się otwartą dłonią w czoło, aż zadudniło. Dobrze, że uczniowie go nie widzieli - wiem tyle, że znamy się z Wymem i Jotem ładnych parę lat i ten no, często się wygłupiamy, ale udało nam się, znaczy mi i mojej siostrze nauczyć naszego smoka kilku sztuczek - podrapał się po głowie. Czkawka spojrzał z zainteresowaniem na Szczerbka, po czym słuchał dalej wywodu przyjaciela. - Mogę wam pokazać, jakie to były sztuczki, no ale myślę, że no Czkawka nie byłby zadowolony, gdybyście, no wiecie, próbowali tego w domu. Lepiej wytresujcie własnego smoka, a potem spróbujcie go nauczyć czegokolwiek.
Dzieci patrzyły na niego z ciekawością, z czego Czkawka był naprawdę zadowolony, przecież o to mu chodziło. Być może Astrid miała rację i Smocza Akademia odniosła sukces.
- Po pierwsze: Wym - zwrócił się do pierwszej z głów. - Gaz!
Smok niechętnie wyprodukował małą chmurkę gazu, którą jego druga głowa za poleceniem Mieczyka podpaliła. Chmurka zielonego dymu strzeliła nagle, zostawiając za sobą jedynie zapach spalenizny. Czkawka uświadomił sobie, widząc zachwycone twarze dziewczynek i chłopców Wikingów, że tak naprawdę po raz pierwszy mogą podziwiać smoki w akcji. Choć na Berk mieszkało wciąż wiele smoków, to tak naprawdę rzadko kiedy współpracowały z jeźdźcami, a jeśli to już robiły, to nie używały w pełni swoich smoczych zdolności. Postanowił to przemyśleć.
- Dobrze - pochwalił je Mieczyk, rzucając głowom w tym samym momencie dwie ryby. Bliźniak wiedział, że smoki nienawidzą, gdy jedno jest traktowane inaczej, niż drugie, tak jak on i Szpadka.
- A jak można się bawić z takim smokiem? - spytał jeden z uczniów. Czkawka jeszcze nie potrafił spamiętać tych jedenastu imion, ale wiedział, że ten chłopiec nazywa się Kowalik.
- No cóż, ja i Szpadka najczęściej bawimy się z naszym smokiem po prostu wpadając w kłopoty, ale tego by raczej nie radził Czkawka... Poza tym Zębirogi uwielbiają psocić. Wdały się smoczki w właścicieli - Mieczyk otarł z policzka łzę wzruszenia.
Dzieci gawędziły ze sobą wesoło, wymieniając się spostrzeżeniami.
- A jedzą tylko ryby? - spytało inne dziecko, którego Czkawka nie zdążył wychwycić.
- Nie tylko - odpowiedział Mieczyk, wzruszając ramionami. - Ale najczęściej je jedzą, sam nie wiem czemu. Chociaż w sumie gorzej by było, gdyby jadły mięso, co nie?
Grupa A tymczasem dopiero miała zaczynać zajęcia, które prowadziła Astrid. Czkawka nie mógł odpuścić okazji, by zobaczyć swoją ukochana w akcji, jednak trochę się spóźnił, bo wolał jednak upewnić się, jak poradzi sobie Mieczyk. Gdy dołączył do żony, Mel siedziała na siodle Burzy, Śmiertnika Zębacza, którego Astrid znała bardzo dobrze, ale z którym nie udało jej się nawiązać więzi. Nigdy nie takiej jak z Wichurą.
Dziewczynka cała się trzęsła, siadając na siodło spokojnego smoka, gdy Astrid trzymała ją za rękę. Czkawka uśmiechnął się na ten widok - obie były wprost rozkoszne.
- Ona nie ruszy? - spytała ze strachem Mel. Jej małe usteczka ledwie poruszyły się, wypowiadając to pytanie.
- Nie ma takiej możliwości - powiedziała pewnie jej nauczycielka, ściskając mocniej jej małą rączkę. - Jak widzicie to siodło składa się z kilku warstw, kto mi powie dlaczego?
Do odpowiedzi zgłosił się Darczykłak, kuzyn Śledzika.
- Żeby nie ocierać się o łuski smoka - powiedział, bardzo z siebie dumny. Naprawdę przypominał swojego kuzyna, pomyślał Czkawka.
- Otóż to - Astrid zdawała się dalej nie zauważyć obecności męża, więc uczniowie robili to samo. Jeździec był im za to wdzięczny, nie chciał przeszkadzać, jedynie sprawdzać, czy nauczyciele dają sobie radę.
Mel poruszyła się niespokojnie na siodle, co wyczuła Burza.
- Nie bój się - powiedziała jej Astrid, głaszcząc Śmiernika. - Smoki wyczuwają strach i reagują tak samo. Musisz się trochę uspokoić, nic się nie stanie.
Dziewczynka spojrzała nagle na Czkawkę i kiwnęła lekko głową, jakby poczuła się pewniej, widząc wodza. W tym momencie Astrid obróciła się i zauważyła męża.
- Cześć, Czkawka - uśmiechnęła się. - Sprawdzasz, czy dajemy sobie radę?
- Wiem, że dajecie - odparł Czkawka, gdy nagle wpadł na niego Charkopłon i zabrał go na stronę.
Mina Wikinga mówiła jasno, że nie ma dla niego dobrych wieści. Szczerbatek też poczuł, że coś jest nie tak.
- Jest przy Wielkiej Sali jakiś koleś, twierdzi, że chce rozmawiać z wodzem. - powiedział Charkopłon ze specyficznym charczeniem w głosie. Jego ruda broda drżała, gdy mówił.
- Kto to? - spytał Czkawka, spoglądając na Szczerbatka.
- Nie wiem, nie jest Damorem, ani byłym niewolnikiem. Nie jest też żadnym z naszych sprzymierzeńców, nikt go nie zna. - Wiking wzruszył ramionami.
- Dobra, idę tam - obiecał mu Czkawka, po czym wsiadł na siodło Nocnej Furii, by szybciej dotrzeć do placu.
...
Rzeczywiście, przed Wielką Salą ktoś stał. Był to młody chłopak, którego Czkawka nie znał. Chociaż... Chwila moment. Czkawka złapał się siodła Szczerbatka, bo padłby z wrażenia, widząc chłopaka, który śnił się jemu i Astrid. Wiedział, że to on. Ten sam chód, wygląd, dosłownie wszystko. Wyglądał tylko nieco dojrzalej niż ten z jego snów.
Wódz podszedł z zaniepokojeniem i zaciekawieniem do Wikinga. Co do jego pochodzenia nie było wątpliwości, widząc hełm Wikingów a na nim znak Wandali. Pewnie specjalnie go założył, by w Berk nie wzięli go za wroga.
- Witaj - powiedział Czkawka, zauważając, że chłopak jest kilka lat młodszy od niego. - To ty chciałeś ze mną rozmawiać?
Chłopak popatrzył z podziwem najpierw na Szczerbatka, potem zaś na jego wodza.
- Więc to ty jesteś Czkawka, Pogromca Smoków?
Wódz wywrócił oczami, słysząc tą nazwę. Nigdy nie zabił smoka, jedynie mocno poturbował, a i tak nie było chwili, żeby tego nie żałował, widząc kalectwo Szczerbatka.
- Nie, jestem Czkawka, Treser Smoków jeśli łaska. - na policzkach chłopaka wystąpiły rumieńce.
- Wybacz. Ja nazywam się Hassa, moja mama bardzo chciała, żebym się z tobą spotkał.
Czkawka zmarszczył brwi. Przed oczami pojawiło mu się ciało martwej Seliny. Był do niej naprawdę podobny.
- Twoja mama? - spytał.
- Selina - odpowiedział poważnie chłopak. Czkawka nie miał już pytań. Może poza jednym. - Zginęła jakiś czas temu.
- Tak - przyznał Czkawka. - Nie poznałem twojej mamy przed śmiercią, nie za bardzo mogę ci pomóc - powiedział.
- Ale znałeś mojego ojca - odparł Hassa. Miał szare oczy i zdystansowane spojrzenie. Czkawka zerknął znów na stojącego obok smoka.
- Nie sądzę - kłócił się z chłopakiem, ale tamten nie ustępował.
- Wiem, że mieszkał na Berk i że także zginął.
To tylko przypadek, krzyczał w środku Czkawka, ale jego oczy rejestrowały wszystkie szczegóły, które kojarzyły chłopaka z Pyskaczem. To niemożliwe, wmawiał sobie Czkawka, ale wiedział, że to bardzo prawdopodobne.
- Więc czemu twoja mama chciała, żebyś ze mną rozmawiał? - spytał Czkawka, oddalając temat. Hassa podrapał się pod hełmem, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią.
- Chciała mi znaleźć jakieś zajęcie, więc wysłała mnie do ojca, a sama została w Walharrof. - była to wyspa położona daleko na wschód od Berk. Czkawka jednak zdołał poznać jej wodza, Olafa, który miał słabość do owoców południowego morza, ale bardzo bał się wody, przez co jego plemię rzadko żeglowało wraz ze swoim wodzem. Pewnie żegluga do Berk trochę go kosztowała. Chłopak cały czas przyglądał się Szczerbatkowi, jakby po raz pierwszy widział smoka.
Czkawka przemyślał tę kwestię. Skoro chłopak chciał pracować, mógł mu dać jakieś zajęcie, a przy okazji się czegoś dowiedzieć.
- Dobrze, ale pozwolisz, że przemyślę sprawę. Na razie możesz zamieszkać w kuźni w domu mojego przyjaciela, zginął całkiem niedawno, więc jego dom jest pusty. O ile nie będzie ci to oczywiście przeszkadzało. - mówił Czkawka. Chciał poddać chłopaka próbie - może znajdzie tam coś, co może przypomnieć mu Pyskacza.
- Nie ma problemu - odparł Hassa, nawet nie podejrzewając podstępu. - Wielkie dzięki.
- Jeśli byś czegoś potrzebował, to proś, na pewno ktoś z naszych ci pomoże. Nie jesteśmy negatywnie nastawieni, ale lepiej nie próbuj żadnych numerów - powiedział to z uśmiechem, ale z nutą grozy. Nie chciał powtórki z Theodem. - Pamiętaj, że nasze smoki są nieco bardziej ostrożne.
Szczerbatek warknął pod nosem, by podkreślić słowa jeźdźca. Hassa kiwnął.
- Zrozumiałem. Będę mógł z tobą porozmawiać wieczorem? - spytał.
- Pewnie, ale to ja ciebie znajdę - spojrzał na Szczerbatka. - Sam rozumiesz, mogę być dosłownie wszędzie.
Chłopak kiwnął głową, a Flegma, która najwyraźniej go tu przyprowadziła z portu, zaprowadziła go również do kuźni. Czkawka obserwował go z ciekawością.
- Niewiarygodnie podobny do Pyskacza, nie? - spytał Szczerbatka. Nocna Furia wywróciła oczami, pokazując przy tym bezzębną paszczę. - Dobra, nieważne. Chodź, mam jeszcze kilka spraw do załatwienia.
środa, 24 czerwca 2015
Smocza Akademia
Czkawka wypoczął już zupełnie, a co najważniejsze w głowie miał tylko jedno - świeży entuzjazm nadchodzącym otwarciem Smoczej Akademii. To już dziś, pomyślał, jednocześnie ciesząc się i niepokojąc. Miałm nadzieję, że dopiął wszystko na ostatni guzik. Od kilku dni zbierał notatki, ustalał terminy zajęć z jeźdźcami, przygotowywał materiały i miejsca.
