sobota, 13 lutego 2016

Szmer

   Demczyk pogłaskał swojego zielonego Koszmara Ponocnika, który jako ostatni wynurzył się z płonącej lawy, rozglądając się z lękiem po jaskini, jakby już wyczuł obecność Wandersmoka, który dreptał w kącie jaskini. Mel klęczała obok niego obserwując go, a nad nią stał Robin, głaskający swojego niebieskoskrzydłego Tajfumeranga, który spoczywał na jego ramieniu. Obaj uczniowie rozmawiali ze sobą zapewne o smoku, ściągającym na swe ciało pioruny, podczas gdy Astrid wpatrywała się w smoka Mirry, którą dziewczynka nazwała Jutrzenką ze względu na jasny, żółty odcień skrzydeł.
   Czkawka dotknął dłoni swojej żony, wiedząc, skąd zmartwienie na twarzy wybranki. Spośród wszystkich uczniów Akademii tylko Mirra wybrała  Śmiertnika Zębacza, który ponadto przypominał Wichurę, oglądając dumnie swoje lśniące skrzydła. Pewnie wciąż wspominała Wichurę, pomyślał ze smutkiem. Astrid odwzajemniła jego spojrzenie, hamując napływ łez, choć i tak jej jasnoniebieskie oczy lśniły od słonej cieczy. Tak naprawdę Czkawka nie wiedział, co mógłby powiedzieć, by ją pocieszyć. Słowa były tu zbędne, mógł tylko trzymać ją za rękę i przekazywać przez dotyk, jak bardzo ją wspiera.
- No, to chyba wszyscy. - westchnął Sączysmark wstając od Demczyka. - Masz już imię?
- Jeszcze nie - wyznał chłopak, szczerze zmieszany. Czkawka uśmiechnął się lekko.
- Nic nie szkodzi. Nie od razu znajduje się dobre imię dla smoka. - powiedział, a Mel spojrzała na niego z uśmiechem, jakby zaprzeczała jego słowom.
- Pora już na nas - rzekła Astrid, puszczając dłoń męża i podchodząc do Mel. - Popłyniemy łodzią, myślę, że ani Szczerbatek, ani Iskra nie byliby zachwyceni lotem z takimi urwisami.
   Jakby na potwierdzenie jej słów, dwa smoki ryknęły w jej kierunku, jakby chciały potwierdzić te wersję. Czkawka i Sączysmark zaśmiali się, widząc, że nawet małe smoki potrafią wychwycić, gdy ktoś o nich mówi.


   Mel ujęła delikatnie w dłonie swojego Pioruna, najwyraźniej niepotrzebnie się obawiając, bo smok od razu przylgnął do jej ramion, rozkładając wygodnie skrzydła. Dziewczynka całą drogę spoglądała na niego z ciekawością, starając się zapamiętać jak najwięcej szczegółów wyglądu Wandersmoka. Choć stronnice w smoczej księdze wypełniał Czkawka, to jednak jego szkic tej rasy smoka zdawał się być zbyt ogólny. Mel nie mogła napatrzeć się w niebiesko-granatowe oczy Pioruna, które wpatrywały się w nią swoim inteligentnym spojrzeniem. Miała przez to wrażenie, że smok rozumie ją bez słów, jakby czytał jej myśli.
   Reszta uczniów także zabrała swoje smoki. Tajfumerang Robina trzymał się jego ramienia, dlatego chłopak nie miał problemu z zabraniem go z jaskini. Z tyłu szli nauczyciele, rozmawiając ze sobą przyciszonymi głosami.
- Dalej nie masz dla niego imienia? - zagadnęła kolegę Mel, podczas gdy Wandersmok najprawdopodobniej usypiał jej na rękach.
   Robin zerknął na nią zagadkowo, drapiąc swojego smoka pod brodą.
- Jakoś... nie mam pomysłu. Znaczy, miałem opcję przed Wykluciem - wyznał chłopak, krzywiąc się jednak. - Ale to imię kompletnie do niego nie pasowało.
- Zapytaj Valki - zaproponowała mu dziewczynka, uśmiechając się do niego ciepło. - Ma ciekawe pomysły na imiona.
   Robin odwzajemnił uśmiech i wyprostował rękę, a Tajfumerang zszedł po niej, jak po pomoście i zatrzymał się na dłoni chłopaka. Mel była pod wrażeniem, jak szybko Robin zdołał się porozumieć ze swoim smokiem. Dotychczas widywała go rzadko, bo znajdował się w innej grupie, ale nie wyróżniał się niczym specjalnym - ot, cichy chłopiec, którego żaden z nauczycieli nie potrafił rozgryźć. Z tego, co słyszała przy rozmowach Astrid i Czkawki, to Robin uczył się nadzwyczaj pilnie, ale nie lubił przechwalać się swoją wiedzą. Często musieli zadawać mnóstwo pytań, by móc wybadać, jak dużo wie o smokach. Czkawkę zastanawiało tylko, skąd tę wiedzę posiada.
- Śledzik mówił mi, że Robin wie o rzeczach spoza Podręcznika - wyznał raz Astrid, gdy wrócił zmęczony po całym dniu. Zazwyczaj przyszywani rodzice Mel nawet nie wiedzieli, że dziewczynka ich słucha. Ona siedziała koło nich i głaskała Szczerbatka, a jej uszy i umysł rejestrowały sens rozmów dorosłych. - Ale skąd? Wiem o nim tylko tyle, że Gothi jest jego prababką, z którą jednak rzadko się spotyka. O jego rodzicach też nie wiem za dużo, ojciec jest rybakiem, pomaga Grubemu i Wiadro w interesie, a jego mama jest szwaczką. - jeździec w tym momencie sprawiał wrażenie zamyślonego, jakby próbował rozgryźć tajemniczego chłopaka.
- Po prostu jest zdolny - westchnęła Astrid, popijając gorący miód, który pachniał cynamonem. - Po co drążyć ten temat? Dopóki jest skromny, raczej nie powinien sprawiać problemów.
   Mel dopiero po kilku dniach dowiedziała się, jak wygląda owy Robin. Co prawda widywała go czasem w Akademii, ale uczniowie mieli różne plany zajęć i rzadko się spotykali. Gdy Mel usłyszała o nim od Czkawki sądziła, że będzie wyglądał jak Śledzik z nosem w książce i słabą kondycją. Zdziwiła się, gdy Mirra wskazała jej chłopca o brązowych oczach i szerokim uśmiechu. Zawsze towarzyszył Demczykowi, z którym zazwyczaj przebywał, z czego dziewczynka wywnioskowała, że chłopcy muszą się przyjaźnić. Tak naprawdę Mel zazdrościła mu tego, że choć na chwilę chłopak przykuł uwagę Czkawki. W tamtej chwili miała ochotę podejść i zapytać go, skąd tyle wie, by rozgryźć zagadkę wodza, ale powstrzymało ją, to że przecież w ogóle się nie znali. Dopiero dzisiaj zaczęli ze sobą tak naprawdę rozmawiać.
- Dzięki, Mel - odparł chłopiec, stąpając cicho obok niej, z Tajfumerangiem na dłoni, uczepionym jak sokół. Tunele szły wciąż do przodu, jakby jaskinia nie miała końca. Mel obawiała się, że gdy wyjdą na powierzchnię, gdzie szalała burza, Piorun może znów spróbować się naelektryzować. - Nie słuchaj ich - powiedział znów Robin, gdy zauważyli wyjście z tunelu. - W ogóle się nie znają na Wandersmokach. Musiałaś być odważna, skoro zdecydowałaś się na takiego smoka.
   Mel zarumieniła się na te słowa, nie chcąc wypowiedzieć na głos prawdy, że tak naprawdę nawet nie sądziła, że wybrała Wandersmoka. Poza tym czułaby się głupio przy Robinie. Skoro uważał ją za odważną, to niech tak zostanie.
   Jaskinia się skończyła, a za nią już majaczyły sylwetki dwóch Nocnych Furii. Sączysmark przypłynął tu wcześniej z resztą uczniów, dlatego Hakokieł został na Berk. Z boku, przy chlupoczących falach stała zacumowana łódź, która zdołałaby pomieścić ćwierć wioski. Ponad to posiadała dach, na wypadek, gdyby warunki podczas powrotu na wyspę się zepsuły.
   Mel zerknęła w tył na swoich przybranych rodziców, czekając na komendę. Najchętniej po prostu podbiegłaby do Szczerbatka, ale nie wiedziała, jak Nocna Furia może zareagować na widok malca schowanego w jej ramionach. Trójka nauczycieli dyskutowała ze sobą zawzięcie na pewien temat - Czkawka wyglądał, jakby zaraz miał ryknąć śmiechem, podczas gdy Sączysmark starał mu się coś wytłumaczyć. Gdy Mel mieszkała jeszcze ze swoją mamą, zawsze sądziła, że jeźdźcy smoków są tacy poważni, pełni opanowania i dumy. Tymczasem zdziwiła się, gdy zobaczyła znajomych, świetnie czujących się w swoim towarzystwie i rozumiejących się bez słów. Wystarczyła tylko jedna mina Czkawki, by pozostali, cóż może poza bliźniakami, wiedzieli, że coś się szykuje. Na co dzień jednak, gdy wyspie nic nie zagrażało, zauważyła, że zachowują się dokładnie tak, jak uczniowie Akademii, czasem się kłócąc, śmiejąc czy wspierając.
   Czkawka trzymał za rękę Astrid, której jasne włosy rozwiewał silny, zimny wiatr. Jeźdźczyni próbowała nad nimi zapanować, jednocześnie zerkając ciekawie na Sączysmarka, który wciąż coś mówił. Wódz jednak patrzył teraz na garstkę uczniów skupionym spojrzeniem, po czym omiótł nim po łodzi i pyskach dwóch ciemnych, schowanych w cieniu smoków.
- Astrid, dacie sobie radę, jeśli... - zaczął, ale jeźdźczyni mu przerwała.
- Nie, to ja wrócę na Szczerbatku na Berk - powiedziała, patrząc na niego spojrzeniem nieznoszącym sprzeciwu. Już kilkakrotnie Mel miała z nim do czynienia, dlatego nauczyła się, że lepiej słuchać Astrid w takich sytuacjach. - A wy, panowie, bezpiecznie odpłyniecie ze Skały. Będę czekać w porcie.
   Zanim Czkawka zdołał cokolwiek powiedzieć, Astrid podeszła do niego i ucałowała w policzek, po czym ruszyła w kierunku Szczerbatka, który wyglądał, jakby miał zaraz wyśmiać swojego jeźdźca za jego brak reakcji. Sączysmark też silił się, by się nie roześmiać. Natomiast Demczyk i Mirra zajmowali się własnymi smokami, jakby rozmowy dorosłych ich nie interesowały. Tylko Mel i Robin patrzyli z uwagą na nauczycieli.
   Szczerbatek wzbił się gładko z podłoża i już po chwili unosił się między ciemnymi obłokami, które czasem rozświetlały szalejące błyskawice. Mel patrzyła na te białe przebłyski ze strachem, modląc się do Thora, by odegnał tę burzę jak najdalej od jej smoka. Zanim Szczerbatek zdołał odlecieć z wyspy, Iskra dołączyła do niego, gdy jej potężne, czarne jak noc skrzydła przecięły powietrze. Mel współczuła Szczerbatkowi, że nie mógł sam latać. Zawsze zastanawiało ją, dlaczego był tak uzależniony od Czkawki, ale zawsze, gdy już planowała o to spytać, to jeździec zajął się jakąś pilną sprawą. Nieważne, myślała wtedy z nadzieją. Kiedyś go o to spyta.
   Sączysmark pozwolił sobie w tym czasie na krótki śmiech, podczas gdy wódz dalej patrzył za żoną, znikającą na Szczerbatku w ognisku burzy. Ach, to dlatego sam chciał lecieć na Szczerbatku, pomyślała Mel, dopiero rozumiejąc sytuację. Chciał zostawić Astrid w łodzi, żeby nie ryzykowała w centrum burzy, które mogło zagrozić jej i jej smokowi.
- Zrobiłeś się miękki, Czkawka - skwitował tylko Sączysmark, a Czkawka rzucił mu żartobliwy uśmiech. Nie wyglądali teraz jak para dumnych jeźdźców, a raczej jak dwóch kumpli.
- Dobra, odpłyńmy już lepiej, zanim ta burza się nasili. - powiedział, patrząc jednak na Wandersmoka, jakby się obawiał, że to smok może przyciągnąć szalejącą burzę w ich kierunku. Mel uświadomiła sobie, że Piorun rzeczywiście ma do tego zdolności, nawet jeśli w jej rękach wyglądał tak bezbronnie.
   Nauczyciele szybko odcumowali statek i sami wsiedli do łodzi, biorąc wiosła. Choć łódź wyglądała na dość sporą, to jednak, gdy młodzi jeźdźcy zajęli miejsca w jej wnętrzu, to wydała im się o wiele mniejsza, niż przypuszczali. Robin szturchnął Demczyka i razem podeszli do jeźdźców ze swoimi małymi smokami.
- Czy mamy pomóc? - spytał uprzejmie Robin, a Czkawka kiwnął głową ze zdecydowaniem.
- Pomożecie nam o wiele bardziej, jeśli będziecie pilnować swoich smoków - odparł, spoglądając na Mel, która już zdążyła usiąść na niskiej ławie pod drewnianym daszkiem.
   Demczyk i Robin kiwnęli głowami, po czym obrócili się na piętach i ruszyli pod daszek w chwili, gdy z nieba zaczęły spadać duże krople wody.
   Mel zauważyła, że Mirra usiadła wraz ze swoim smokiem jak najdalej od Wandersmoka, na drugim końcu ławki. Dziewczynka nie miała jej tego za złe, wiedziała, że Jutrzenka pewnie będzie bać się jej smoka, choć było jej przykro, na myśl, że teraz inni uczniowie będą starali się unikać ją szerokim łukiem. Czuła, jak ciąży nad nią samotność.
   Jednak ku jej zaskoczeniu, Robin usiadł obok, jakby w ogóle nie zwrócił uwagi, że wszystkie inne smoki, które wykluły się owego dnia unikały kontaktu z Wandersmokiem. Tajfumerang, którego trzymał w swoich małych rękach zdążył już zasnąć, ale Mel obawiała się, jak zareaguje, gdy się obudzi, a tuż obok niego będzie siedział fioletowy Wandersmok, który teraz wpatrywał się w niego z uwagą.
   Mel już miała ostrzec Robina, ale się zawahała. Nie chciała, żeby on też usiadł dalej. Tymczasem Czkawka i Sączysmark usiedli po dwóch stronach łodzi, przodem do swoich uczniów i zaczęli z wolna wiosłować, rzucając w swoim kierunku tylko kilka słów. Mel wiedziała, że zanim zdążą dotrzeć do Berk, obaj nauczyciele zmokną.
- Jak to jest mieszkać z dwoma jeźdźcami pod jednym dachem? - spytał ją cicho Robin, żeby pozostali uczniowie nie mogli go usłyszeć. Ku zaskoczeniu dziewczynki w jego głosie nie było kpiny, którą często słyszała od innych dzieci, gdy chciały jej podokuczać. Chłopiec pytał z czystej ciekawości, jakby pytał o coś, co nurtowało go od pewnego czasu.
   Mel westchnęła i wzruszyła ramionami. Nie wiedziała, co ma powiedzieć.
- Praktycznie normalnie. Poza tym, że jest Szczerbatek i z nim jakoś zawsze jest zabawniej. Czasem coś strąci ogonem i potem musi się nasłuchać od Astrid, jakim jest nieporządnym smokiem, dopóki nie wróci Czkawka i tego nie naprawi - Mel zaśmiała się, przypominając sobie o ostatnim skruszonym wazonie, który skończył na drewnianej posadzce.
   Robin zaśmiał się, patrząc teraz na Czkawkę, który wiosłował równo ze swoim przyjacielem.
- Sądziłem, że inaczej to wygląda, znaczy... Wiesz, jakby nie patrzeć, wszyscy pewnie myślą, że masz łatwiej, bo mieszkasz ze Szczerbatkiem, a twoi rodzice to nauczyciele Akademii.
   Mel skrzywiła się, myśląc, że Robin pewnie myśli o niej tak jak wszyscy. Często bała się nawet odezwać na lekcjach, bo reszta uczniów zawsze kpiła z niej, bo mieszkała z Haddockami. Jakby należenie do ich rodziny było czymś złym. Robin zawahał się, widząc minę Mel i od razu się wytłumaczył.