- Dzień dobry, śpiochu - obudziła go rano Astrid długim pocałunkiem. Wódz uśmiechnął się.
- Dość miły początek dnia - powiedział. - Mogłabyś to robić częściej.
Dziewczyna uśmiechnęła się tylko w odpowiedzi.
- Nie mogę się doczekać. - szepnęła entuzjastycznie. - Pewnie reszta tak samo. Ciekawe, ilu będzie studentów - Czkawka rozciągnął się, ziewając przeciągle.
- Mam nadzieję, że dość, by nasza praca nie poszła na marne.
- Och, Czkawka, praca to się dopiero zacznie - westchnęła Astrid, schodząc po schodach na dół.
Jak się okazało, do Akademii zgłosiło się jedenastu uczniów, w tym pięć dziewczynek i sześciu chłopców. Wyglądali na mocno skonsternowanych, ale jeźdźcy powitali ich dość miło. Smoki nie stały w zasięgu wzroku, z obawy, by nie wystraszyć nowych uczniów.
- Sądziłam, że będzie ich więcej - mruknęła Szpadka do brata, wpatrując się w nowoprzybyłych. Mieczyk zarechotał w odpowiedzi.
- Pewnie zobaczyli cię przed otwarciem Akademii.
Czkawka powitał nowych uczniów, po czym podzielił grupę na dwie części, by nauczyciele nie mieli problemu ogarnąć jedenastki plus swoich smoków. To byłoby dość ryzykowne. Tak więc powstały dwie oddzielne klasy.
- Witajcie wszyscy na Zajęciach Smoków. - powiedziała Valka, głaszcząc swojego Chmuroskoka. Czkawka stał przy bramie, obserwując swoje dzieło w cieniu. - Będziemy się tutaj uczyć, cóż o smokach i ich tajemnicach, które pragnę wam przekazać. Czy macie jakieś pytania?
Dwie osoby podniosły do góry swoje ręce.
- Tak? - spytała Valka wskazując chłopca o długich, rudych włosach związanych w jeden warkocz.
- Czy będziemy latać na smokach?
- Będziecie, ale nie na moich zajęciach. Od tego są lekcje prowadzone z Astrid i Sączysmarkiem. Słucham?
Najmłodsza ze wszystkich dzieciaków grzecznie wstała. Byłą szczupła i niska, toteż nie za bardzo wyróżniała się z siedzących na drewnianej ławie uczniów.
- No bo... czy smoki są naprawdę tak niebezpieczne? - spytała cicho. Valka zerknęła na syna ledwie zauważalnie.
- Nie, jeśli wiesz, jak z nimi postępować i nie chcesz im zrobić krzywdy. One to wyczuwają i się bronią. Skąd to pytanie? Przecież na Berk żaden smok nie robi nikomu krzywdy.
Dziewczynka popatrzyła na swoje stopy. Przez moment się nie odzywała, po czym szepnęła cichym głosikiem:
- Mój tatuś zginął przez smoka. - wszyscy w Arenie popatrzyli na nią ze strachem i współczuciem.
Valka wyglądała, jakby nie wiedziała, co ma powiedzieć. Czkawka znał jej ojca, domyślił się, że było to Storczyk Wędrowiec, jeden z członków rady. Rzeczywiście, spłonął przez ogień smoków, ale sam wszedł do smoczego leża z bronią, a smoki potraktowały go jak intruza. Wódz postanowił więc rozbić atmosferę, która nagromadziła się w tym miejscu, jednocześnie pomóc swojej mamie.
- Smoki potrafią zrobić krzywdę - powiedział, wychodząc z cienia. Oczy dzieciaków przeniosły się z jeźdźczyni na niego. - Ale ludzie wcale nie są im dłużni. Ja popełniłem ten błąd i pewnie widzieliście już u Szczerbatka protezę ogona. - wskazał na swoją nogę - ja mam własną. Twój ojciec był dzielnym człowiekiem, ale popełnił ten sam błąd, co ja. Tyle, że jemu nie udało się wyjść z tego cało. To nie znaczy, że ty nie masz szansy. Nie potrafię zliczyć, ile razy to smoki uratowały mi życie, Mel - powiedział, kładąc dłoń na ramieniu dziewczynki.
Mała Mel obróciła się do Valki, której spojrzenie wyrażało podziękowanie.
- Mi smoki nie zrobią krzywdy? - zapytała cicho mała.
- Po to tu jesteś - odpowiedział wódz. - żeby szkolić się na jeźdźca smoków. Jak na razie żadnemu z wszystkich jeźdźców nie stała się krzywda przez smoki, więc nie macie, czego się bać.
- A kiedy będziemy mogli wybrać sobie smoka? - spytał pyzaty chłopak, podobny do Śledzika. To jego kuzyn, przypomniał sobie Czkawka. Darczykłak.
- Wtedy, kiedy dowiecie się o nich nieco więcej - powiedział Czkawka, zostawiając uczniów pod opieką swojej mamy. Nie chciał już więcej zakłócać przebiegu zajęć, a wiedział, że jego obecność tutaj może go zakłócić o wiele bardziej niż obecność pozostałych jeźdźców. W końcu on był wodzem.
Siedział więc ze Szczerbatkiem w niewidocznym przez pozostałych miejscu, słuchając wykładów swojej mamy, z których ona sam sporo się uczył. Co prawda, większość rzeczy już wiedział, ale sam sposób, w jaki Valka mówiła do uczniów bardzo go inspirował.
- Smoków nie można zaliczyć do żadnych innych zwierząt - mówiła, głaszcząc leżącego obok Chmuroskoka, który w ogóle zdawał się nie interesować faktem, że śpi na lekcji. - Co prawda możemy znaleźć u nich różne części, które wskazywały by na pochodzenie od zwierząt, jak cztery łapy, choć niektóre smoki mają ich więcej, czego się dowiecie poznając ich rasy. Mają też zęby, pazury, w zależności jak już mówiłam od gatunku. Każdy smok jest jakby połączeniem zwierząt, ale jednocześnie każdy smok ma instynkty, które przybliżają go pochodzeniem bardziej do człowieka, niż do zwierzęcia, jak bardziej rozwinięte instynkty macierzyńskie, troska, humor, a nawet pragnienie zemsty.
Czkawka drapał czarne łuski Szczerbatka, słuchając lekcji z zapartym tchem. Za kilka minut zaczynały się zajęcia, prowadzone przez Szpadkę, na które wolał mieć oko, bo nigdy nie wiadomo, co dziewczynie strzeli do głowy. Jeszcze raz zerknął na szóstkę ciekawskich dzieciaków, po czym szepnął do smoka:
- To co, Mordko, lecimy?
Gdy dolecieli na Polanę Igrony, otoczoną pasem wysokich drzew, Czkawka kazał Szczerbatkowi schować się za wysokimi krzewami leśnych jeżyn. Musieli przy tym uważać na ostre jak brzytwa kolce.
Uczniowie już szli leśną ścieżką z Berk prosto na polanę, na której stały dwie długie, dębowe ławki. Przed nimi stała Szpadka, która wyglądała na wyjątkowo zestresowaną. Obok niej stał Wrzeniek. Był raczej spokojny w jej towarzystwie, a nawet tak spore smoki jak on nie brały dzieci Wikingów na poważnie, tak jak Wikingowie nowowyklutych smoków. Pod warunkiem, że nie były Straszliwcem Straszliwym, naturalnie.
Piątka drugiej grupy, którą prowadził Mieczyk, właśnie dotarła do ławek, siadając na nich wygodnie. Mieczyk mruknął coś w stronę siostry, na co zareagowała gniewem, po czym wrócił znów na ścieżkę.
- Chodź bliżej - Czkawka zwrócił się do Szczerbatka. Oczywiście reszta jeźdźców zdawała sobie sprawę, że Czkawka będzie miał na oku ich poczynania, ale to nie przed nimi Czkawka się chował. Jego zachowanie może i byłoby dziwne, gdyby nie było uzasadnione charakterem jeźdźców. Każdy z nich mógł mieć problem przy zajęciach, więc dobrze byłoby, gdyby był w pobliżu. Poza tym był bardzo ciekawy swego dzieła.
Schowali się tuż za Szpadką. Wrzeniek ich wyczuł, ale starał się tego nie demonstrować. Tak jak w przypadku Chmuroskoka zdawał się być znużony tą sytuacją.
- No to cześć - mruknęła do nich Szpadka, uśmiechając się niepewnie. - to są zajęcia Więzi ze Smokami. Chciałabym wam przedstawić mojego smoka Wrzeńka, który może nie wygląda zachęcająco - smok wyglądał na mocno wkurzonego jej słowami - ale ma wielkie serce - Szpadka przysunęła do siebie łeb Wrzeńca, głaszcząc go. Smok jakby się uspokoił.
Dzieciaki zerkały ciekawie na smoka i na swoją nauczycielkę. W grupie były trzy dziewczynki i dwóch chłopców. Domyślał się, że pewnie tej grupie spodobają się zajęcia.
- Dobra, mam do was pierwsze pytanie. Kto chciałby sam wytresować swojego smoka? - spytała, a wszystkie ręce podniosły się do góry niemal natychmiast. Szpadka popatrzyła na nich z uznaniem. - Łał, macie odwagę, ludzie.
Uczniowie uśmiechnęli się na jej słowa.
- Tak, czy inaczej, powiedzcie mi, jaki miałby być wasz wymarzony smok. - Czkawka popatrzył z szokiem na Szczerbatka.
- Ej, myślałem, że gorzej jej pójdzie. - mruknął z radością.
Kilka dzieci podniosło do góry swoje małe, dziecinne rączki.
- Ja chcę, żeby móc smok miał ogromne zęby i jeszcze większe szpony - powiedział ciemnowłosy chłopak z dużymi, czerwonymi policzkami. Syn Flegmy. Nic dziwnego, jego matka była w końcu wojowniczką, pomyślał wódz.
- Ja chcę, żeby mój smok mnie przytulał do snu i żeby dawał się głaskać - powiedziała najmniejsza dziewczynka.
- A ja chcę, żeby był Nocną Furią. - głos zabrała druga dziewczynka o blond włosach związanych w warkocz.
Czkawka spojrzał na Szczerbatka.
- Mi wystarczą dwie na głowie, jak kto woli - mruknął, ku urażeniu smoka.
- Nie sądzę, by Czkawka był z tego zadowolony - mruknęła do siebie jeźdźczyni, jakby czytała wodzowi w myślach. - Każdy smok ma inny charakter, wystarczy tylko być do niego otwartym i pewnym siebie i... - zaczęła wyliczać na palcach Szpadka. -... i mieć do niego cierpliwość, a każdy smok da nam się w końcu wytresować.
- Proszę pani - drugi z obecnych chłopców podniósł do góry dłoń. Przypominał Czkawce siebie samego sprzed lat, bo był chudy i wątły.
- Tak? - spytała Szpadka.
- Co to jest ta więź ze smokiem?
Szpadka wyglądała na zamyśloną tym pytaniem, ale Czkawka pozwolił jej na odpowiedzenie samemu. W końcu dziewczyna odpowiedziała wolno:
- Co by ci powiedział Czkawka... Hmm, myślę, że to po prostu przyjaźń ze smokiem. Nie wiem, jak to inaczej nazwać.
- A dlaczego się przyjaźnimy ze smokami? - spytała jedna z dziewczynek.
- No bo one pomagają nam a my im. - odpowiedziała wprost Szpadka.
Czkawka już miał pewność, że przyjaciółka da sobie radę. Wycofał się więc bezszelestnie ze Szczerbatkiem, po czym jeździec i smok odlecieli do tamtej grupy dzieci, która teraz miała zacząć lekcje z Sączysmarkiem. Tu chyba naprawdę przyda się pomoc, pomyślał wódz.
Zajęcia zaczynały się na plaży Thora, bo tam, jak wymyślił Czkawka, najłatwiej będzie ugasić pożar, jeśli takowy miałby miejsce, a wszyscy wiedzą, że Koszmar Ponocnik to najbardziej rozpalony smok ze wszystkich. Nie mówiąc już o tym, że jego jeździec jest po prostu nieodpowiedzialny.
Uczniowie zebrali się na piasku, czekając na nauczyciela, który wciąż nie przyleciał. Garstka chłopców zaczęła już usypywać zamki z piasków z nudów.
Czkawka nie miał tym razem kryjówki, więc postanowił po prostu przywitać się z dziećmi. Na jego widok wszystkie ucieszyły się.
- To wódz Czkawka! - wykrzyknął jeden z uczniów, uśmiechając się jak reszta jego kolegów i koleżanek.
Jeździec zerknął na chwilę na Szczerbka, po czym uśmiechnął się przyjaźnie do uczniów. Widzieli go już dzisiaj po raz drugi, przypomniał sobie.
- Będziesz prowadził dzisiejszą lekcję? - zapytała Mel, mrugając błyszczącymi oczkami.
- Mam nadzieję, że nie - szepnął pod nosem Czkawka, wiedząc, że Nocna Furia go usłyszy. - Sączysmark zaraz powinien być.
- Mam pytanie - rękę podniósł chłopiec w za dużym hełmie na głowie. - Mogę pogłaskać Nocną Furię?
- O i ja też! - krzyknął ktoś z boku.
Nagle wszystkim zachciało się pogłaskać pomiot burzy. Szczerbatek zerknął na jeźdźca pytająco. Nie sądził, by smok lubił zbytnie pieszczoty, co było specjalnością dzieci.
Czkawka wstrzymał śmiech.
- No, jeśli Szczerbatek się na to zgodzi - mruknął, co uczniowie uznali za "tak".
Nocna Furia wywróciła oczami, gdy małe, lepkie rączki drapały jej łuski i pysk. W końcu chyba Szczerbatkowi się to spodobało, bo zaczął mruczeć. Skrzydła smoka rozłożyły się, jak samo ciemnogranatowe ciało smoka. Czkawka zachichotał.
- Jaką wielkość mają skrzydła Nocnej Furii? - zapytał chłopiec o wielkim hełmie na głowie. PPrzez moment przypomniał mu Śledzika i jego zapał do nauki.
- Około czternaście metrów - powiedział Czkawka. Mógłby to mówić nawet przebudzony o bardzo wczesnej porze. Wiedział, że to samo potrafiła Astrid na temat Śmertnika Zębacza, czy Śledzik na temat Gronkiela. To kwestia zainteresowań i wytresowanego smoka.
- Błona bardzo gruba i śliska. - ocenił, oglądając skrzydła. - Chyba dobrze się nadaje do lotów, prawda?
- Idealnie - uśmiechnął się Czkawka. Udało mu się latać na różnych smokach, ale nigdy nie leciał szybciej niż na grzbiecie Nocnej Furii.
Szczerbatek kłapnął zębami, gdy jedna z dziewczynek podrapała go pod brodą. Nie zdążył ich niestety schować, a uczniowie odskoczyli od smoka jak oparzeni.
- Rety, widzieliście jakie on ma zębiska? - zapytał blondwłosy uczeń swojego przyjaciela.
- Jest przesłodki - mruknęła Mel, przytulając się do Szczerbatka.
Nagle na Plażę Thora wleciał Koszmar Ponocnik, a na nim jeździec, który najwyraźniej nie był zachwycony obecnością wodza na jego lekcjach. Czkawka zostawił dzieci ze Szczerbatkiem, wiedząc, że są zajęte, a przynajmniej nie będą słyszeć kłótni jeźdźców.
- A co ty tu robisz? - spytał Sączysmark z gniewem w głosie.
- Przyszedłem sprawdzić, jak ci idzie, a ty się spóźniłeś - warknął Czkawka. - Czy na tobie choć raz nie można polegać, Sączysmark?
- Można, ale nie kiedy latam z Hakokłem, mówiłem ci - wściekał się jeździec. - A ty się zgodziłeś.
Czkawka przejechał dłonią po swojej twarzy, modląc się do Odyna o cierpliwość.
- Dobra, nieważne, jeśli twój cenny czas sam na sam z twoim smokiem jest ważniejszy niż zajęcia to w takim razie...
- Nie, nie jest - burknął Sączysmark. - Przecież wiem, jak się do tego zabrać.
- Czyżby? - Czkawka w to szczerze wątpił, ale wiedział, że gdy podjudzi trochę przyjaciela, to ten się skupi na obowiązku. W końcu sam obiecywał, że się tego podejmie.
- Tak, zaraz ci pokażę przewspaniały wodzu - syknął, idąc z wściekłością w kierunku dzieci. Czkawka przez chwilę się obawiał, ale wiedział, że Sączysmark wie, co robi. Chwila, co?
Wódz przywołał do siebie Nocną Furię, by Szczerbatek nie przeszkadzał w zajęciach. Obydwaj stanęli w cieniu, obserwując poczynania Sączysmarka. Hakokieł również wyglądał na zaciekawionego.
- Jestem Sączysmark i będę uczył was Zajęć Sztuki Ognia, ale do tego trzeba mieć werwy, tak więc mam zamiar zrobić z was prawdziwych jeźdźców, a nie tych, którzy fartem wpisali się na listę - spojrzał sugestywnie w kierunku wodza, czego na całe szczęście nie zauważyły dzieci. Czkawka zagryzł zęby. Sączysmark przeginał i to ostro. - Jeśli ktoś ma jakieś wątpliwości, to lepiej niech poszuka innych zajęć.
Uczniowie nie ważyli się odezwać, wpatrując się błagalnie w wodza. Po raz pierwszy Czkawka pomyślał, że być może otwarcie Smoczej Akademii jest złym pomysłem.
- To zaczynamy od krótkiej rozgrzewki - zawyrokował Sączysmark, a uczniowie drgnęli nerwowo na dźwięk jego głosu. - Potem pobiegacie wzdłuż plaży, a następnie wspinaczka na klify.
- Zwariowałeś? - wykrzyknął Czkawka, spanikowany. Wyobraził sobie te dzieci wspinające się po ostrych krawędziach klifu, a pod nimi spiczaste morskie głazy.
- Wyluzuj - warknął Sączysmark do wodza. - Przecież znam miejsce, gdzie wspinaczka jest bezpieczna. Poza tym będziemy z Hakokłem asystować.
Jak się okazało, zajęcia nie wyglądały aż ta źle, jak Czkawka je sobie wyobrażał, choć współczuł uczniom ich wyjątkowego treningu, który prowadził oczywiście Sączysmark. Czkawka pamiętał, że jeździec ma problem z powiedzeniem sobie stop w czasie długotrwałych treningów, co niestety musi znosić Hakokieł, więc za jego namową dzisiejsze ćwiczenia nie były tak ciężkie, jakby sobie tego Sączysmark życzył.
Na dzisiaj to były wszystkie zajęcia, a Czkawka i tak czuł się, jakby cały dzień pracował, choć słońce dopiero zaczynało spadać z najwyższego punktu widnokręgu. Widział, że dzieci mają dużo werwy i że naprawdę spodobały im się lekcje, a nie zamierzał od razu obrzucać ich obowiązkami, powinien je raczej zainteresować. Najwyraźniej za zasługą Szczerbatka, który był gwiazdą dnia, mu się to udało.
Czkawka powłóczył nogami, spacerując po wiosce i doglądając swoich spraw, gdy wpadła na niego Astrid. Była tak rozentuzjazmowana, że wódz bał się spytać, co było tego powodem.
- Cześć, skarbie - przywitała się śpiewnie, rzucając się jeźdźcowi na szyję i całując go. Czkawka był nieco zaniepokojony jej dziwnym zachowaniem, ale postanowił nie zadawać głupich pytań, a raczej zaczekać, aż jego żona (dalej nie mógł się do tego przyzwyczaić) opowie mu, co jest grane. - Ta Akademia wyszła fenomenalnie! - powiedziała, odciągając go na bok. - Pytałam na wyspie, potem wpadłam na część grupy A i mówili to samo. Nie mogą się doczekać do jutra.
- Jeśli Sączysmark będzie prowadził zajęcia, to nie wiem, czy mają się z czego cieszyć - mruknął Czkawka, wzdychając. Cenił jeźdźca za zaangażowanie, ale jednocześnie nim gardził za stosunek, jakim się odnosił do swojego przyjaciela.
- Och, przestań, pewnie nie było aż tak źle - Astrid zmarszczyła brwi. - Skoro wypadło nieźle, to nawet on nie zaszkodził.
- Żartujesz? - prychnął Czkawka. - Ja się właśnie dziwię, jak to wyszło, bo sądząc po tym, co dzisiaj odstawił to Akademia padnie za maksymalnie dwa dni...
Astrid złapała męża za rękę, próbując go wesprzeć. Jej błękitne oczy zalśniły troską.
- Potrzebujesz chyba trochę odpocząć. Za bardzo się martwisz tym wszystkim. - Czkawka skrzywił się, myśląc, że miałby zostawić tonę obowiązków tylko po to, by móc odpocząć. Berk go potrzebowało. - Hmm? Hej, tak dawno nie spędzaliśmy ze sobą czasu...
Czkawka w końcu poddał się namowom Astrid, choć nigdy tak naprawdę w niczym nie potrafił jej się przeciwstawić. Dziewczyna jakoś ubłagała Szczerbatka, który czekał na wieczorny lot, obiecując mu podwójną porcję dorszy na kolację i zabrała jeźdźca nad morze na długi spacer.
Spacerowali tak wolno, jak się tylko dało, byle za szybko nie wrócić do wioski. Morze obijało się o miękki piasek, burząc go z każdą większą falą. Czkawce przyszło na myśl, że tak właśnie wyglądają jego plany, gdy się za coś weźmie. Starannie niszczone przez przyjaciół. Chociaż w sumie, pomyślał, analizując dzisiejszy dzień, na Szpadce wyjątkowo się nie zawiódł.
Astrid próbowała go jakoś odwieźć od tych myśli, starając się co rusz zwrócić na siebie uwagę wodza. W końcu, gdy jej słodkie słówka i uściski nie pomogły, dziewczyna obruszyła się i chlasnęła jeźdźca taflą wody w twarz. Czkawka szybko obudził się z transu, przytomniejąc, gdy jego żona śmiała się w najlepsze.
- Astrid! - wykrzyknął, zmieszany. Włosy dziewczyny rozwiewał wiatr, a szum fal tłumił jej śmiech.
- Nareszcie wrócił Czkawka - powiedziała z dumą, ale jeździec nie był jej winny. Sięgnął dłonią pod powierzchnię wody i wyciągnął ją szybko, ochlapując Astrid.
Tak zaczęła się istna bitwa dwóch jeźdźców, którzy starali się najwidoczniej utopić drugiego. Włosy Astrid były tak mokre, że przykleiły się do jej zaróżowionych policzków, nie mówiąc już o jej futrzastych ramionach, które zwilgotniały do reszty. Czkawka miał o tyle lepiej, że jego ubrania były raczej ze sztywnego materiału, za to gdy nabrały dostatecznej ilości wody robiły się nieznośnie drapiące, jakby były uszyte z najgorszego rodzaju wełny.
Jeździec chwycił w końcu swoją żonę za nadgarstki, przyciskając swoje usta do jej ust, by móc choć na chwilę ją uspokoić. Czuł na twarzy strużki wody, spływające z mokrych włosów, ale nie za bardzo się nimi teraz przejmował.