- Oj nie, nie to chciałem powiedzieć. - chłopak wyglądał na zmieszanego. - Naprawdę tak nie myślę.
   Mel oparła się głową o ściankę daszku, straciwszy zainteresowanie rozmową. Piorun praktycznie nie poruszał się w jej ramionach, siedząc grzecznie, ale teraz co rusz przechylał głowę, patrząc jak Tajfumerang trzymany przez Robina oddycha wolno, drzemiąc. Mel bała się, że niedługo nie zdoła upilnować smoka, jeśli zacznie psocić, a nie chciała, by Czkawka musiał interweniować.
- Gniewasz się na mnie? - spytał Robin z nutą smutku w głosie.
- Nie - przyznała Mel. Nie potrafiła się na niego gniewać. Sam fakt, że jej nie unikał, ale normalnie z nią rozmawiał, sprawił, że dziewczynka go polubiła. - A jak zareagują twoi rodzice jak wrócisz ze smokiem?
- Chyba zdążyli się już do tego przyzwyczaić - zaśmiał się Robin, głaszcząc swojego Tajfumeranga. - W końcu jeśli zgodzili się, żebym uczył się na jeźdźca, to musieli wiedzieć, że zgadzają się na smoka.
   Mel uśmiechnęła się nagle.
- Nie wyobrażam sobie Pioruna w moim poprzednim domu, z mamą. - nagle jakby przypomniała sobie, że jej mama już nie wróci i że już nigdy nie przekona się, jakby wtedy zareagowała. Cieszyła się, że Astrid i Czkawka byli teraz jej rodzicami, ale zawsze płakała w nocy, gdy myślała o mamie. Tak ciężko było jej się pogodzić z tym, że już nigdy jej nie zobaczy. Szczerbatek właśnie dlatego zazwyczaj spał w jej pokoju, jakby jej smutek przyciągał go jak magnes. Kładł wtedy swoją wielką, płaską głowę na materacu i patrzył na nią swoimi mądrymi, zielonymi oczami, jakby mówił "nie płacz". Mel nigdy nie przyznałaby się przed swoimi rodzicami, że płacze po nocach, przypominając sobie twarz swojej prawdziwej mamy, choć ostatnio płacze właśnie dlatego, że tej twarzy już nie pamięta.
- Wszystko w porządku? - spytał ją Robin, patrząc na nią ze współczuciem. Mel kiwnęła głowę, starając się nie rozpłakać. Nie teraz, nie przy swoich kolegach.
   Tajfumerang w rękach chłopca uniósł swój łeb, budząc się. Chyba Robin zbudził go swoim głosem. Smok od razu zauważył Wandersmoka, który siedział przodem do niego i patrzył z nieskrywaną ciekawością, jakby oglądał interesujący seans. Mel wystraszyła się - myślała, że Tajfumerang podskoczy, ucieknie, schowa się za Robinem, słowem - przestraszy się Wandersmoka i ucieknie, gdzie pieprz rośnie, nawet jeśli powierzchnia łódki by mu na to nie pozwoliła. Tajfumerang jednak odwzajemniał to długie spojrzenie nie ruszając się, po czym przechylił lekko łebek na bok z tą samą ciekawością, co u Pioruna.
- Nie boi się? - spytała szeptem Mel, jakby zaskoczona reakcją smoka Robina. Chłopiec uśmiechnął się i pogłaskał niebieskiego smoka po sztywnych, błękitnych skrzydłach.
- Najwyraźniej nie. - odparł, a Tajfumerang wyplątał się z jego rąk i zaczął węszyć swoim szarym pyszczkiem, jednocześnie podchodząc bliżej Wandersmoka. Piorun wyglądał na rozbawionego, siedząc prosto i czekając, aż drugi smok go obwącha. - Jak by cię nazwać, kolego? - wyszeptał chłopiec, głaszcząc smoka po szyi. Tajfumerang spojrzał na niego, jakby widział go pierwszy raz w życiu i wydobył z siebie dziwny odgłos, jakby nie potrafił wydobyć z siebie smoczego ryku.
   Mel zaśmiała się i wpadła na pomysł.
- Może po prostu Szmer? - zapytała Mel, a smok zerknął na nią, jakby zareagował na swoje imię. Robin uśmiechnął się i pogłaskał go znów po skrzydłach, a smok wydał z siebie cichy pomruk, niczym Szczerbatek, gdy Mel go głaszcze. Piorun tymczasem owinął się swoim długim ogonem na kolanach dziewczynki, wciąż wpatrując się w swojego znajomego, któremu najwyraźniej już się znudził.
- Może - zgodził się Robin sennie.
    Błyskawice, które pojawiały się na moment na niebie, by znów zniknąć, zdawały się gasnąć i oddalać, jakby modły Mel zostały wysłuchane. Piorun był zbyt zajęty przyglądaniem się Tajfumerangowi, by zwrócić na nie uwagę, a dziewczynka westchnęła z ulgą.
   Po jakiejś godzinie dotarli na Berk, a Czkawka i Sączysmark wyglądali na wyczerpanych, nie mówiąc o tym, że prawie przez cały czas ich wiosłowania padał deszcz. Astrid przywitała ich smętnie, pewnie martwiąc się ich wyglądem. Uczniowie mimo to wyglądali na zadowolonych, choć przez większość drogi Demczyk spał w najlepsze razem z Haczykiem, uczepionym jego piersi.
- Mogłam do was wrócić na Iskrze - powiedziała Astrid, gdy jeźdźcy zdołali zacumować łódź. Czkawka machnął tylko ręką.
- Dobrze, że wróciłaś. - odparł, kiedy Sączysmark przygotował zejście z łodzi dla uczniów. Mel widziała, że Astrid gryzie się z myślami. Pewnie obwinia się, że jednak nie wróciła łodzią. - Burza chyba się wyciszyła, nie?
- Taak - odpowiedziała jeźdźczyni, podchodząc do Mel. - Jak się płynęło?
- Szybko - przyznała dziewczynka, wychodząc z łodzi jako pierwsza. Sączysmark pomógł jej wyjść, biorąc ją na ręce, po czym postawił na pomoście. Mel odeszła szybko na bok, robiąc miejsce pozostałym i tak po jakiejś minucie, na pomoście stali już wszyscy uczniowie wraz z ich trójką nauczycieli.
- Odprowadzę resztę, a wy idźcie do domu - Mel usłyszała rozmowę między Czkawką a Astrid. Jeźdźczyni przyjrzała mu się tylko z troską, ale kiwnęła głową i wzięła dziewczynkę za rękę, starając się ją ochronić przed deszczem.
   Czkawka i Sączysmark podzielili się i odprowadzili pozostałą trójkę do ich domów, w których pewnie czekali już zmartwieni rodzice. Mel jednak patrzyła za Robinem, który obrócił się na krótko i uśmiechnął się do niej przyjaźnie, po czym dogonił Sączysmarka, z którym miał wrócić do swoich rodziców.
   Astrid pytała Mel o różne szczegóły z tej krótkiej podróży - dużo pytała o Pioruna, bo to jego zachowanie najbardziej ja interesowało. mel opowiadała żywo, jednak nie chcąc mówić o Robinie i zainteresowaniu Pioruna Tajfumerangiem. Nie chciała, by Astrid wypytywała ją o rozmowę z chłopcem.
   Szybko znalazły się w domu i Astrid wrzuciła trochę drewna do podgasającego już paleniska, które musiała podgrzać po swoim powrocie. Szczerbatek już leżał w salonie, rozciągnięty na podłodze jak drogocenny dywan, na który uważali wszyscy przechodzący. Mel zaśmiała się, widząc jego leniwa pozę. Zupełnie zapomniała o Piorunie, który jeszcze nie zdążył się zapoznać ze swoim starszym lokatorem. Mel obeszła go uważnie i usiadła w fotelu, przytulając do siebie smoka.
- Myślisz, że Wandersmoki są rybożerne? - spytała nagle Astrid, otrzepując dłonie. Jej blond włosy opadały jej na twarz. Mel naprawdę nie znała odpowiedzi na to pytanie.
- Nie wiem - odpowiedziała szczerze. - Tego nie było w Smoczej... - zaczęła, ale jeźdźczyni przerwała jej ze śmiechem.
- Wiem, akurat Wandersmoka spisywał Czkawka, a on... raczej nie badał tej rasy pod tym względem - jeźdźczyni usiadła wygodnie na kanapie, przyglądając się Piorunowi, który znów spał, najwyraźniej zmęczony dzisiejszymi wydarzeniami. - Pomyślałam, że jest to ta sama klasa, co Szczerbatka, więc może akurat to ich łączy.
- Nie pomyślałam o tym - przyznała Mel, a Astrid uśmiechnęła się do niej łagodnie, jakby jej za to nie winiła.
   Drzwi otworzyły się ponownie, a w progu stał przemoczony do suchej nitki Czkawka, z którego rdzaworudej grzywki ściekała obficie woda. Szczerbatek na dźwięk otwieranych drzwi podskoczył, ale szybko opadł z powrotem, patrząc leniwie na swojego jeźdźca.
- Już? Koniec pracy na dzisiaj? - spytała go Astrid z uśmiechem, widząc, że jeździec jest wykończony od wiosłowania. Czkawka mruknął coś w odpowiedzi i opadł na kanapę obok niej. Astrid zaczęła narzekać, żeby poszedł się przebrać, bo zaraz się rozchoruje, siedząc tak w mokrych ubraniach. Wódz jednak zamknął oczy, jakby wcale jej nie słuchał i kiwnął tylko głową leniwie, mrucząc, że zaraz pójdzie. Astrid westchnęła i przytuliła się do niego, jakby wcale przed chwilą nie narzekała, że siedzi cały mokry.
   Mel patrzyła na nich jak zwykle z ciekawością. Nie widziała jeszcze, żeby dwoje ludzie się tak kochało. Mimo że Astrid miewała humory, a przede wszystkim lubiła drażnić Czkawkę, to prawda była taka, że cały czas krążyła wokół niego, starając się go wspierać w roli wodza. Mel uwielbiała się im przyglądać. Mieszkała tylko z mamą i nie wiedziała, czy jej prawdziwi rodzice też się tak mocno kochali - w końcu jej tato zginął, gdy była mała.
   Nagle Piorun w jej rękach poruszył się, patrząc nerwowo na Szczerbatka, jakby ledwie go dostrzegł. Wokół Wandersmoka pojawiła się biała łuna, która na szczęście nie dotykała skóry Mel. Po plecach dziewczynki przeszły ciarki, gdy zobaczyła, że Szczerbatek także przyjął czujną pozę.
   Wszystko potem działo się tak szybko. Wandersmok na kolanach dziewczynki skoczył do przodu, cały się elektryzując, a Szczerbatek ryknął bojowo, ruszając wprost na niego. Mel zdążyła tylko krzyknąć, ale zanim to zrobiła, Czkawka skoczył z kanapy przed Szczerbatka, unosząc dłonie w uspokajającym geście. Astrid wciąż siedziała na kanapie, jakby nie odnalazła się w całej sytuacji. Tak więc cała rodzina stała na nogach - Mel ochraniała Pioruna własnym ciałem, bo smok schował się za jej fotel, iskrząc się z naładowania, a Czkawka próbował skupić na sobie zielone spojrzenie Nocnej Furii, które skupiało się tylko i wyłącznie na Wandersmoku.
- Mordko, już, uspokój się - mówił łagodnie, zbliżając się do Nocnej Furii bez cienia strachu, mimo że sama Mel drżała teraz, widząc postawę smoka. Wandersmok spoglądał czujnie na swojego starszego rywala, jakby obawiał się ataku z jego strony. Szczerbatek jednak odetchnął, wyzbywając się resztki złości i usiadł na podłodze, wciąż obserwując Pioruna. Mel i Astrid obserwowały w ciszy, jak Czkawka oczarowuje smoka. Zaczął go głaskać i szeptać niezrozumiałe słowa, a smok słuchał go, wściekły, że nie może dorwać małego intruza.
   W końcu Nocna Furia warknęła pod nosem i poszła na górę po schodach, nie obracając się ani razu, jakby była obrażona.
- Coś ty mu nagadał? - spytała Astrid, marszcząc brwi. Przez chwilę nawet ona spodziewała się, że Szczerbatek naprawdę zrobi krzywdę Piorunowi.
   Czkawka jednak odetchnął z nieskrywaną ulgą, ale tym razem już nie siadał.
- Że będzie miał druha do zabaw - mruknął tylko, a Mel uśmiechnęła się, widząc sarkazm w jego oczach. Dziewczynka uklęknęła na kolanach i spojrzała na przerażonego Wandersmoka, który krył się w cieniu fotela.
- Już nic ci nie grozi - wyszeptała, wyciągając wolno rękę. Bała się, że Piorun znów ją porazi, ale przede wszystkim chciała go uspokoić, żeby już nie obawiał się Szczerbatka.
   Piorun patrzył na nią podejrzliwie przez jakiś czas, po czym białe pioruny liżące jego skórę osłabły, aż w końcu w ogóle zniknęły, a smok dotknął jej małej rączki. Mel czuła się dumna, w końcu smok panował nad swoją burzową naturą i najwidoczniej nie chciał jej skrzywdzić.
- Widzieliście? - spytała, dopiero po chwili pojmując, że Astrid i Czkawka cały czas na nią patrzyli z dumnymi i tajemniczymi minami.
- Niesamowite - wyszeptał Czkawka pod nosem, a Astrid odchrząknęła, przerywając tę spokojną ciszę.
- Dobra, ja mam już na dzisiaj dosyć nowości. - powiedziała, mimo to uśmiechając się do Pioruna z ciekawością.


"Every dragon has a secret" - opis tego zdjęcia jak najbardziej komentuje ten rozdział :3

Jak podoba Wam się narracja Mel? Nie za nudno? Może zbyt poważnie? Podzielcie się wrażeniami, bo był to taki mój mały eksperyment. Miałam opisywać już odpływ Johanna i Szpadki, ale nie zmieścił mi się, więc postanowiłam podzielić to na dwa oddzielne rozdziały, a nie rzucać do jednego wora ;)

Ajajaj, ferie mi się kończą :/ szkoda trochę, ale z drugiej strony to lenistwo zaczyna mnie już trochę nudzić. Aaa, właśnie ^^ jutro walentynki ;* no to życzę Wam (ponieważ Was kocham) samych sukcesów i szczęścia, aby zawsze świeciło Wam słonko, a tego akurat nieco by się przydało w naszej polskiej, smętnej pogodzie, i abyście doznawali samych dobrych i pełnych miłości chwil :* to tak z serduszka Dreamie ;)


Zapraszam:

http://wielka-szostka-we-re-heroes.blogspot.com/

http://dead-past-opowiadanie.blogspot.com/
    ^ nowy wygląd bloga, mam nadzieję, że się podoba ;)

środa, 3 lutego 2016

Dzień Wyklucia

   Gdy Astrid zaczynała już powoli zdrowieć, a Wikingowie zdołali zapomnieć o wizycie Warringów, nadszedł czas, na który czekała cała Smocza Akademia - zarówno nauczyciele, jak i uczniowie. Wreszcie w Berk miały pojawić się nowe smoki, tak długo wyczekiwane wśród młodych jeźdźców, którzy przez ostatnie miesiące tak pilnie starali się pielęgnować smocze jaja. Wszystkie oczy kierowały się tęsknie w kierunku Smoczej Skały, na której za kilka godzin mieli zjawić się przyszli jeźdźcy smoków wraz ze swoimi różnokolorowymi jajami.
- Jak znam życie, to przysporzy nam to więcej problemów, niż będzie w ogóle warte - mruknęła Flegma, pakując świeże warzywa dla Hassy, który czekał na nie w kolejce z szerokim uśmiechem na twarzy. Życie w Berk powróciło do normy, ku uldze Astrid, która wolałaby, żeby tak już zostało.
   Hassa przyjął towar z ochotą, ale nie wyglądał, jakby szybko chciał odejść z małego straganu kobiety.
- Nie stękaj tak, na Frigg - odparł, spoglądając na Astrid pełnym nadziei spojrzeniem. - W końcu to dobrze, że Berk doczeka się następnych jeźdźców, co nie, Astrid?
   Dziewczyna stała tam, oparta o drewniany pal, przytrzymujący dach nad straganem Flegmy, słuchając z zainteresowaniem owej wymiany zdań. Przez myśl przeszło jej, że gdyby Wikingowie traktowali ją inaczej, zapewne nie byliby tak szczerzy, wiedząc, że słucha ich rozmowy, jako że była żoną ich wodza oraz jedną z osób, które doprowadziły ten pomysł do skutku. Mimo to cieszyła się, że Wandale ufali jej na tyle, by w ogóle zaczynać tę rozmowę.
- Och, jesteś tu nowy, Hasso - odparła Flegma, przecierając swoją poważną twarz dłonią. Ciemnobrązowe włosy opadły jej na czoło, na którym perlił się pot. Pracowała od rana, a jednak mimo to znajdywała czas na rozmowy. - Nie wiesz, co się działo, gdy na Berk zaakceptowano smoki. Ich tresura wcale nie była taka łatwa.
   Hassa wyglądał na zawstydzonego, ale schował warzywa do swojej torby, szykując się do odejścia. Zmienił się, odkąd tu przybył, pomyślała sobie Astrid przyglądając się młodemu mężczyźnie. Był młodszy od Czkawki, ale i lepiej zbudowany, jak na kowala przystało. Jego ramiona układające się w łagodny łuk przypominały nieco postawę Pyskacza, nawet cień jasnego zarostu na twarzy chłopaka. Czasem nawet Wikingowie traktowali go jak starego Wikinga, którego im brakowało, choć nikt nie powiedział tego Hassie wprost.
- Powiedz to Czkawce - wtrąciła się Astrid, a Hassa i reszta Wikingów, stojących za nim w kolejce wybuchnęła gromkim śmiechem. O tresurze Nocnej Furii przez Czkawkę krążyły legendy, jednak mieszkańcy Berk domyślali się, że musiało go to kosztować mnóstwo cierpliwości.
- Czkawka na pewno da sobie radę z Akademią lepiej niż ty ze swoim rynkiem - odparł z uśmiechem Hassa, patrząc przygaszonym wzrokiem na warzywa w swojej torbie. Wikingowie mruknęli coś pod nosem, wymieniając uśmiechy. Flegma najwyraźniej nie była zadowolona z tej uwagi.
- Co to ma niby znaczyć?
- A to, że twoje warzywa są stare - skrzywił się chłopak, nie wiedząc, że igra z ogniem. Choć zdołał poznać bardzo dobrze wszystkich Wikingów, to jednak zazwyczaj kłócił się z Flegmą. Oczywiście oboje bardzo się lubili, ale Hassa ku zdziwieniu innych zdawał się być bardziej podobny uporem do Pyskacza, niż ktokolwiek mógł sądzić. Flegma również nie dawała łatwo za wygraną, co tylko przysporzyło Czkawce kłopotów z pogodzeniem obu Wikingów. Tym razem jednak to Astrid została wysłana, by zapobiec bójce. Wódz musiał załatwić kilka praw z Johannem, zanim kupiec wyruszy w podróż, którą zaplanował jutro o świcie.
- Moje warzywa? - prychnęła Flegma, a Astrid stanęła prosto, bardziej ostrożna niż wcześniej. - Spróbuj cokolwiek utrzymać w takich warunkach, wtedy pogadamy. To nie topory, które można sobie rzucić w kąt! Też mi coś. - warknęła, obracając się. Hassa spojrzał na nią ze złością, rzucając torbę z ramienia.
- Moje topory nie rdzewieją, jakbyś chciała zauważyć, w przeciwieństwie do twoich warzyw, które się psują - kłócił się dalej, a Flegma zacisnęła pięści, zawróciwszy znów tak, by patrzeć kowalowi w twarz. Astrid poczuła, że powinna zainterweniować.
- Hej, stójcie - powiedziała, stając między nimi. - Hasso, możesz poszukać czegoś u Grubego i Wiadra, jeśli nie pasują ci towary Flegmy, a ty Flegmo przecież kupujesz broń u Hassy. Naprawdę chcesz go zdenerwować? W końcu może ci jej kiedyś zabraknąć... - zanim jednak skończyła mówić, kichnęła, zakrywając twarz dłonią. Wikingowie spojrzeli na nią z troską.
- Astrid, chyba powinnaś odpoczywać - powiedziała Flegma, jakby zapomniała o wcześniejszej kłótni z kowalem. - Jeszcze nie wyzdrowiałaś...
- Właśnie - poparł ją Hassa, a jeźdźczyni zdziwiło to, że w ogóle w czymś się zgadzają. - Co na to Czkawka?
- Yyy, Czkawka... - zaczęła Astrid, nie chcąc przyznać się, że jej mąż nic nie wie o jej wybyciu z domu - Czkawka jest zajęty. Poza tym nie mogę się chować w domu całymi tygodniami.
- Mimo to powinnaś odpocząć - powiedziała Flegma, klepiąc ją po plecach. Astrid zakaszlała cicho, marszcząc brwi, gdy sprzedawczyni zaczęła przeszukiwać swój stragan. - Czekaj, mam coś tutaj.. Powinno poskutkować - mówiąc to, wyciągnęła z jednej ze skrzyni małą flaszeczkę o ciemnoróżowym kolorze, w której prawdopodobnie skrywała się jakaś maść, sądząc po gęstości. - Johann odsprzedał mi ją. Mnie pomogła, gdy się przeziębiłam. Mam nadzieję, że tobie też pomoże wrócić do formy - podała Astrid flaszkę z tajemniczą substancją, uśmiechając się do niej ciepło. Dziewczyna poczuła się lepiej, widząc troskę przyjaciół o jej zdrowie.
- Dziękuję ci, Flegmo - powiedziała z wdzięcznością, ściskając w dłoniach maść. - Ile kosztuje?
- To prezent - odparła kobieta, poprawiając hełm na swojej głowie. - Tylko nie próbuj smarować jej grubą warstwą. To cholerstwo nieźle rozgrzewa, uwierz mi, za to stawia na nogi, jak mało co na tej wyspie.
   Astrid podziękowała jeszcze raz kobiecie, po czym zaczęła powoli wracać do domu, wiedząc, że mieli rację co do stanu jej zdrowia. Czuła się osłabiona jak nigdy i to właśnie wyzwalało w niej złość. Nie lubiła być bezbronna - no bo jak ona, Astrid Hofferson, mogłaby nie radzić sobie z przeziębieniem? Na samą myśl ponosiły ją nerwy.
   Pogoda na Berk uspokoiła się wczorajszej nocy, jakby bogowie łaskawym wzrokiem patrzyli na Dzień Wyklucia na wyspie. Wichura, sprowadzająca na wioskę połacie śniegu i mrozu zanikła, a słońce po kilku tygodniach chowania się za chmurami w końcu wyszło, by pokazać się w całej swej okazałości. Śnieg migotał w jego blasku, niczym biały kryształ, rozwalony na milion kawałeczków przez Odyna. Astrid mimowolnie sięgnęła na swoją szyje w poszukiwaniu diamentów, które podarował jej Czkawka i uspokoiła się, przekonawszy się, że są na swoim miejscu.
   Gdy wróciła do domu, zastała spokój i pustkę, która wydawała się być jeszcze gorszym wrogiem niż jej choroba. Wolała usłyszeć śmiech Mel, radosne pomrukiwanie Szczerbatka i ciepłe ramiona Czkawki od wszechogarniającej ją ciszy i chłodu mieszkania. Jeźdźczyni otworzyła maść, ciekawa nieznanej substancji i od razu poczuła zapach ziół, których nie zdołała rozpoznać, a które wydawały się pochodzić z Archipelagu. Zmarszczyła brwi, ale wtarła maść w skórę szyi, tak by zioła mogły rozgrzać jej chore gardło, według zaleceń Flegmy. Miała nadzieję, że to pomoże - nie chciała zostawiać Mel w tak ważnym dla niej dniu, nie mówiąc o reszcie uczniów, w końcu wciąż uczyła w Smoczej Akademii, nawet jeśli ostatnio wciąż ktoś musiał ją zastępować.
   Położyła się do łóżka i zasnęła, zastanawiając się, jak zmieni się jej rodzina, gdy wykluje się mały Wandersmok. Na samą myśl drżała ze strachu, wiedząc, że nie będzie to miły smok, lubiący pieszczoty, ale groźna bestia, która potrafi zmieść całą wioskę jednym skumulowanym porażeniem piorunów, oplatających jej ciało jak sieć. Zaraz pomyślała też o Szczerbatku i o tym, jaki siał postrach wśród Wikingów, zanim wytresował go Czkawka. Może niepotrzebnie się bała? Może Wandersmoka dało się wychować? Czuła gniew, że nie schowali znalezionych przez jeźdźców jaj tej rasy smoka przed młodymi jeźdźcami Akademii - wtedy Mel by ich nie wybrała. Z drugiej jednak strony, może tak miało być? Tak czy siak, nic nie potrafiła na to poradzić, smok miał wykluć się już dziś, bez względu na to, czy stanowił zagrożenie dla Mel i całego Berk.