- Astrid, dziękuję - wymruczał, patrząc w oczy dziewczynie.
Jeźdźczyni spojrzała na niego ze zdziwieniem.
- Za co mi dziękujesz? - spytała z uśmieszkiem, który pozostał jej po chłodnej zabawie w morzu.
- Za to, że mnie wspierasz - odpowiedział Czkawka, czując się dużo lżejszy, niż gdy tu przyszedł, jakby woda odebrała mu resztki wątpliwości.
- Nie marudź już tak - odparła, jakby wcale nie obchodziły ją słowa chłopaka, po czym objęła go mocno za szyję. - W końcu jesteśmy drużyną, co nie?
Czkawka uśmiechnął się szczerze, wiedząc, że dziewczyna nie zauważy jego uśmiechu, po czym odwzajemnił uścisk, dalej stojąc po kolana w zimnej, północnej wodzie.
- Tak - odpowiedział krótko, wkładając w to jedno słowo wszystkie swoje uczucia, którymi darzył dziewczynę.
- Dzień dobry, śpiochu - obudziła go rano Astrid długim pocałunkiem. Wódz uśmiechnął się.
- Dość miły początek dnia - powiedział. - Mogłabyś to robić częściej.
Dziewczyna uśmiechnęła się tylko w odpowiedzi.
- Nie mogę się doczekać. - szepnęła entuzjastycznie. - Pewnie reszta tak samo. Ciekawe, ilu będzie studentów - Czkawka rozciągnął się, ziewając przeciągle.
- Mam nadzieję, że dość, by nasza praca nie poszła na marne.
- Och, Czkawka, praca to się dopiero zacznie - westchnęła Astrid, schodząc po schodach na dół.
Jak się okazało, do Akademii zgłosiło się jedenastu uczniów, w tym pięć dziewczynek i sześciu chłopców. Wyglądali na mocno skonsternowanych, ale jeźdźcy powitali ich dość miło. Smoki nie stały w zasięgu wzroku, z obawy, by nie wystraszyć nowych uczniów.
- Sądziłam, że będzie ich więcej - mruknęła Szpadka do brata, wpatrując się w nowoprzybyłych. Mieczyk zarechotał w odpowiedzi.
- Pewnie zobaczyli cię przed otwarciem Akademii.
Czkawka powitał nowych uczniów, po czym podzielił grupę na dwie części, by nauczyciele nie mieli problemu ogarnąć jedenastki plus swoich smoków. To byłoby dość ryzykowne. Tak więc powstały dwie oddzielne klasy.
- Witajcie wszyscy na Zajęciach Smoków. - powiedziała Valka, głaszcząc swojego Chmuroskoka. Czkawka stał przy bramie, obserwując swoje dzieło w cieniu. - Będziemy się tutaj uczyć, cóż o smokach i ich tajemnicach, które pragnę wam przekazać. Czy macie jakieś pytania?
Dwie osoby podniosły do góry swoje ręce.
- Tak? - spytała Valka wskazując chłopca o długich, rudych włosach związanych w jeden warkocz.
- Czy będziemy latać na smokach?
- Będziecie, ale nie na moich zajęciach. Od tego są lekcje prowadzone z Astrid i Sączysmarkiem. Słucham?
Najmłodsza ze wszystkich dzieciaków grzecznie wstała. Byłą szczupła i niska, toteż nie za bardzo wyróżniała się z siedzących na drewnianej ławie uczniów.
- No bo... czy smoki są naprawdę tak niebezpieczne? - spytała cicho. Valka zerknęła na syna ledwie zauważalnie.
- Nie, jeśli wiesz, jak z nimi postępować i nie chcesz im zrobić krzywdy. One to wyczuwają i się bronią. Skąd to pytanie? Przecież na Berk żaden smok nie robi nikomu krzywdy.
Dziewczynka popatrzyła na swoje stopy. Przez moment się nie odzywała, po czym szepnęła cichym głosikiem:
- Mój tatuś zginął przez smoka. - wszyscy w Arenie popatrzyli na nią ze strachem i współczuciem.
Valka wyglądała, jakby nie wiedziała, co ma powiedzieć. Czkawka znał jej ojca, domyślił się, że było to Storczyk Wędrowiec, jeden z członków rady. Rzeczywiście, spłonął przez ogień smoków, ale sam wszedł do smoczego leża z bronią, a smoki potraktowały go jak intruza. Wódz postanowił więc rozbić atmosferę, która nagromadziła się w tym miejscu, jednocześnie pomóc swojej mamie.
- Smoki potrafią zrobić krzywdę - powiedział, wychodząc z cienia. Oczy dzieciaków przeniosły się z jeźdźczyni na niego. - Ale ludzie wcale nie są im dłużni. Ja popełniłem ten błąd i pewnie widzieliście już u Szczerbatka protezę ogona. - wskazał na swoją nogę - ja mam własną. Twój ojciec był dzielnym człowiekiem, ale popełnił ten sam błąd, co ja. Tyle, że jemu nie udało się wyjść z tego cało. To nie znaczy, że ty nie masz szansy. Nie potrafię zliczyć, ile razy to smoki uratowały mi życie, Mel - powiedział, kładąc dłoń na ramieniu dziewczynki.
Mała Mel obróciła się do Valki, której spojrzenie wyrażało podziękowanie.
- Mi smoki nie zrobią krzywdy? - zapytała cicho mała.
- Po to tu jesteś - odpowiedział wódz. - żeby szkolić się na jeźdźca smoków. Jak na razie żadnemu z wszystkich jeźdźców nie stała się krzywda przez smoki, więc nie macie, czego się bać.
- A kiedy będziemy mogli wybrać sobie smoka? - spytał pyzaty chłopak, podobny do Śledzika. To jego kuzyn, przypomniał sobie Czkawka. Darczykłak.
- Wtedy, kiedy dowiecie się o nich nieco więcej - powiedział Czkawka, zostawiając uczniów pod opieką swojej mamy. Nie chciał już więcej zakłócać przebiegu zajęć, a wiedział, że jego obecność tutaj może go zakłócić o wiele bardziej niż obecność pozostałych jeźdźców. W końcu on był wodzem.
Siedział więc ze Szczerbatkiem w niewidocznym przez pozostałych miejscu, słuchając wykładów swojej mamy, z których ona sam sporo się uczył. Co prawda, większość rzeczy już wiedział, ale sam sposób, w jaki Valka mówiła do uczniów bardzo go inspirował.
- Smoków nie można zaliczyć do żadnych innych zwierząt - mówiła, głaszcząc leżącego obok Chmuroskoka, który w ogóle zdawał się nie interesować faktem, że śpi na lekcji. - Co prawda możemy znaleźć u nich różne części, które wskazywały by na pochodzenie od zwierząt, jak cztery łapy, choć niektóre smoki mają ich więcej, czego się dowiecie poznając ich rasy. Mają też zęby, pazury, w zależności jak już mówiłam od gatunku. Każdy smok jest jakby połączeniem zwierząt, ale jednocześnie każdy smok ma instynkty, które przybliżają go pochodzeniem bardziej do człowieka, niż do zwierzęcia, jak bardziej rozwinięte instynkty macierzyńskie, troska, humor, a nawet pragnienie zemsty.
Czkawka drapał czarne łuski Szczerbatka, słuchając lekcji z zapartym tchem. Za kilka minut zaczynały się zajęcia, prowadzone przez Szpadkę, na które wolał mieć oko, bo nigdy nie wiadomo, co dziewczynie strzeli do głowy. Jeszcze raz zerknął na szóstkę ciekawskich dzieciaków, po czym szepnął do smoka:
- To co, Mordko, lecimy?
Gdy dolecieli na Polanę Igrony, otoczoną pasem wysokich drzew, Czkawka kazał Szczerbatkowi schować się za wysokimi krzewami leśnych jeżyn. Musieli przy tym uważać na ostre jak brzytwa kolce.
Uczniowie już szli leśną ścieżką z Berk prosto na polanę, na której stały dwie długie, dębowe ławki. Przed nimi stała Szpadka, która wyglądała na wyjątkowo zestresowaną. Obok niej stał Wrzeniek. Był raczej spokojny w jej towarzystwie, a nawet tak spore smoki jak on nie brały dzieci Wikingów na poważnie, tak jak Wikingowie nowowyklutych smoków. Pod warunkiem, że nie były Straszliwcem Straszliwym, naturalnie.
Piątka drugiej grupy, którą prowadził Mieczyk, właśnie dotarła do ławek, siadając na nich wygodnie. Mieczyk mruknął coś w stronę siostry, na co zareagowała gniewem, po czym wrócił znów na ścieżkę.
- Chodź bliżej - Czkawka zwrócił się do Szczerbatka. Oczywiście reszta jeźdźców zdawała sobie sprawę, że Czkawka będzie miał na oku ich poczynania, ale to nie przed nimi Czkawka się chował. Jego zachowanie może i byłoby dziwne, gdyby nie było uzasadnione charakterem jeźdźców. Każdy z nich mógł mieć problem przy zajęciach, więc dobrze byłoby, gdyby był w pobliżu. Poza tym był bardzo ciekawy swego dzieła.
Schowali się tuż za Szpadką. Wrzeniek ich wyczuł, ale starał się tego nie demonstrować. Tak jak w przypadku Chmuroskoka zdawał się być znużony tą sytuacją.
- No to cześć - mruknęła do nich Szpadka, uśmiechając się niepewnie. - to są zajęcia Więzi ze Smokami. Chciałabym wam przedstawić mojego smoka Wrzeńka, który może nie wygląda zachęcająco - smok wyglądał na mocno wkurzonego jej słowami - ale ma wielkie serce - Szpadka przysunęła do siebie łeb Wrzeńca, głaszcząc go. Smok jakby się uspokoił.
Dzieciaki zerkały ciekawie na smoka i na swoją nauczycielkę. W grupie były trzy dziewczynki i dwóch chłopców. Domyślał się, że pewnie tej grupie spodobają się zajęcia.
- Dobra, mam do was pierwsze pytanie. Kto chciałby sam wytresować swojego smoka? - spytała, a wszystkie ręce podniosły się do góry niemal natychmiast. Szpadka popatrzyła na nich z uznaniem. - Łał, macie odwagę, ludzie.
Uczniowie uśmiechnęli się na jej słowa.
- Tak, czy inaczej, powiedzcie mi, jaki miałby być wasz wymarzony smok. - Czkawka popatrzył z szokiem na Szczerbatka.
- Ej, myślałem, że gorzej jej pójdzie. - mruknął z radością.
Kilka dzieci podniosło do góry swoje małe, dziecinne rączki.
- Ja chcę, żeby móc smok miał ogromne zęby i jeszcze większe szpony - powiedział ciemnowłosy chłopak z dużymi, czerwonymi policzkami. Syn Flegmy. Nic dziwnego, jego matka była w końcu wojowniczką, pomyślał wódz.
- Ja chcę, żeby mój smok mnie przytulał do snu i żeby dawał się głaskać - powiedziała najmniejsza dziewczynka.
- A ja chcę, żeby był Nocną Furią. - głos zabrała druga dziewczynka o blond włosach związanych w warkocz.
Czkawka spojrzał na Szczerbatka.
- Mi wystarczą dwie na głowie, jak kto woli - mruknął, ku urażeniu smoka.
- Nie sądzę, by Czkawka był z tego zadowolony - mruknęła do siebie jeźdźczyni, jakby czytała wodzowi w myślach. - Każdy smok ma inny charakter, wystarczy tylko być do niego otwartym i pewnym siebie i... - zaczęła wyliczać na palcach Szpadka. -... i mieć do niego cierpliwość, a każdy smok da nam się w końcu wytresować.
- Proszę pani - drugi z obecnych chłopców podniósł do góry dłoń. Przypominał Czkawce siebie samego sprzed lat, bo był chudy i wątły.
- Tak? - spytała Szpadka.
- Co to jest ta więź ze smokiem?
Szpadka wyglądała na zamyśloną tym pytaniem, ale Czkawka pozwolił jej na odpowiedzenie samemu. W końcu dziewczyna odpowiedziała wolno:
- Co by ci powiedział Czkawka... Hmm, myślę, że to po prostu przyjaźń ze smokiem. Nie wiem, jak to inaczej nazwać.
- A dlaczego się przyjaźnimy ze smokami? - spytała jedna z dziewczynek.
- No bo one pomagają nam a my im. - odpowiedziała wprost Szpadka.
Czkawka już miał pewność, że przyjaciółka da sobie radę. Wycofał się więc bezszelestnie ze Szczerbatkiem, po czym jeździec i smok odlecieli do tamtej grupy dzieci, która teraz miała zacząć lekcje z Sączysmarkiem. Tu chyba naprawdę przyda się pomoc, pomyślał wódz.
Zajęcia zaczynały się na plaży Thora, bo tam, jak wymyślił Czkawka, najłatwiej będzie ugasić pożar, jeśli takowy miałby miejsce, a wszyscy wiedzą, że Koszmar Ponocnik to najbardziej rozpalony smok ze wszystkich. Nie mówiąc już o tym, że jego jeździec jest po prostu nieodpowiedzialny.
Uczniowie zebrali się na piasku, czekając na nauczyciela, który wciąż nie przyleciał. Garstka chłopców zaczęła już usypywać zamki z piasków z nudów.
Czkawka nie miał tym razem kryjówki, więc postanowił po prostu przywitać się z dziećmi. Na jego widok wszystkie ucieszyły się.
- To wódz Czkawka! - wykrzyknął jeden z uczniów, uśmiechając się jak reszta jego kolegów i koleżanek.
Jeździec zerknął na chwilę na Szczerbka, po czym uśmiechnął się przyjaźnie do uczniów. Widzieli go już dzisiaj po raz drugi, przypomniał sobie.
- Będziesz prowadził dzisiejszą lekcję? - zapytała Mel, mrugając błyszczącymi oczkami.
- Mam nadzieję, że nie - szepnął pod nosem Czkawka, wiedząc, że Nocna Furia go usłyszy. - Sączysmark zaraz powinien być.
- Mam pytanie - rękę podniósł chłopiec w za dużym hełmie na głowie. - Mogę pogłaskać Nocną Furię?
- O i ja też! - krzyknął ktoś z boku.
Nagle wszystkim zachciało się pogłaskać pomiot burzy. Szczerbatek zerknął na jeźdźca pytająco. Nie sądził, by smok lubił zbytnie pieszczoty, co było specjalnością dzieci.
Czkawka wstrzymał śmiech.
- No, jeśli Szczerbatek się na to zgodzi - mruknął, co uczniowie uznali za "tak".
Nocna Furia wywróciła oczami, gdy małe, lepkie rączki drapały jej łuski i pysk. W końcu chyba Szczerbatkowi się to spodobało, bo zaczął mruczeć. Skrzydła smoka rozłożyły się, jak samo ciemnogranatowe ciało smoka. Czkawka zachichotał.
- Jaką wielkość mają skrzydła Nocnej Furii? - zapytał chłopiec o wielkim hełmie na głowie. PPrzez moment przypomniał mu Śledzika i jego zapał do nauki.
- Około czternaście metrów - powiedział Czkawka. Mógłby to mówić nawet przebudzony o bardzo wczesnej porze. Wiedział, że to samo potrafiła Astrid na temat Śmertnika Zębacza, czy Śledzik na temat Gronkiela. To kwestia zainteresowań i wytresowanego smoka.
- Błona bardzo gruba i śliska. - ocenił, oglądając skrzydła. - Chyba dobrze się nadaje do lotów, prawda?
- Idealnie - uśmiechnął się Czkawka. Udało mu się latać na różnych smokach, ale nigdy nie leciał szybciej niż na grzbiecie Nocnej Furii.
Szczerbatek kłapnął zębami, gdy jedna z dziewczynek podrapała go pod brodą. Nie zdążył ich niestety schować, a uczniowie odskoczyli od smoka jak oparzeni.
- Rety, widzieliście jakie on ma zębiska? - zapytał blondwłosy uczeń swojego przyjaciela.
- Jest przesłodki - mruknęła Mel, przytulając się do Szczerbatka.
Nagle na Plażę Thora wleciał Koszmar Ponocnik, a na nim jeździec, który najwyraźniej nie był zachwycony obecnością wodza na jego lekcjach. Czkawka zostawił dzieci ze Szczerbatkiem, wiedząc, że są zajęte, a przynajmniej nie będą słyszeć kłótni jeźdźców.
- A co ty tu robisz? - spytał Sączysmark z gniewem w głosie.
- Przyszedłem sprawdzić, jak ci idzie, a ty się spóźniłeś - warknął Czkawka. - Czy na tobie choć raz nie można polegać, Sączysmark?
- Można, ale nie kiedy latam z Hakokłem, mówiłem ci - wściekał się jeździec. - A ty się zgodziłeś.
Czkawka przejechał dłonią po swojej twarzy, modląc się do Odyna o cierpliwość.
- Dobra, nieważne, jeśli twój cenny czas sam na sam z twoim smokiem jest ważniejszy niż zajęcia to w takim razie...
- Nie, nie jest - burknął Sączysmark. - Przecież wiem, jak się do tego zabrać.
- Czyżby? - Czkawka w to szczerze wątpił, ale wiedział, że gdy podjudzi trochę przyjaciela, to ten się skupi na obowiązku. W końcu sam obiecywał, że się tego podejmie.
- Tak, zaraz ci pokażę przewspaniały wodzu - syknął, idąc z wściekłością w kierunku dzieci. Czkawka przez chwilę się obawiał, ale wiedział, że Sączysmark wie, co robi. Chwila, co?
Wódz przywołał do siebie Nocną Furię, by Szczerbatek nie przeszkadzał w zajęciach. Obydwaj stanęli w cieniu, obserwując poczynania Sączysmarka. Hakokieł również wyglądał na zaciekawionego.
- Jestem Sączysmark i będę uczył was Zajęć Sztuki Ognia, ale do tego trzeba mieć werwy, tak więc mam zamiar zrobić z was prawdziwych jeźdźców, a nie tych, którzy fartem wpisali się na listę - spojrzał sugestywnie w kierunku wodza, czego na całe szczęście nie zauważyły dzieci. Czkawka zagryzł zęby. Sączysmark przeginał i to ostro. - Jeśli ktoś ma jakieś wątpliwości, to lepiej niech poszuka innych zajęć.
Uczniowie nie ważyli się odezwać, wpatrując się błagalnie w wodza. Po raz pierwszy Czkawka pomyślał, że być może otwarcie Smoczej Akademii jest złym pomysłem.
- To zaczynamy od krótkiej rozgrzewki - zawyrokował Sączysmark, a uczniowie drgnęli nerwowo na dźwięk jego głosu. - Potem pobiegacie wzdłuż plaży, a następnie wspinaczka na klify.
- Zwariowałeś? - wykrzyknął Czkawka, spanikowany. Wyobraził sobie te dzieci wspinające się po ostrych krawędziach klifu, a pod nimi spiczaste morskie głazy.
- Wyluzuj - warknął Sączysmark do wodza. - Przecież znam miejsce, gdzie wspinaczka jest bezpieczna. Poza tym będziemy z Hakokłem asystować.
Jak się okazało, zajęcia nie wyglądały aż ta źle, jak Czkawka je sobie wyobrażał, choć współczuł uczniom ich wyjątkowego treningu, który prowadził oczywiście Sączysmark. Czkawka pamiętał, że jeździec ma problem z powiedzeniem sobie stop w czasie długotrwałych treningów, co niestety musi znosić Hakokieł, więc za jego namową dzisiejsze ćwiczenia nie były tak ciężkie, jakby sobie tego Sączysmark życzył.
Na dzisiaj to były wszystkie zajęcia, a Czkawka i tak czuł się, jakby cały dzień pracował, choć słońce dopiero zaczynało spadać z najwyższego punktu widnokręgu. Widział, że dzieci mają dużo werwy i że naprawdę spodobały im się lekcje, a nie zamierzał od razu obrzucać ich obowiązkami, powinien je raczej zainteresować. Najwyraźniej za zasługą Szczerbatka, który był gwiazdą dnia, mu się to udało.
Czkawka powłóczył nogami, spacerując po wiosce i doglądając swoich spraw, gdy wpadła na niego Astrid. Była tak rozentuzjazmowana, że wódz bał się spytać, co było tego powodem.
- Cześć, skarbie - przywitała się śpiewnie, rzucając się jeźdźcowi na szyję i całując go. Czkawka był nieco zaniepokojony jej dziwnym zachowaniem, ale postanowił nie zadawać głupich pytań, a raczej zaczekać, aż jego żona (dalej nie mógł się do tego przyzwyczaić) opowie mu, co jest grane. - Ta Akademia wyszła fenomenalnie! - powiedziała, odciągając go na bok. - Pytałam na wyspie, potem wpadłam na część grupy A i mówili to samo. Nie mogą się doczekać do jutra.
- Jeśli Sączysmark będzie prowadził zajęcia, to nie wiem, czy mają się z czego cieszyć - mruknął Czkawka, wzdychając. Cenił jeźdźca za zaangażowanie, ale jednocześnie nim gardził za stosunek, jakim się odnosił do swojego przyjaciela.
- Och, przestań, pewnie nie było aż tak źle - Astrid zmarszczyła brwi. - Skoro wypadło nieźle, to nawet on nie zaszkodził.
- Żartujesz? - prychnął Czkawka. - Ja się właśnie dziwię, jak to wyszło, bo sądząc po tym, co dzisiaj odstawił to Akademia padnie za maksymalnie dwa dni...
Astrid złapała męża za rękę, próbując go wesprzeć. Jej błękitne oczy zalśniły troską.
- Potrzebujesz chyba trochę odpocząć. Za bardzo się martwisz tym wszystkim. - Czkawka skrzywił się, myśląc, że miałby zostawić tonę obowiązków tylko po to, by móc odpocząć. Berk go potrzebowało. - Hmm? Hej, tak dawno nie spędzaliśmy ze sobą czasu...
Czkawka w końcu poddał się namowom Astrid, choć nigdy tak naprawdę w niczym nie potrafił jej się przeciwstawić. Dziewczyna jakoś ubłagała Szczerbatka, który czekał na wieczorny lot, obiecując mu podwójną porcję dorszy na kolację i zabrała jeźdźca nad morze na długi spacer.
Spacerowali tak wolno, jak się tylko dało, byle za szybko nie wrócić do wioski. Morze obijało się o miękki piasek, burząc go z każdą większą falą. Czkawce przyszło na myśl, że tak właśnie wyglądają jego plany, gdy się za coś weźmie. Starannie niszczone przez przyjaciół. Chociaż w sumie, pomyślał, analizując dzisiejszy dzień, na Szpadce wyjątkowo się nie zawiódł.
Astrid próbowała go jakoś odwieźć od tych myśli, starając się co rusz zwrócić na siebie uwagę wodza. W końcu, gdy jej słodkie słówka i uściski nie pomogły, dziewczyna obruszyła się i chlasnęła jeźdźca taflą wody w twarz. Czkawka szybko obudził się z transu, przytomniejąc, gdy jego żona śmiała się w najlepsze.