   Noc zapadła już nad Berk, pozostawiając tylko jasną poświatę księżyca, niczym białej tarczy, chroniącej wyspę przed całkowitą ciemnością. Na całej wyspie świeciły się świece - Astrid zauważyła ze zdziwieniem, że musiał to był pomysł kogoś z mieszkańców. Dosłownie wszędzie widoczne były małe światła, dające nadzieję i wskazujące drogę do domu. Jeźdźczyni brakło słów, gdy patrzyła na oświetloną wyspę, jak na miejsce pełne cudów, którym zresztą było.
   Wsiadła na Iskrę, oglądając się co rusz za siebie na świece. Otuliła się ciepło swoim długim płaszczem, po czym przytuliła się do smoczycy.
- Lećmy już - powiedziała łagodnie, a Furia skoczyła wysoko w górę, rozkładając skrzydła do lotu.
   Astrid obudziła się jakąś godzinę temu i ze smutkiem zauważyła, że jeźdźcy zdołali już wybyć z Berk. Nie miała jednak ochoty rezygnować. Maść Flegmy rzeczywiście postawiła ją na nogi i teraz jeźdźczyni chciała jak najszybciej dostać się na Smoczą Skałę, choćby wymagało to sporo wysiłku.
   Nie musiała się jednak zbytnio trudzić, bo wystarczyło kilka potężnych zamachnięć skrzydłami Iskry, by tuż przed jeźdźczynią i smoczycą zamigotała Skała w blasku księżyca. Błyskawice przeszywały niebo z dziwnym spokojem, jakby burza zawahała się na czas wyklucia małych smoków, ciekawa tego, jakimi jeźdźcami okażą się ich opiekunowie. Pioruny, jakie dało się zauważyć znajdowały się daleko za wyspą, ledwie widoczne między linią horyzontu, co jednak niepokoiło Astrid. Czuła, że to jest pewien znak od bogów, ale nie mogła jeszcze zgadnąć, jaki.
   Smocza Skała pojawiła się tuż przed nimi, świecąc ciemnopomarańczowym światłem, jakby spoczywające w niej smoki na raz zaczęły ziać swoim ogniem. Astrid zeskoczyła z Iskry tuż nad ziemią, udając się szybkim krokiem w kierunku góry. Szła szybko tunelem, czując jak jej ciemnoniebieski płaszcz powiewa za jej plecami. Łuna ognia zbliżała się do niej z każdym krokiem, równocześnie z echem głosów, odbijających się o ściany jaskini.
   Wyłoniło się cicho zza ściany, czując za sobą pospieszne kroki Iskry. Jeźdźcy stali na środku, poubierani w ciepłe płaszcze. Czkawka miał na sobie swój strój do lotów, którego ostatnio coraz rzadziej używał, z powodu niebezpieczeństwa na wyspie jak i po nieudanym zamachu na jego życie. Wolał więc nosić zbroję, która niestety spowalniała jego ruchy. Dzisiaj natomiast nie potrzebował specjalnej ochrony przed atakiem Wikingów, za to mógłby być potrzebny przy uspokajaniu małych smoczątek, a wtedy twarda stal by mu nie pomogła.
   Obok wodza stał Sączysmark, który ledwie zauważalnie spoglądał na Szpadkę, uczepioną swojego brata i jego narzeczonej. Nie wyglądała, jakby następnego dnia miała pożegnać się z wyspą, co tylko udowadniało, że bliźniaczka musiała być świetną aktorką. Z drugiej strony stała Valka, rozmawiająca ze Śledzikiem i kilkorgiem uczniów Akademi, którzy trzymali w dłoniach swoje jaja. Mel była wśród nich, a jej palce zaciskały się lekko na ciemnofioletowej skorupie.
- Mam nadzieję, że się nie spóźniłam - zwróciła się na głos, a wszyscy obecni w jaskini spojrzeli na nią z zaskoczeniem i zadowoleniem. Na ustach Czkawki zakwitł najszerszy uśmiech, gdy zobaczył, że jego żona miewa się już dobrze.
- Nie, skąd - odparł.
- Właśnie mieliśmy zaczynać - dodała Valka, opierając się o swoje biodra w dumnej postawie.
   Mel spojrzała na nią i podbiegła do niej, szczęśliwa z jej obecności. Astrid objęła ją mocno, czując jak wszystkie wątpliwości, które kłuły jej serce przed snem powracają. Nawet nie chciała patrzeć na jajo Wandersmoka, bojąc się, co będzie, gdy cienka skorupa pęknie pod wpływem wrzącej lawy.
   Dziewczynka miała rozpuszczone włosy, które okrywały jej plecy oraz ciemny płaszcz z szarym futrem wokół ramion, które mogła zarzucić na głowę jak kaptur. Jej zielone oczy błysnęły z radością, gdy spojrzała ponownie na jeźdźczynię.
- Tak się cieszę, że przyszłaś - powiedziała szczerze, a Astrid pocałowała ją w czoło.
- Miałabym zostawić cię samą w takim momencie? - zapytała z uśmiechem, po czym ujęła Mel za rączkę i dołączyła do pozostałych.
   Nie mogła nadziwić się, jak bardzo urosła dziewczynka, odkąd zdecydowali się ją zabrać do domu. Miała poczucie, jakby to było niedawno, tuż po ich ślubie, choć tak naprawdę od tej chwili minęły ponad dwa lata. Mel nie była już tą samą, przestraszoną sześciolatką, która trwała przy umierającej mamie. Stała się twarda, a zarazem wrażliwa, zupełnie jak Czkawka.
   Astrid podeszła z Mel do Czkawki i ucałowała go w policzek na powitanie.
- Długo przebywacie na Skale? - spytała szeptem. A Sączysmark zerknął na nią z ukosa z niespokojną miną, mimo że jego głos zdawał się być aż nadto opanowany.
- Niedługo. Valka miała już zacząć.
   Astrid kiwnęła głową i spojrzała na najstarszą z jeźdźców, która dzierżyła w dłoni swoją smoczą laskę. Śledzik również na nią patrzył niemal z nabożnym podziwem, jakby widział samo ucieleśnienie Thora, a nie bystrą i pełną doświadczenia jeźdźczynię. Kiedy w jaskini nastała zupełna cisza, przerywana tylko cieniem huku gromów gdzieś wysoko nad nimi i sykiem wrzącej lawy, Valka zabrała głos.
- Chciałabym, żebyście wiedzieli, że nie opiekowaliście się zwykłym kamieniem, czy jajem, ale smokiem, który był ukryty pod twardą skorupą. Mówiliśmy wam, że smoki potrafią słyszeć i rozróżniać głosy, gdy są ukryte w jajach, a także czują, gdy jesteście blisko nich. Czy ktoś chciałby spróbować jako pierwszy?
   Nastała cisza. Mel nie odzywała się, co nie było dla Astrid żadnym zdziwieniem. Ona również nie chciałaby pójść na pierwszy ogień na miejscu dziewczynki. W końcu jako pierwsza zgłosiła się Konwalia - szczupła dziewczynka o jasnych włosach sięgających do połowy pleców i wiotkiej twarzy, przez co poniekąd przypominała Szpadkę. W dłoniach trzymała jajo Zmiennoskrzydłego, które wyglądało, jak powłoka lustra, skrząc się i mieniąc od koloru lawy.
- Świetnie, Konwalio - pochwalił ją Śledzik, dodając jej otuchy. Czkawka uśmiechnął się lekko i podszedł do dziewczynki pewnie. Jeźdźcy obserwowali w skupieniu, jak wódz klęka przed i tak wysoką dziewczynką i szepcze jej coś do ucha, na co mała jeźdźczyni kiwnęła głową twardo, jakby wysłuchała komend jej nauczyciela.
   Konwalia ruszyła wolnym krokiem w stronę plamy lawy pośrodku małej komory jaskini, w której stali wszyscy. Mel zaglądała ciekawie na swoją przyjaciółkę, zaciskając palce na dłoni Astrid w stresie. Czkawka uklęknął wraz z dziewczynka tuż przy krawędzi lawy, a ciszę jaskini przerwał szelest stóp, zbliżających się do miejsca, w którym stała uczennica.
   Dziewczynka zagryzła wargę ze strachem, po czym ujęła delikatniej jajo i przeniosła nad syczącą, palącą substancję, która pryskała wrzącymi kroplami. Konwalia zawahała się, ale w następnej chwili wrzuciła jajo do lawy, które natychmiast zanurzyło się całe w wyraziście czerwonej lawie, która pochłonęła błyszczącą skorupę. Uczniowie wykrzyknęli coś, czy sapnęli z przejęciem, jakby mysleli, że Konwalia właśnie straciła swojego smoka.
- Odsuń się teraz troszkę - powiedział Czkawka, sam słuchając swojej rady. Konwalia odeszła o dwa kroki do tyłu, patrząc z narastającym lękiem na miejsce, w którym upuściła swoje jajo.
   Mimo to nic się nie działo. Jeźdźcy wyczekiwali w skupieniu, ale nic nie wychodziło z płonącej lawy, tym bardziej żaden Zmiennoskrzydły. Astrid miała pewność, że Czkawka wie co robi, w końcu jako jedyny z jeźdźców, z wyjątkiem Valki widział wyklucie smoków. Oczy Konwalii już błysnęły od łez, gdy coś poruszyło się w ognistej cieczy i nagle ku radości Wikingów z lawy wyszedł mały smok o pomarańczowej skórze i małych, niewykształconych skrzydełkach. Żółte oczy smoczka otworzyły się, rozglądając dokoła z rosnącą ciekawością, podczas gdy jego jeźdźczyni wyglądała, jakby chciała wziąć go w ramiona i nigdy nie puścić.
   Zmiennoskrzydły wyszedł z lawy, po czym otrzepał się, jakby kąpał się w zwykłej wodzie, a krople zastygłej magmy leciały dokoła, na szczęście nikogo nie ochlapując. Dopiero gdy smok nieco ochłonął od niesamowicie wysokiej temperatury, w której się wykluł, Czkawka pozwolił Konwalii go dotknąć, przestrzegając ją jednak, by uważała, bo ciało smoka wciąż może być gorące.
   Konwalia przysunęła się z powrotem do smoka i wystawiła rękę, podczas gdy smok oglądał ją z zainteresowaniem. Smok podreptał do swojej jeźdźczyni i obwąchał jej rękę, jakby oczekiwał od niej jakiegoś smakołyku, po czym dotknął jej tak, jak zrobił to Szczerbatek, zaufawszy już Czkawce. Astrid pamiętała też, jak zrobiła to Wichura, gdy zdołała już jej w pełni zaufać i poczuła smutek, przypominając sobie o swojej przyjaciółce.
   Wszyscy stali wzruszeni, gdy Zmiennoskrzydły podbiegł do swojej jeźdźczyni, wtulając się w jej nogi. Konwalia uśmiechnęła się i pogłaskała go delikatnie po grzbiecie, a Szpadka westchnęła, patrząc na dziewczynkę. Mieczyk i Tanya rozmawiali ze sobą szeptem, najwyraźniej zachwyceni widokiem małej dziewczynki i cudu wyklucia jej smoka.
   Czkawka pomógł jej odejść na bok, prowadząc za sobą oniemiałego Zmiennoskrzydłego, a wszyscy uczniowie zerkali na Konwalię z narastającą ciekawością. Część z nich nawet odważyła się zbliżyć i pogłaskać smoka. Mel oglądała to całe widowisko z szerokim uśmiechem, przytulając do siebie swojego smoka ukrytego pod grubą fioletową skorupą, poprzecinaną siatką białych linii.
- Myślałaś już nad imieniem? - wódz spytał blondwłosą uczennicę.