- Astrid! - wykrzyknął, zmieszany. Włosy dziewczyny rozwiewał wiatr, a szum fal tłumił jej śmiech.
- Nareszcie wrócił Czkawka - powiedziała z dumą, ale jeździec nie był jej winny. Sięgnął dłonią pod powierzchnię wody i wyciągnął ją szybko, ochlapując Astrid.
Tak zaczęła się istna bitwa dwóch jeźdźców, którzy starali się najwidoczniej utopić drugiego. Włosy Astrid były tak mokre, że przykleiły się do jej zaróżowionych policzków, nie mówiąc już o jej futrzastych ramionach, które zwilgotniały do reszty. Czkawka miał o tyle lepiej, że jego ubrania były raczej ze sztywnego materiału, za to gdy nabrały dostatecznej ilości wody robiły się nieznośnie drapiące, jakby były uszyte z najgorszego rodzaju wełny.
Jeździec chwycił w końcu swoją żonę za nadgarstki, przyciskając swoje usta do jej ust, by móc choć na chwilę ją uspokoić. Czuł na twarzy strużki wody, spływające z mokrych włosów, ale nie za bardzo się nimi teraz przejmował.
- Astrid, dziękuję - wymruczał, patrząc w oczy dziewczynie.
Jeźdźczyni spojrzała na niego ze zdziwieniem.
- Za co mi dziękujesz? - spytała z uśmieszkiem, który pozostał jej po chłodnej zabawie w morzu.
- Za to, że mnie wspierasz - odpowiedział Czkawka, czując się dużo lżejszy, niż gdy tu przyszedł, jakby woda odebrała mu resztki wątpliwości.
- Nie marudź już tak - odparła, jakby wcale nie obchodziły ją słowa chłopaka, po czym objęła go mocno za szyję. - W końcu jesteśmy drużyną, co nie?
Czkawka uśmiechnął się szczerze, wiedząc, że dziewczyna nie zauważy jego uśmiechu, po czym odwzajemnił uścisk, dalej stojąc po kolana w zimnej, północnej wodzie.
- Tak - odpowiedział krótko, wkładając w to jedno słowo wszystkie swoje uczucia, którymi darzył dziewczynę.
poniedziałek, 1 czerwca 2015
Napój Damorów
Słońce wychodziło zza chmur, Czkawka spacerował po wyspie, której nie znał, a którą widział już kilkakrotnie w trakcie swoich snów. Maszerował raźno przed siebie wdychając rześką woń porannego powietrza.
- Czkawka! - usłyszał za sobą nieznany sobie głos, jakby zza mgły, odbijający się od różnych przestrzeni. Jeździec obrócił się wolno, zachowując czujność. Nigdzie nie widział Szczerbatka, a to było już pretekstem do szczególnej uwagi.
Za swoimi plecami zauważył chłopaka - tego samego, który już kilkakrotnie pojawiał się w snach zarówno jego jak i Astrid. Miał blond włosy, przystrzyżone krótko przy ramionach. Na głowie nosił hełm, jak na Wikinga przystało, w dodatku jego uśmiech zdradzał skojarzenie z pewną osobą. Pyskacz!
- Kim jesteś? - spytał Czkawka zbliżając się do chłopaka. Był niewiele młodszy od niego. Im bliżej niego podchodził jeździec, tym dalej uciekał chłopak.
W końcu Czkawka przystanął, a nieznajomy pomachał mu i odbiegł.
- Czekaj! - krzyczał za nim wódz, próbując zachowywać dalej sen, by w końcu dowiedzieć się, kim jest nieznajomy. Ale było za późno. Łącze zostało przerwane, a podskakujący chłopak zniknął tak samo jak świat dokoła.
Czkawka przetarł zmęczone oczy. Potrzebował snu, ale bał się znów zobaczyć twarz chłopca. ta cała bezczynność zaczynała go mocno drażnić, tak bardzo chciał się dowiedzieć kim jest i co ma wspólnego z Pyskaczem, skoro jest do niego tak łudząco podobny.
Wódz zapalił świecę i postawił ją na stoliku nocnym, jednocześnie wpatrując się w jasny płomyczek, smagany powiewem z otwartego okna.
- Nie możesz zasnąć? - spytała cichutko Astrid, opierając brodę na ramieniu chłopaka.
- Niestety. - westchnął jeździec. - Znowu mi się śnił. To będzie czwarty raz w tym tygodniu.
Brwi Astrid zmarszczyły się, wyglądała na poirytowaną.
- Też wkurza cię, że nie wiesz kim on jest, prawda? - spytała, jednocześnie bawiąc się ciemnobrązowymi włosami męża.
Czkawka przytulił do siebie mocniej Astrid.
- Wiem, że to ma związek z Pyskaczem. Te sny zaczęły się od jego śmierci. A nasiliły się po śmierci...
- Seliny - zgadła Astrid. - Tak, to ma sens. - zatrzepotała rzęsami. - Myślisz, że Pyskacz mógłby mieć... no nie wiem, syna?
Czkawka uśmiechnął się.
- Nie bądź śmieszna. Pyskacz?
Astrid wykrzywiła się, dając mu do zrozumienia, że może nie mieć racji.
- To samo myśleliśmy o tym, że Pyskacz nigdy się nie zakochał. Potem znaleźliśmy ciało Seliny. Słuchaj, tu coś nie pasuje. Skoro Theod naprawdę zniszczyć na zawsze ród Borka, to po co miałby zabijać kobietę, która nie miała z Pyskaczem nic wspólnego przez więzy krwi? - spytała Astrid. - Chyba, że...
- Chyba, że była matką kolejnego dziedzica - dokończył za nią wódz. Uśmiechnął się i pogłaskał dziewczynę po policzku. - Naprawdę nie wiem, co bym bez ciebie zrobił - powiedział.
- Dobra, mniejsza o szczegóły, ważne, że będę przy tobie i to długo. Nie trzeba być Gothi, żeby to wiedzieć - Astrid zaśmiała się, ale Czkawka nagle spoważniał.
- Było tak blisko... - przypomniał sobie dziwną chorobę Astrid, a raczej wizje Iskry wyniszczające umysł dziewczyny. - Od tamtego czasu Iskra nie podsyłała ci żadnych wizji? - spytał niespokojnie. Astrid skrzywiła się.
- Wieeesz... - Czkawka nagle usiadł.
- Nie powiedziałaś mi? - spytał z przejęciem i złością. Sam fakt, że Astrid ukryła przed nim coś tak istotnego napawał go wściekłością i żalem do ukochanej.
- Nie było kiedy - broniła się dziewczyna - poza tym nie chciałam ciebie martwić. To naprawdę nic takiego. Iskra często mi podsyła obrazy na przykład z polowań, albo z lotu. Czkawka, nawet nie wiesz, jak to jest widzieć świat oczami smoka...
Wódz musiał do siebie dojść po tej informacji, więc przez dłuższy czas po prostu się nie odzywał, kiedy Astrid paplała na temat wizji Iskry.
- Czkawka, - złapała go wreszcie za podbródek, przyciągając do siebie. - myślisz, że jestem na tyle głupia, by mówić ci o tym na naszym weselu, czy na pogrzebie Pyskacza?
Nastała cisza. Małżonkowie wpatrywali się w swoje oczy, próbując wychwycić kto blefuje. W końcu Czkawka westchnął.
- Nie lubię, kiedy masz przede mną jakiekolwiek tajemnice - szepnął. - Ja ci mówię wszystko.
Astrid uśmiechnęła się i pocałowała go w usta.
- Kobiety zawsze mają jakieś tajemnice, nic na to nie poradzisz - mruknęła, kładąc głowę na torsie ukochanego. Czkawka przez chwilę bawił się jej włosami, ale po chwili usłyszał ciche chrapanie i zdmuchnął świecę. Nie było sensu rozmyślać o dziwnym chłopcu.
...
Następnego dnia Czkawka postanowił rozgłosić nowinę na temat otwarcia Akademii. Nie trzeba było specjalnego zebrania - wystarczy, że przekazał informację Flegmie, a plotka rozniosła się po całym Berk. Wszyscy nie posiadali się z ciekawości, w jaki sposób nowa szkoła będzie funkcjonować. Astrid miała rację, Berk potrzebowało czegoś, co je pobudzi i da im działanie, a sam temat Smoczej Akademii już wzbudzał zainteresowanie.
Jeźdźcy postanowili spędzić dzień na planowaniu zajęć i ogólnych pojęć, które będą musieli znać uczniowie. Oczywiście, największy problem mieli bliźniacy i Sączysmark w odnalezieniu się w nowym powołaniu, ale jak na pierwsze zadanie, jakie otrzymali, nie poszło im tak źle. Sączysmark włączył do swoich zajęć treningi sprawnościowe, żeby zadbać o kondycję młodych jeźdźców. Szpadka, co było dla Czkawki niemałym szokiem, spędziła cały wczorajszy wieczór na wymyślaniu przeróżnych tematów zajęć, a jej pomysły były naprawdę dobre. Z Mieczykiem było gorzej, bo tak naprawdę nie wymyślił nic, ale umiał improwizować, w przeciwieństwie do Śledzika, który przyniósł na spotkanie cały stos notatek.
Gdy spotkanie się skończyło i wikingowie się rozeszli, Czkawka postanowił sprawdzić, jak czują się Heathera i Tanya, jednocześnie starając się nie dzielić tym pomysłem z Astrid.
Obie siostry siedziały w swoim domu, najwyraźniej nie opuszczały go od pogrzebu Theoda, bo Czkawka nie przypominał sobie, by widział je od tamtego czasu. Zastukał lekko w drzwi i czekał na progu, mając nadzieję, że wczorajsze słowa Astrid na temat Heathery się nie sprawdzą.
- Czkawka - Tanya uśmiechnęła się słabo. - Proszę - odsunęła się, zapraszając go do środka.
Tak naprawdę Czkawka był w domu Tanyi po raz pierwszy. Co prawda dał jej cały budynek, ale nie znajdował się nigdy w tych czterech ścianach i nie wiedział jak przytulnie umeblowane zostały pomieszczenia. Na środku głównego pokoju leżał ogromny dywan z szorstkiego czerwonego materiału, który zapewne pochodził od Damorów, bo w Berk nikt nigdy nie widział takiego tworzywa. Wokół na dołkach w ścianach poustawiane były drobne świece, a okiennice od wewnątrz zostały ręcznie pomalowane, pewnie ręką właścicielki domu.
- Dzięki - mruknął Czkawka, rozglądając się z zachwytem po wnętrzu. - Jak tu pięknie.
- Taki mały skrawek domu - odpowiedziała skromnie Tanya. - Coś się stało?
Wiking odwrócił się do dziewczyny, dopiero orientując się, jak może wyglądać jego najście.
- Nie, po prostu chciałem spytać, jak się czujecie, ty i Heathera. - Tanya wytarła mokry nos. Jej oczy były podkrążone, domyślał się, że niedawno płakała.
- Dochodzimy do siebie, nawet ja - mruknęła posępnie. W tym momencie do izby weszła Heathera. Miała na sobie za dużą tunikę, w której pewnie spała. Materiał odkrywał jej blade ramiona, które dziewczyna niezbyt chętnie próbowała zakryć. Włosy Heathery wiły się wokół jej delikatnej twarzy jak czarny wieniec.
- Ach, to ty, Czkawka - sapnęła. - Wybacz, zaraz wrócę.
- Nie spiesz się - zaśmiał się wódz, siadając naprzeciwko Tanyi. Dziewczyna nalała do kubka jakiś napój i podała przyjacielowi.