   Konwalia zerknęła na jeźdźca z wahaniem, po czym kiwnęła lekko głową.
 - Strzelec - odparła wprost, a smoczek spojrzał na nią, jakby zareagował na swoje jeszcze nie wybrane imię.
   Jeźdźcy roześmiali się szczerze, gdy Zmiennoskrzydły rozprostował skrzydła i zaczął przytulać swój mały łebek do nóg dziewczynki.
   Zanim Mel zgłosiła się do wyklucia swojego smoka, przed nią zdecydowali się prawie wszyscy uczniowie Akademii. Astrid zauważyła, że Mel woli zawsze czekać na koniec, jakby wolała odwlekać tę chwilę jak najbardziej. Małe smoki siedziały już na kolanach młodocianych jeźdźców popiskując cicho lub bawiąc się z innymi smokami. To to jeszcze nic, pomyślała Astrid i to nieco popsuło jej humor, teraz są spokojne, ale c dopiero, gdy znajdą się na Berk... Czkawka będzie miał prawdziwe urwanie głowy z jedenastką małych smoków. Jak to dobrze, że nie był sam.
   Mieczyk i Szpadka siedzieli z Konwalią i Darczykłakiem przy ich ledwie wyklutych smokach. Wokół reszty nauczycieli także stworzyły się grupki, w których rozmawiali o sposobach tresury, karmienia i wychowywania smoków. Astrid jednak wciąż stała przy Mel.
- Może teraz ty, skarbie? - spytała ją, a dziewczynka spojrzała na nią szmaragdowymi oczętami. Jeźdźczyni zauważyła w nich niepewność.
- A co jeśli... Jeśli okaże się, że jest za groźny? Jeśli Czkawka nie pozwoli mi go zatrzymać?
   Astrid kucnęła obok niej i położyła dłonie na ramionach.
- Mel, to jest twój smok. Czkawka nie zrobiłby ci tego, poza tym jesteśmy pewni, że nie stworzy większego zagrożenia, a nawet gdyby tak było, to nie zostawimy ciebie samej - pogłaskała ją czule po policzku. - Jesteśmy rodziną.
   Mel kiwnęła lekko głową i ścisnęła pewniej swoje fioletowe jajo. Valka uśmiechnęła się do niej zachęcająco, a mała jeźdźczyni i jej mama podeszły do ogniska lawy, które parowało intensywnie gorącą parą. Dłonie dziewczynki zadrżały, gdy Mel przykucnęła przed kałużą wrzącego płynu i uniosła jajo. W końcu jednak zamknęła na moment oczy i puściła je, a ciemne jajo wpadło do lawy, chlupiąc głośno. W chwili zetknięcia z ciemnoczerwoną magmą, niebo przecięły grzmoty, których dźwięk doszedł nawet wnętrza jaskini. Dokoła kolorowe jaja zatrzęsły się w skorupach, jakby bały się stworzenia, które zostało uwolnione ze swej skalnej powłoki. Czkawka patrzył z niepokojem na dziewczynkę, jakby obawiał się najgorszego. Astrid zignorowała go, chcąc dodać małej otuchy, choć wiedziała, co pomyśleli wszyscy. Thor się gniewa. Jego burze rzadko kiedy były tak stanowcze i silne, nie licząc momentu, gdy Czkawka wymyślił metalowe przystanki dla smoków na wyspie. Tylko wtedy pioruny szalały na równi z dzisiejszą nocą, choć było to ponad sześć lat temu.
   Mel odeszła o kilka kroków, a Astrid zauważyła, że dziewczynka cała się trzęsie. Co mogła zrobić, by ją uspokoić? - myślała. Już tyle razy rozmawiali na temat małego smoka i o tym, że zawsze będą ją wspierać. Miała nadzieję, że lęk dziewczynki przed smokami minie, być może za sprawą jej małego Wandersmoka.
   Z lawy wynurzyło się małe, bezkształtne ciałko, po którym spływała magma. Wszyscy uczniowie i nauczyciele wpatrywali się teraz w małe stworzonko, które dreptało na swoich śmiesznych nóżkach, byleby tylko wyjść z gorącej substancji. Gdy lawa opadła, Astrid zobaczyła żółte oczka, spoglądające na nich ciekawie i kilkanaście kolców wokół małej, trójkątnej głowy, które rozłożone były na kształt korony. Skrzydła smoka były grafitowo-fioletowe, gdzieniegdzie przecinały je jasnoniebieskie ryski, gdzie błona zdawała się być najcieńsza.
   Mel wpatrywała się z zaciekawieniem w swojego smoka, jakby nie zdawała sobie sprawy, że teraz ich życia będą splecione. Wyciągnęła nieśmiało rękę w kierunku smoka, który zdawał się ją zauważyć. Zanim jednak palce dziewczynki dotknęły pyska smoka, jego skrzydła splotły się w błyskawicach, które rozpełzły się po kruchym ciele smoka. Mel schowała szybko rękę, cofając się niepewnie przed niebezpiecznym napięciem.
   Czkawka podszedł do Mel i usiadł obok, oglądając smoka.
- Nie sądziłem, że małe osobniki przyciągają napięcie - zwrócił się do Valki, której oczy błysnęły z naukowym podekscytowaniem. Aha, więc to było rodzinne u Haddocków, pomyślała Astrid z niechęcią.
- Bo nie przyciągają. Myślę, że ten jest inny - powiedziała Valka, także podchodząc do małego smoka. Wszystkie nowowyklute smoki pochowały się w ramionach swoich jeźdźców, jakby przeraźliwie bały się Wandersmoka. Astrid zauważyła to z narastającym strachem, ale nie chciała mówić o tym, przy Mel, by nie straszyć dziewczynki jeszcze bardziej.
   Wandersmok przystanął i zaczął smakować powietrze językiem, jakby był ciekaw otoczenia. Na ten widok Mel uśmiechnęła się lekko, jakby się powoli uspakajała.
- Dlaczego one się boją? - pisnęła Konwalia, ściskając w dłoniach drżącego Zmiennoskrzydłego imieniem Strzelec. Valka spojrzała na nią ze zdziwieniem.
- Czkawka, wezmę część uczniów na statek i polecę Grubemu, by po was przypłynął. Dacie sobie radę?
- Pewnie - odparł jeździec, choć Astrid nie widziała w nim tyle pewności.
- Szpadka, Mieczyk - zarządziła Valka. - Płyniecie?
- Szkoda, że nie możemy pooglądać - stęknął Mieczyk, ale wziął za rękę Tanyę i ruszył za Valką.
- Najlepiej weźcie smoki na ręce - poradziła uczniom Szpadka, po czym zakończyła całą procesję, pilnując, aby nikt nie zechciał jednak wrócić, by obserwować Wandersmoka.
   W jaskini zostało jeszcze trzech uczniów, którzy obserwowali z zaciekawieniem Wandersmoka, jakby zapomnieli o swoich własnych, niewyklutych smokach. Sączysmark zaglądał Astrid przez ramię równie ciekawy smoka jak dzieci. Wandersmok natomiast dreptał w miejscu i rozciągał się, jakby chciał pozbyć się resztek magmy. Demczyk skrzywił się, patrząc na smoka, jakby przyprawił go o mdłości.
- Blee, jest obleśny - skwitował, a Astrid, Czkawka i Sączysmark spojrzeli na niego, jakby chcieli go uciszyć. Mel w ogóle się nim nie przejęła, patrząc na smoka.
- Współczuję ci, Mel - wyszeptała Mirra, ale jej także Mel już nie słyszała. Ostatnim z jeźdźców był Robin, niski i mądry chłopiec o ciemnych włosach, opadających na czoło. Robin nie odzywał się ani słowem, wpatrzony w Mel.
- Jest śliczny - wyszeptała dziewczynka, uśmiechając się lekko do smoka, z którym nawiązała kontakt wzrokowy. Wandersmok podreptał w jej kierunku, nie spuszczając z niej oka. Mel wyciągnęła rękę jeszcze raz, a jej małe palce musnęły pysk smoka, jakby dziewczynka chciała go pogłaskać.
   Zanim jednak Astrid zdążyła zareagować, palce dziewczynki odskoczyły od ciała smoka, a Mel skrzywiła się tylko, porażona prądem. Wszyscy wstrzymali oddechy, patrząc jak Mel osuwa się na kolana, wpatrując się w swoje ręce. Czkawka przytrzymał ją, jakby miała zemdleć.
- Mel? Mel, wszystko dobrze? - dopytywała się Astrid, której serce zabiło tak głośno, jak nigdy przedtem. Mel jednak zmarszczyła brwi, jakby nie wiedziała, co się właściwie stało, po czym uśmiechnęła się do swojej mamy uspokajająco.
- To da się wytrzymać - powiedziała, a nauczyciele Akademii westchnęli z ulgą. Demczyk wyciągnął także rękę, tak jak Mel wcześniej.
- Hej, ja też chcę - stęknął, ale zanim Czkawka zatrzymał chłopca, Wandersmok ryknął nieco żałośnie i podszedł tyłem do Mel, jakby chciał ją osłonić przed jeźdźcem. Sączysmark zaśmiał się.
- No młody, koniec na dziś - powiedział, mierząc Demczyka groźnym spojrzeniem. - Przeholowałeś. Sześć okrążeń wioski i nie wywiniesz się, nawet gdyby jutro miał padać grad.
   Demczyk skrzywił się na te słowa, jakby chciał uniknąć kary.
- Wodzu, ja nie... - zaczął, ale Czkawka spojrzał na niego stanowczo.
- Sączysmark ma rację. - powiedział, a Demczyk nawet nie próbował się już tłumaczyć. - Rozmawialiśmy wcześniej o zasadach, więc jeśli się do nich nie dostosowałeś, to powinieneś teraz zmierzyć się z konsekwencjami.
- Dzięki, Czkawka - mruknął Sączysmark, krzyżując dumnie ręce. Wódz jednak kiwnął tylko głową, patrząc na Wandersmoka z obawą. Astrid nie potrafiła tego zrozumieć, w końcu widać było, że smok polubił Mel. Czego on się znów obawiał?
- To co, Robin? - spytał zamiast tego ciemnowłosego chłopaka. - Twoja kolej?
   Robin miał w dłoniach jajo Tajfumeranga, błyszczące niebieską poświatą, na którego skorupie wymalowane były jakby prądy zimnego powietrza. Astrid zastanawiała się, skąd brały się tak barwne skorupy jaj, kiedy sama poczuła zawroty głowy, które dokuczały jej od kilku dni. Klęknęła na kolanie, trzymając się za skronie, jednocześnie czekając, aż wirowanie świata dokoła ustanie.
- Astrid - usłyszała troskliwy głos Czkawki. - Wszystko dobrze?
- Taak - odpowiedziała jeźdźczyni machnąwszy dłonią. - To przeziębienie - bąknęła tylko pod nosem, a uwaga wszystkich znów skupiła się na Mel, która teraz głaskała swojego małego smoka po skrzydłach.
- Nie razi prądem cały czas - powiedziała, drapiąc go wokół korony z kolców. - Tylko, gdy sam je przyciągnie.
- No dobra, pani smokolog - zwrócił się do niej Sączysmark z uśmiechem. - Weź swojego smoka na bok, bo twoi koledzy czekają. Aaa, właśnie. Jak chcesz mu dać na imię?
   Astrid i Czkawka spojrzeli na córkę z zaciekawieniem. Nawet nie pytali o to dziewczynkę, po prostu wypadło im to z głowy, poza tym Mel nigdy im o tym nie wspomniała. Tym razem dziewczynka uśmiechnęła się pewnie, jakby imię dla swojego smoka wybrała już dawno.
- Piorun - wyszeptała, a Wandersmok jakby uśmiechnął się w jej kierunku, przywołany po imieniu.





Tak wiem, zlinczujcie mnie za to :// Tak się składa, że nie mogę się ogarnąć po mojej osiemnastce, a przyznam - świętowałam cały tydzień. Poza tym napisałam ten rozdział już wcześniej, ale coś mi w nim nie pasowało, więc go zmieniłam. Mam nadzieję, że ten wam się podobał ;)


Zapraszam na:
http://wielka-szostka-we-re-heroes.blogspot.com/

niedziela, 10 stycznia 2016

Plan Astrid

   Noc zapadła już nad Berk, dołączając do niemej ciszy, jaka nastała tam przed ciemnością. Wiatr wzmagał się, unosząc do góry płatki śniegu, które zaraz potem opadały z powrotem na ziemię, jakby nie zostały stamtąd zabrane. Smoki pouciekały do swoich siedzisk bądź skryły się w domach Wikingów, byleby przetrwać tę zimną i pełną napięcia noc.
   Astrid siedziała w domu, głaszcząc Mel po ciemnobrązowych włosach, które chciała upleść. Cały czas jednak myślała o Czkawce, który odleciał ze Szczerbatkiem, by sprawdzić morze dokoła wyspy, a raczej zbiegów, którzy mogliby zanieść jego listy do Gevorga. Na samą myśl czuła beznadziejność w tym całym zdarzeniu i nierozwagę męża. Dzisiaj w ogóle go nie poznawała. Ani gdy stał na placu przed Orgah a jego spojrzenie było tak obojętne i puste, ani gdy rozwalił pół sypialni w poszukiwaniu swoich listów. Nie zachowywał się jak jej Czkawka.
- Kiedy wrócą? - zapytała Mel, ziewając. Astrid spojrzała w odpowiedzi na siedzącą naprzeciw nich Valkę, która z zainteresowaniem wpatrywała się w ogień w kominku. Jeźdźczyni bała się o syna i tylko Astrid potrafiła to po niej poznać.
- Niedługo - Astrid nachyliła się i ucałowała dziewczynkę w policzek, rezygnując z plecenia jej włosów. - Idź spać i nie martw się już. Jest ze Szczerbatkiem, pamiętasz?
   Mel obróciła się do niej i westchnęła. Jej zielone oczy migotały w żółtopomarańczowym blasku płomieni syczących w piecu. Te oczy jednocześnie niepokoiły jeźdźczynię bardziej, sprowadzając ją z powrotem do myśli o Czkawce oraz pomagały odnaleźć spokój nieprzebytych lasów i pachnącej puszczy. To w takich oczach się zakochała.
- Szczerbatek ostatnio nie najlepiej się czuje - powiedziała poważnie, mrugając swoimi długimi rzęsami. Jak na dziewięciolatkę była piękną dziewczynką, pomyślała zaraz Astrid.
- Jak to? - spytała ze zdziwieniem.
- Zazwyczaj nie ma go na Berk - westchnęła dziewczynka, przeczesując opadające jej na twarz włosy dłonią. Astrid w końcu zlitowała się na nią i związała jej włosy w prostego kucyka. - Iskra czasem lata nad wyspą, ale on...
- Też to zauważyłam - powiedziała Valka, spoglądając na Astrid zmęczonym spojrzeniem. - Czy coś go trapi?
   Astrid wzruszyła ramionami. Nie znała Szczerbatka tak dobrze jak Czkawka i Valka. Spyta o to męża, gdy wróci, obiecała sobie, martwiąc się, że nie zauważyła ostatniego stanu Nocnej Furii. Ostatnio tak wiele działo się na Berk, że nic dziwnego, że nie ze wszystkim nadążała. Berk, Orgah i jej ludzie, Mel, Czkawka, Iskra... Za mało czasu a zbyt wiele osób, którym chciała naraz poświęcić swój czas. Poza tym jeszcze Akademia...
- Może jak mój Wandersmok się wykluje to w końcu do nas wróci - westchnęła Mel, opierając bródkę o odciągnięte pod siebie kolana.
- Nie myśl tak - pocieszała ją Astrid. - Jeśli ze Szczerbatkiem jest coś nie tak, Czkawka zaraz to wyczuje, zobaczysz...
   Chociaż ostatnio im obojgu chyba coś dolega, pomyślała Astrid, krzywiąc się na przypomnienie zachowania męża. Powinni się porozumieć w tym temacie, skoro obaj tracą humory w tym samym czasie.
   Mel pożegnała się z Astrid i Valką, po czym ruszyła do swojego pokoju, stąpając bosymi stópkami po drewnianej podłodze. Gdy drzwi się zamknęły, Astrid poczuła pustkę, jakby została w tym domu całkiem sama. Valka ostatnio miała nostalgiczne stany i często dużo rozmyślała, nieskora do rozmów. Czkawka twierdził, że loty z Chmuroskokiem jej pomagają, ale Astrid uważała, że to przez to, że stara jeźdźczyni zbyt dużo czasu spędza ze smokami, a za mało z ludźmi. W końcu przez dwadzieścia lat miała do dyspozycji tylko smoki.
- Ufasz Czkawce, Astrid? - usłyszała nagle ciche pytanie, które mogłaby łatwo pomylić z sykiem ognia w piecu. Jeźdźczyni spojrzała na Valkę zdumiona.
- Skąd to pytanie?
- Bo widzę niepewność na twojej twarzy. - odparła kobieta, nie spuszczając z niej swojego łagodnego wzroku. Astrid poczuła się dziwnie, tak jakby Valka zaglądała jej wprost do serca. - Kochanie, widzę, że się martwisz. Jeśli Czkawka to zobaczy, nie będzie miał powodów, by walczyć o Berk. Skoro nawet jego żona w niego nie wierzy...
- Czy ty też kiedyś... nie byłaś pewna co do decyzji Stoicka? - zapytała Astrid, przyznając przed samą sobą, że boi się o plany męża odnośnie walki z Gevorgiem.
   Valka roześmiała się szczerze i to na tyle głośno, że Astrid uśmiechnęła się lekko pocieszona jej humorem.
- Astrid, spytaj lepiej kiedy ja się z nim zgadzałam - wydusiła z siebie jeźdźczyni, a w jej oczach pojawiły się błyski rozbawienia. - Bycie żoną wodza ma wiele dobrych stron, ale jeszcze więcej wad, zapamiętaj to sobie - powiedziała z powagą, ale i lekkim uśmiechem. - Założę się, że po kilku latach będziesz wolała, żeby Czkawka został rybakiem czy kowalem.
   Astrid rozbawiły nieco te słowa. Czkawka jako rybak? Co prawda był czeladnikiem Pyskacza, ale jego serce szybowało w powietrzu ze Szczerbatkiem. Jeśli oprócz bycia jeźdźcem smoków istniała jeszcze jedna profesja, w której Czkawka był całkowicie niezastąpiony, to było to miejsce wodza Berk, bez porównania.
- Ale co ja mogę zrobić? - zapytała, pozbawiona nadziei. - Jestem tylko...
- Jesteś Astrid Hofferson - przerwała jej Valka z tym samym lekkim uśmiechem, który zdawał się lekceważyć wszystkie zagrożenia Berk. - Nikt nie powinien ci mówić, co powinnaś robić. Ty sama doskonale o tym wiesz.
   Astrid zmarszczyła brwi, siadając prosto. Nie wiedziała w jaki sposób, ale Valka poruszyła w jej sercu bardzo wrażliwą strunę. Zawsze była przykładem na wykorzystywanie siły do swoich celów, potrafiła walczyć o to, na czym jej zależało. Tego nauczyła się w domu Hoffersonów, tego nauczył ją jej wuj. A co robiła teraz? Poddawała się razem z Czkawką, podczas gdy to ona powinna działać, coś robić, byle nie zostawiać go z problemem sam na sam...
   Nagle ją olśniło.
- Dzięki ci, Odynie - wyszeptała, zrywając się z miękkiej kanapy ku drzwiom. Valka uśmiechnęła się ciepło na jej widok.
   Jeźdźczyni stanęła na mrozie, zapomniawszy o futrze. Nie to było teraz ważne. Musiała zdążyć, zanim Czkawka wróci i musiała to zrobić zanim znowu zawładnie nią bezradność. To ona zaczęła sojusz z Orgah i ona musi go teraz naprawić za wszelką cenę.
   Zimno szczypało ją w skórę, gdy przeskakiwała kolejne zaspy. Gdyby się zatrzymała, zapewne by zamarzła, dlatego nie ustawała w biegu, aż jej oczy napotkały dom Orgah, w którym mieszkała przywódczyni przez cały swój pobyt na Berk. Wikingowie, których mijała, patrzyli na nią ze zdziwieniem i zgrozą, gdy jej gładką skórę pokrywał śnieg.
   W końcu dotarła do pożądanych drzwi i zastukała w nie z pośpiechem, pocierając ramiona, by się ogrzać. Minęła chwila, zanim ktoś jej otworzył, a jej oddech zaczynał już zamieniać się w lodową mgiełkę. Orgah spojrzała na nią ze strachem i zaskoczeniem, mając przed oczami szczupłą, dygoczącą dziewczynę, która w tej chwili nie wyglądała na żonę wodza.
- Mogę wejść? - zapytała jeźdźczyni cicho.
   Orgah mało co nie wciągnęła jej siłą do domu.
- Khaana! Oszalałaś? - spytała, gdy Astrid przekroczyła próg jej domu. - Jeszcze ssię wyziębisz!
- To nie jesst isstotne - mruknęła Astrid, pocierając wciąż zmarznięte ramiona. - Moge cię prossić o rozmowę?
- Jeśli chcesz mówić o twoim mężu, to wolę ci tylko zaproponować gorące mleko... - Orgah nie wyglądała, jakby chciała z nią rozmawiać, choć na pewno nie wyrzuciłaby jej na zimno. Cóż, Astrid poniekąd nawet się cieszyła, że zapomniała tego przeklętego futra.