- Pij, - poradziła, ale widząc minę Czkawki, dodała: - spokojnie. W moich stronach pijemy to, żeby się trochę orzeźwić. Może nie jest za smaczne - Czkawka powstrzymał się, żeby od razu nie wypluć całości alkoholu, przypominając sobie moment, gdy Astrid próbowała stworzyć nową tradycję wikingów i stworzyła najobrzydliwszy napój, jaki w życiu pił. Ten sok mu niemal dorównywał.
Wódz przełknął i wystawił niedbale język, próbując zmyć z niego smak.
- Rzeczywiście smaku to to nie ma - uśmiechnął się krzywo. Tanya zaśmiała się po raz pierwszy od wesela wodza. - Ale jednak ma kopa.
Jakby na potwierdzenie słów dziewczyny, po ciele Czkawki przeszło miłe uczucie, które rozeszło się od palców do czubka głowy. Heathera wyszła ze swojego pokoju i usiadła przy pijącej dwójce. Miała na sobie szary strój, który mógłby służyć zarówno do walki, jak i do przyjęć.
- Coś się stało? - spytała miło dziewczyna, rozczesując palcami włosy. Zareagowała tak samo, jak jej siostra, zaśmiał się w myślach chłopak. Czy wizyta wodza w domu musi oznaczać kłopoty?
- Nie, nie martw się - odpowiedział, ale Tanya dopowiedziała szybko.
- Czkawka chciał się upewnić, jak sobie radzimy ze śmiercią Theoda. - mówiąc to, jej twarz zachowała naturalny wyraz, co Czkawka przyjął z ulgą. Heathera obdarzyła przyjaciela szczerym uśmiechem.
- To bardzo miło z twojej strony. - rzekła, zakładając nogę na nogę. - Słyszałam o Smoczej Akademii. Na pewno wyjdzie wspaniale.
Czkawka uśmiechnął się. Cieszył się, że ktoś go szczerze wspiera w tym pomyśle.
- Zrobimy wszystko, żeby tak było. W ogóle - spojrzał na Tanyę - mogłabyś czasem mieć oko na Mieczyka? Nie jestem pewien, czy da sobie radę, a przy tobie jest...
- Inny? - zachichotała Tanya. Czarny kosmyk zasłonił jej czoło. - Każdy mi to mówi. Jestem pewna, że da sobie radę, ale jeśli to ciebie uspokoi, to mogę mu pomagać. W końcu i tak na razie nie mam tu żadnej porządnej roboty. Kobiety Berk raczej trzymają się ode mnie z daleka... - przerwała, gryząc się w język. Czkawka zmarszczył brwi.
- Co? Jak to? - spytał ze zdziwieniem.
Tanya popatrzyła na siostrę z prośbą o pomoc.
- To nic wielkiego. To było do przewidzenia, że Berk nie będzie nas traktowało tak, jak wcześniej po tym, co zrobił wam nasz brat - mówiła monotonnym, niemal znużonym głosem, ale jej oczy lśniły czujnie. - Nie należy się przejmować tym, co mówią ludzie, Czkawka - mówiąc to, wbija swój wzrok w chłopaka.
Wódz poczuł się przez moment dość niekomfortowo, jakby temat nieco wybiegł od traktowania dziewcząt przez mieszkańców. Tanya nagle uśmiechnęła się do Czkawki.
- Naprawdę nie ma się, czym martwić, to nas nie rusza. W końcu ludzie się przyzwyczają, prawda? - jej optymizm sprawiał, że Czkawka lubił ją nieco bardziej, w końcu na wyspie było tylko kilka osób, które naprawdę dostrzegały w rzeczywistości same tęczowe barwy.
Wódz odstawił swój kubek na stół i wstał, kierując się do wyjścia.
- Bardzo się cieszę, że sobie radzicie - powiedział, kładąc dłoń na ramieniu stojącej bliżej Tanyi. Do jej siostry wolał się raczej nie zbliżać, wspominając do czego posunęła się jego dobra przyjaciółka w ich relacji. - Ale naprawdę mam jeszcze wiele do ogarnięcia. Jeśli będziecie czegoś potrzebowały, to powiedzcie. Aha, i dzięki za... to coś - wskazał na napój. Rzeczywiście, Tanya nie podała mu nazwy trunku. Obie siostry zachichotały.
- Gdybyś wiedział, co to jest, nigdy byś tego nie spróbował - wytłumaczyła Tanya. Czkawka nagle zapragnął wyjść na świeże powietrze. Na widok jego miny siostry ogarnęło jeszcze większe rozbawienie.
- Dobra na mnie już pora - pożegnał się wódz, po czym ruszył na spacer po Berk, by doglądnąć stanu wioski.
Tuż obok niego natychmiast pojawił się Szczerbatek.
- Co stary, lecimy? - spytał Czkawka, wchodząc na siodło. Nocna Furia wygięła się, jak kociak, który szykuje się do skoku.
Wkrótce błękitne obłoki przecinały ogromne czarne skrzydła smoka. Czkawka czuł wolność, jak zawsze, gdy leciał ze Szczerbatkiem. Może Valka miała rację? Może naprawdę ma duszę smoka, skoro tak dobrze jest mu tu, w powietrzu.
Nagle jeździec uświadomił sobie, że jego myśli biegną ku osobie, którą chciał usilnie wybić sobie z głowy. Heathera. Westchnął.
- Dawaj, Mordko - złapał się siodła i oboje przecięli powietrze z niewiarygodną prędkością, lecąc wprost ku tafli morza.
Mimo najszczerszych chęci, Czkawka nie potrafił zrozumieć, czemu wciąż wspomina spotkanie z Heatherą. Zaczynało go to wkurzać. Oblecieli ze Szczerbatkiem wyspę, robiąc najbardziej niebezpieczne akrobacje, bo jeźdźcowi zawsze pomagało to pozbyć się dręczących go myśli. Czuł ogromne wyrzuty sumienia wobec Astrid, ale nie potrafił nic poradzić, by zatamować strumień myśli przewalających się przez jego umysł.
W końcu zeskoczył z siodła, spadając w dół ku skałom. W ostatniej chwili, gdy zbliżał się ku ostrym brzegom i gdy naprawdę zaczął obawiać się o swoje lądowanie, złapał go smok.
Szczerbatek zawarczał na jeźdźca, próbując mu przemówić do rozumu, ale jeździec niezbyt reagował. Smok skulił się i uderzył Czkawkę końcem skrzydła prosto w głowę.
- Ałł, dobra, załapałem - warknął, trzymając się obolałej głowy. - Lećmy już do domu.
Smok zdawał się czuć ulgę, bo z radością poszybował w stronę wioski. Czkawka poczuł, że jego sposób na brak jakiegokolwiek myślenia miał luki, których nie mógł niczym zatkać. Najchętniej zapadłby się ze wstydu pod ziemię, ale jego głowa go wyręczyła, bo ból pulsował coraz bardziej nieznośnie, zmuszając go do powrotu do domu. Szczerbatek był naprawdę dobrym przyjacielem, bo należało mu się dostać porządnie w łeb i to nie tylko za te wygłupy.
- Czkawka! - usłyszał za sobą nieznany sobie głos, jakby zza mgły, odbijający się od różnych przestrzeni. Jeździec obrócił się wolno, zachowując czujność. Nigdzie nie widział Szczerbatka, a to było już pretekstem do szczególnej uwagi.
Za swoimi plecami zauważył chłopaka - tego samego, który już kilkakrotnie pojawiał się w snach zarówno jego jak i Astrid. Miał blond włosy, przystrzyżone krótko przy ramionach. Na głowie nosił hełm, jak na Wikinga przystało, w dodatku jego uśmiech zdradzał skojarzenie z pewną osobą. Pyskacz!
- Kim jesteś? - spytał Czkawka zbliżając się do chłopaka. Był niewiele młodszy od niego. Im bliżej niego podchodził jeździec, tym dalej uciekał chłopak.
W końcu Czkawka przystanął, a nieznajomy pomachał mu i odbiegł.
- Czekaj! - krzyczał za nim wódz, próbując zachowywać dalej sen, by w końcu dowiedzieć się, kim jest nieznajomy. Ale było za późno. Łącze zostało przerwane, a podskakujący chłopak zniknął tak samo jak świat dokoła.
Czkawka przetarł zmęczone oczy. Potrzebował snu, ale bał się znów zobaczyć twarz chłopca. ta cała bezczynność zaczynała go mocno drażnić, tak bardzo chciał się dowiedzieć kim jest i co ma wspólnego z Pyskaczem, skoro jest do niego tak łudząco podobny.
Wódz zapalił świecę i postawił ją na stoliku nocnym, jednocześnie wpatrując się w jasny płomyczek, smagany powiewem z otwartego okna.
- Nie możesz zasnąć? - spytała cichutko Astrid, opierając brodę na ramieniu chłopaka.
- Niestety. - westchnął jeździec. - Znowu mi się śnił. To będzie czwarty raz w tym tygodniu.
Brwi Astrid zmarszczyły się, wyglądała na poirytowaną.
- Też wkurza cię, że nie wiesz kim on jest, prawda? - spytała, jednocześnie bawiąc się ciemnobrązowymi włosami męża.
Czkawka przytulił do siebie mocniej Astrid.
- Wiem, że to ma związek z Pyskaczem. Te sny zaczęły się od jego śmierci. A nasiliły się po śmierci...
- Seliny - zgadła Astrid. - Tak, to ma sens. - zatrzepotała rzęsami. - Myślisz, że Pyskacz mógłby mieć... no nie wiem, syna?
Czkawka uśmiechnął się.
- Nie bądź śmieszna. Pyskacz?
Astrid wykrzywiła się, dając mu do zrozumienia, że może nie mieć racji.
- To samo myśleliśmy o tym, że Pyskacz nigdy się nie zakochał. Potem znaleźliśmy ciało Seliny. Słuchaj, tu coś nie pasuje. Skoro Theod naprawdę zniszczyć na zawsze ród Borka, to po co miałby zabijać kobietę, która nie miała z Pyskaczem nic wspólnego przez więzy krwi? - spytała Astrid. - Chyba, że...
- Chyba, że była matką kolejnego dziedzica - dokończył za nią wódz. Uśmiechnął się i pogłaskał dziewczynę po policzku. - Naprawdę nie wiem, co bym bez ciebie zrobił - powiedział.
- Dobra, mniejsza o szczegóły, ważne, że będę przy tobie i to długo. Nie trzeba być Gothi, żeby to wiedzieć - Astrid zaśmiała się, ale Czkawka nagle spoważniał.
- Było tak blisko... - przypomniał sobie dziwną chorobę Astrid, a raczej wizje Iskry wyniszczające umysł dziewczyny. - Od tamtego czasu Iskra nie podsyłała ci żadnych wizji? - spytał niespokojnie. Astrid skrzywiła się.
- Wieeesz... - Czkawka nagle usiadł.
- Nie powiedziałaś mi? - spytał z przejęciem i złością. Sam fakt, że Astrid ukryła przed nim coś tak istotnego napawał go wściekłością i żalem do ukochanej.
- Nie było kiedy - broniła się dziewczyna - poza tym nie chciałam ciebie martwić. To naprawdę nic takiego. Iskra często mi podsyła obrazy na przykład z polowań, albo z lotu. Czkawka, nawet nie wiesz, jak to jest widzieć świat oczami smoka...
Wódz musiał do siebie dojść po tej informacji, więc przez dłuższy czas po prostu się nie odzywał, kiedy Astrid paplała na temat wizji Iskry.
- Czkawka, - złapała go wreszcie za podbródek, przyciągając do siebie. - myślisz, że jestem na tyle głupia, by mówić ci o tym na naszym weselu, czy na pogrzebie Pyskacza?
Nastała cisza. Małżonkowie wpatrywali się w swoje oczy, próbując wychwycić kto blefuje. W końcu Czkawka westchnął.
- Nie lubię, kiedy masz przede mną jakiekolwiek tajemnice - szepnął. - Ja ci mówię wszystko.
Astrid uśmiechnęła się i pocałowała go w usta.
- Kobiety zawsze mają jakieś tajemnice, nic na to nie poradzisz - mruknęła, kładąc głowę na torsie ukochanego. Czkawka przez chwilę bawił się jej włosami, ale po chwili usłyszał ciche chrapanie i zdmuchnął świecę. Nie było sensu rozmyślać o dziwnym chłopcu.
...
Następnego dnia Czkawka postanowił rozgłosić nowinę na temat otwarcia Akademii. Nie trzeba było specjalnego zebrania - wystarczy, że przekazał informację Flegmie, a plotka rozniosła się po całym Berk. Wszyscy nie posiadali się z ciekawości, w jaki sposób nowa szkoła będzie funkcjonować. Astrid miała rację, Berk potrzebowało czegoś, co je pobudzi i da im działanie, a sam temat Smoczej Akademii już wzbudzał zainteresowanie.
Jeźdźcy postanowili spędzić dzień na planowaniu zajęć i ogólnych pojęć, które będą musieli znać uczniowie. Oczywiście, największy problem mieli bliźniacy i Sączysmark w odnalezieniu się w nowym powołaniu, ale jak na pierwsze zadanie, jakie otrzymali, nie poszło im tak źle. Sączysmark włączył do swoich zajęć treningi sprawnościowe, żeby zadbać o kondycję młodych jeźdźców. Szpadka, co było dla Czkawki niemałym szokiem, spędziła cały wczorajszy wieczór na wymyślaniu przeróżnych tematów zajęć, a jej pomysły były naprawdę dobre. Z Mieczykiem było gorzej, bo tak naprawdę nie wymyślił nic, ale umiał improwizować, w przeciwieństwie do Śledzika, który przyniósł na spotkanie cały stos notatek.
Gdy spotkanie się skończyło i wikingowie się rozeszli, Czkawka postanowił sprawdzić, jak czują się Heathera i Tanya, jednocześnie starając się nie dzielić tym pomysłem z Astrid.
Obie siostry siedziały w swoim domu, najwyraźniej nie opuszczały go od pogrzebu Theoda, bo Czkawka nie przypominał sobie, by widział je od tamtego czasu. Zastukał lekko w drzwi i czekał na progu, mając nadzieję, że wczorajsze słowa Astrid na temat Heathery się nie sprawdzą.
- Czkawka - Tanya uśmiechnęła się słabo. - Proszę - odsunęła się, zapraszając go do środka.
Tak naprawdę Czkawka był w domu Tanyi po raz pierwszy. Co prawda dał jej cały budynek, ale nie znajdował się nigdy w tych czterech ścianach i nie wiedział jak przytulnie umeblowane zostały pomieszczenia. Na środku głównego pokoju leżał ogromny dywan z szorstkiego czerwonego materiału, który zapewne pochodził od Damorów, bo w Berk nikt nigdy nie widział takiego tworzywa. Wokół na dołkach w ścianach poustawiane były drobne świece, a okiennice od wewnątrz zostały ręcznie pomalowane, pewnie ręką właścicielki domu.
- Dzięki - mruknął Czkawka, rozglądając się z zachwytem po wnętrzu. - Jak tu pięknie.
- Taki mały skrawek domu - odpowiedziała skromnie Tanya. - Coś się stało?
Wiking odwrócił się do dziewczyny, dopiero orientując się, jak może wyglądać jego najście.
- Nie, po prostu chciałem spytać, jak się czujecie, ty i Heathera. - Tanya wytarła mokry nos. Jej oczy były podkrążone, domyślał się, że niedawno płakała.
- Dochodzimy do siebie, nawet ja - mruknęła posępnie. W tym momencie do izby weszła Heathera. Miała na sobie za dużą tunikę, w której pewnie spała. Materiał odkrywał jej blade ramiona, które dziewczyna niezbyt chętnie próbowała zakryć. Włosy Heathery wiły się wokół jej delikatnej twarzy jak czarny wieniec.
- Ach, to ty, Czkawka - sapnęła. - Wybacz, zaraz wrócę.
- Nie spiesz się - zaśmiał się wódz, siadając naprzeciwko Tanyi. Dziewczyna nalała do kubka jakiś napój i podała przyjacielowi.
- Pij, - poradziła, ale widząc minę Czkawki, dodała: - spokojnie. W moich stronach pijemy to, żeby się trochę orzeźwić. Może nie jest za smaczne - Czkawka powstrzymał się, żeby od razu nie wypluć całości alkoholu, przypominając sobie moment, gdy Astrid próbowała stworzyć nową tradycję wikingów i stworzyła najobrzydliwszy napój, jaki w życiu pił. Ten sok mu niemal dorównywał.
Wódz przełknął i wystawił niedbale język, próbując zmyć z niego smak.
- Rzeczywiście smaku to to nie ma - uśmiechnął się krzywo. Tanya zaśmiała się po raz pierwszy od wesela wodza. - Ale jednak ma kopa.
Jakby na potwierdzenie słów dziewczyny, po ciele Czkawki przeszło miłe uczucie, które rozeszło się od palców do czubka głowy. Heathera wyszła ze swojego pokoju i usiadła przy pijącej dwójce. Miała na sobie szary strój, który mógłby służyć zarówno do walki, jak i do przyjęć.
- Coś się stało? - spytała miło dziewczyna, rozczesując palcami włosy. Zareagowała tak samo, jak jej siostra, zaśmiał się w myślach chłopak. Czy wizyta wodza w domu musi oznaczać kłopoty?
- Nie, nie martw się - odpowiedział, ale Tanya dopowiedziała szybko.
- Czkawka chciał się upewnić, jak sobie radzimy ze śmiercią Theoda. - mówiąc to, jej twarz zachowała naturalny wyraz, co Czkawka przyjął z ulgą. Heathera obdarzyła przyjaciela szczerym uśmiechem.
- To bardzo miło z twojej strony. - rzekła, zakładając nogę na nogę. - Słyszałam o Smoczej Akademii. Na pewno wyjdzie wspaniale.
Czkawka uśmiechnął się. Cieszył się, że ktoś go szczerze wspiera w tym pomyśle.
- Zrobimy wszystko, żeby tak było. W ogóle - spojrzał na Tanyę - mogłabyś czasem mieć oko na Mieczyka? Nie jestem pewien, czy da sobie radę, a przy tobie jest...
- Inny? - zachichotała Tanya. Czarny kosmyk zasłonił jej czoło. - Każdy mi to mówi. Jestem pewna, że da sobie radę, ale jeśli to ciebie uspokoi, to mogę mu pomagać. W końcu i tak na razie nie mam tu żadnej porządnej roboty. Kobiety Berk raczej trzymają się ode mnie z daleka... - przerwała, gryząc się w język. Czkawka zmarszczył brwi.
- Co? Jak to? - spytał ze zdziwieniem.
Tanya popatrzyła na siostrę z prośbą o pomoc.
- To nic wielkiego. To było do przewidzenia, że Berk nie będzie nas traktowało tak, jak wcześniej po tym, co zrobił wam nasz brat - mówiła monotonnym, niemal znużonym głosem, ale jej oczy lśniły czujnie. - Nie należy się przejmować tym, co mówią ludzie, Czkawka - mówiąc to, wbija swój wzrok w chłopaka.
Wódz poczuł się przez moment dość niekomfortowo, jakby temat nieco wybiegł od traktowania dziewcząt przez mieszkańców. Tanya nagle uśmiechnęła się do Czkawki.
- Naprawdę nie ma się, czym martwić, to nas nie rusza. W końcu ludzie się przyzwyczają, prawda? - jej optymizm sprawiał, że Czkawka lubił ją nieco bardziej, w końcu na wyspie było tylko kilka osób, które naprawdę dostrzegały w rzeczywistości same tęczowe barwy.
Wódz odstawił swój kubek na stół i wstał, kierując się do wyjścia.
- Bardzo się cieszę, że sobie radzicie - powiedział, kładąc dłoń na ramieniu stojącej bliżej Tanyi. Do jej siostry wolał się raczej nie zbliżać, wspominając do czego posunęła się jego dobra przyjaciółka w ich relacji. - Ale naprawdę mam jeszcze wiele do ogarnięcia. Jeśli będziecie czegoś potrzebowały, to powiedzcie. Aha, i dzięki za... to coś - wskazał na napój. Rzeczywiście, Tanya nie podała mu nazwy trunku. Obie siostry zachichotały.
- Gdybyś wiedział, co to jest, nigdy byś tego nie spróbował - wytłumaczyła Tanya. Czkawka nagle zapragnął wyjść na świeże powietrze. Na widok jego miny siostry ogarnęło jeszcze większe rozbawienie.
- Dobra na mnie już pora - pożegnał się wódz, po czym ruszył na spacer po Berk, by doglądnąć stanu wioski.
Tuż obok niego natychmiast pojawił się Szczerbatek.
- Co stary, lecimy? - spytał Czkawka, wchodząc na siodło. Nocna Furia wygięła się, jak kociak, który szykuje się do skoku.
Wkrótce błękitne obłoki przecinały ogromne czarne skrzydła smoka. Czkawka czuł wolność, jak zawsze, gdy leciał ze Szczerbatkiem. Może Valka miała rację? Może naprawdę ma duszę smoka, skoro tak dobrze jest mu tu, w powietrzu.
Nagle jeździec uświadomił sobie, że jego myśli biegną ku osobie, którą chciał usilnie wybić sobie z głowy. Heathera. Westchnął.
- Dawaj, Mordko - złapał się siodła i oboje przecięli powietrze z niewiarygodną prędkością, lecąc wprost ku tafli morza.
Mimo najszczerszych chęci, Czkawka nie potrafił zrozumieć, czemu wciąż wspomina spotkanie z Heatherą. Zaczynało go to wkurzać. Oblecieli ze Szczerbatkiem wyspę, robiąc najbardziej niebezpieczne akrobacje, bo jeźdźcowi zawsze pomagało to pozbyć się dręczących go myśli. Czuł ogromne wyrzuty sumienia wobec Astrid, ale nie potrafił nic poradzić, by zatamować strumień myśli przewalających się przez jego umysł.
W końcu zeskoczył z siodła, spadając w dół ku skałom. W ostatniej chwili, gdy zbliżał się ku ostrym brzegom i gdy naprawdę zaczął obawiać się o swoje lądowanie, złapał go smok.
Szczerbatek zawarczał na jeźdźca, próbując mu przemówić do rozumu, ale jeździec niezbyt reagował. Smok skulił się i uderzył Czkawkę końcem skrzydła prosto w głowę.
- Ałł, dobra, załapałem - warknął, trzymając się obolałej głowy. - Lećmy już do domu.
Smok zdawał się czuć ulgę, bo z radością poszybował w stronę wioski. Czkawka poczuł, że jego sposób na brak jakiegokolwiek myślenia miał luki, których nie mógł niczym zatkać. Najchętniej zapadłby się ze wstydu pod ziemię, ale jego głowa go wyręczyła, bo ból pulsował coraz bardziej nieznośnie, zmuszając go do powrotu do domu. Szczerbatek był naprawdę dobrym przyjacielem, bo należało mu się dostać porządnie w łeb i to nie tylko za te wygłupy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)