   Przywódczyni podała jej ciepły pled i kazała usiąść jej obok jej własnego ogniska, na którym już grzało się mleko, o którym wcześniej mówiła. Astrid przyjrzała jej się z zaciekawieniem. Orgah również nie wyglądała tak dostojnie, jak zwykła ją oglądać. Nie miała na sobie płaszcza, który dźwigała na plecach niczym brzemię przewodniczenia Warringom. Nawet nie miała swojego hełmu, bez którego wyglądała bezbronnie jak mała dziewczynka.
- Przyssłał cię tu? - zapytała Orgah od niechcenia, oglądając swoją kolekcję broni i czyszcząc niektóre z ostrzy.
- Czkawka? Skąd. Nawet nie wiedział, że wyszłam - powiedziała wprost. Nie mówiła Orgah nic o locie Czkawki ani jego poszukiwaniach kupców, którzy jeszcze mogą plątać się wokół wyspy. Nie było takiej potrzeby, a poza tym Astrid wolała nie rozpowiadać, że wodza Berk nie ma na wyspie.
- To w takim razie po co tu jessteś? - zapytała Orgah. Jej czarne włosy okalały jej pyzata twarz niczym onyksowa zbroja. - Wybacz, że jesstem obcessowa, ale nic dziwnego po tak fasscynującym dniu.
- O tak - odparła Astrid, patrząc w bok. - Dla nikogo ten dzień nie był zbyt szczęśliwy.
   Nastała cisza. Orgah znudziła się czyszczeniem broni, po czym przystąpiła do kominka, ściągając z niego gar, w którym gotowało się mleko, po czym przelała je do dwóch drewnianych kubków z uchwytami w kształcie węży. Astrid obejrzała je dokładnie, zanim wzięła spory łyk gorącego napoju. Orgah zajęła miejsce na fotelu naprzeciwko niej.
- Mów już - mruknęła, patrząc na Astrid z irytacją - Nie znoszę, gdy ktoś czuję ssię źle w moim towarzysstwie, chyba że jesst moim wrogiem. A ty nie jessteś moim wrogiem, Khaana.
- Ja właśnie chciałam z tobą o tym pomówić - powiedziała Astrid, otulając się ciaśniej pledem. Ciepło powoli rozchodziło się po jej zmarzniętej skórze. - Ufasz mi, Orgah? - spytała, wiedząc doskonale, że Valka zadała jej dziś podobne pytanie.
   Przywódczyni Warringów zmarszczyła brwi na te słowa, ale gdy po minie Astrid nie poznała żadnego podstępu, rozluźniła się i odetchnęła wolno.
- Pewnie, że tak, Asstrid. Jessteś jedną z najbliższych mi ossób. Twoja szczerość to budulec naszej przyjaźni - mówiąc to łyknęła z własnego kubka, patrząc na nią z uwagą. Orgah nie wie, czego ma się spodziewać po tej rozmowie, dlatego tak na mnie patrzy, pomyślała z nadzieją Astrid.
- W takim razie pewnie domyślasz się, co usłyszał o was Czkawka, gdy wróciłam na Berk. - powiedziała wolno, grzejąc dłonie o zagrzany już drewniany kubek. Orgah uśmiechnęła się lekko, niemal chytrze. Astrid odpowiedziała za nią. - Spośród wysp i plemion, które odwiedziliśmy to właśnie wizytę na waszej wyspie wspominałam najlepiej. To był powód, dla którego Czkawka zdecydował się zawrzeć z wami sojusz.
- Więc próbujesz przekonać mnie, że Czkawka wcale nie próbował wrobić mnie w waszą wojnę z Gevorgiem? - prychnęła Orgah z rozczarowaniem. - Asstrid, kogo ty oszukujesz...
- Daj mi skończyć - poprosiła ją uprzejmie blondynka, unosząc dłoń. - Akurat pozwól, że Czkawkę ocenię sama, bo znam go najbardziej. Wiem, że na świecie istnieją dwie rzeczy, za które potrafiłby zginąć - smoki i jego bliscy. Zaprosił cię na swoją wyspę podczas najważniejszego wydarzenia na Berk, ugościł jak najlepszych przyjaciół, po czym zaczął przekonywać cię do smoków. Jeśli spróbujesz szukać w tym geście podstępu, to sama się oszukasz, Orgah.
   Przywódczyni zmarszczyła brwi, rozważając słowa jeźdźczyni. Astrid odczekała cierpliwie, popijając gorące mleko, by Orgah mogła się w spokoju zastanowić. Szum zimowego wiatru na zewnątrz obijał się o grube ściany domów w Berk, próbując wedrzeć się do siedlisk Wikingów. Jeźdźczyni znów wróciła myślami do Czkawki, zastanawiając się, czy wrócił już do domu i czy zauważył jej nieobecność. Swoją drogą ciekawe, co powie mu Valka, gdy jej mąż o nią spyta. Astrid nie wątpiła, że Valka wiedziała, dokąd się udała.
- Zadziwiasz mnie, Asstrid - wyznała Orgah spokojnym głosem. - Całe życie próbuję utwierdzić innych w przekonaniu, że kobieta na moim sstanowissku może być tak ssamo ssilna jak mężczyzna. A ty nie robisz nic, chowasz ssię w cieniu Czkawki, a i tak wszyscy widzą w tobie bohaterkę. - Orgah łyknęła znów mleka, a Astrid zauważyła na jej twarzy smutek. - A już na pewno twój mąż.
   Jeźdźczyni uśmiechnęła się gładko, czując jak ciepło słów przyjaciółki rozchodzi się po jej zmarzniętym ciele.
- Mylisz się. - powiedziała z pewnością, na którą mogła już sobie pozwolić, gdy wpierw skorzystała z pokory. - Ja wychowywałam się w tym samym przekonaniu. Rzadko kiedy się odzywałam, a mój topór mówił za mnie. To Czkawka nauczył mnie wyrażać myśli.
- W takim razie nieźle mu poszło - oznajmiła Orgah, podnosząc się z miejsca. - A teraz wybacz, ale jesstem nieco zmęczona. Dysskussja z moimi dowódcami potrafi zwalić z nóg nawet kogoś moich rozmiarów - uśmiechnęła się, połyskując zębami. Astrid wstała, ściągając z siebie pled. - Och, nie. Weź go ze ssobą. Jeśli ssię rozchorujesz, jeszcze wina sspadnie na mnie, a złość Czkawki to osstatnia rzecz, której mi brakuje do szczęścia.
   Astrid uśmiechnęła się, po czym powtórnie owinęła się w pled, starając się zachować w nim ciepło swojego ciała, które będzie potrzebowała, gdy wyjdzie na mróz. Zanim jeszcze wyszła, uścisnęła Orgah z przyjaźnią, ciesząc się, że mogła choć chwilę pomówić z nią na osobności. W pełni rozumiała pragnienie kobiety, by zrównać się z mężczyznami, by pokazać po sobie, że jest się silna i niezależną, sama kiedyś taka była... Dopóki nie zrozumiała jak bardzo ją to zniszczyło. Przestała czuć cokolwiek do czasu, aż zakochała się w Czkawce.
- Dziękuję, że mnie wysłuchałaś.
   Orgah odwzajemniła uścisk i pożegnała się z nią miłymi słowami. Astrid wyszła z ciepłego domu ku bezlitosnemu wiatrowi, z którym i tak musiała się przecież zmierzyć. Tym razem jednak chłód nie był tak silny, a zimno nie doskwierało jej tak bardzo. Czuła ciepło zrozumienia i nadziei, jaką zdołała już w niej zaszczepić Valka, zanim wybiegła na mróz. Astrid czuła w sobie siłę, jakby mogła zmierzyć się z zimą Archipelagu i wygrać.
   Wróciła do domu, zacierając ręce, ale nie spotkała nikogo, ani Valki, ani Czkawki, a kominek wciąż wypuszczał kolejne iskry gasnącego żaru. Zdjęła z siebie pled i położyła go na kanapie, gdy u szczytu schodów pojawił się Czkawka.
- Astrid? - spytał, a w jego głosie dało się wyczuć niepokój. - Gdzie ty byłaś?
   Jeźdźczyni westchnęła, ale uśmiechnęła się słabo. Czuła drapanie w gardle, ale nie chciała dopuścić do siebie myśli, że mogła się przeziębić. To co zrobiła było zbyt ważne, by tego żałowała. Miała nadzieję, że Orgah ochłonie przez noc na tyle, że jutro całkiem inaczej będzie spoglądać na ideę sojuszu z Wandalami. Oraz na samego Czkawkę.
- Nieważne - mruknęła, podciągając nosem. - A jak poszukiwanie złodzieja?
   Czkawka zszedł ze schodów cicho, nie chcąc obudzić Mel, która już teraz pewnie słodko spała. W miejscu, w którym jeździec wyłonił się z sypialni stał teraz Szczerbatek, kręcąc głową jak kot, który przygląda się swojej ofierze.
- Nie znaleźliśmy nic - odparł wódz, podchodząc do żony ze smutną miną. - Może to znaczyć, że albo złodziej już jest u Gevorga, albo był to ten, który chciał we mnie strzelić.
- Chyba bardziej prawdopodobna jest ta druga opcja - pocieszała go Astrid, pamiętając o słowach Valki. Rzeczywiście, Czkawka potrzebował wsparcia i motywacji. Wyglądał jak smok, któremu odebrano skrzydła. - W końcu gdyby Gevorg wysłał większą liczbę szpiegów na Berk, ryzykowałby, że ktoś albo z Wandali, albo z Warringów go zauważy. Nie mówiąc już o smokach...
   Czkawka westchnął, przytulając ją do siebie mocno i stykając się z nią czołami.
- Może i masz rację - mruknął, ale zaraz coś przykuło jego uwagę. - Zmarzłaś - zauważył podejrzliwie.
- Troszkę - przytaknęła Astrid, przytulając się do męża, który w dalszym ciągu patrzył na nią z troską i nieufnością.
- Troszkę? Jesteś zimna jak lód - odparł, a jego głos z obojętnego stał się pełen uczuć. - Chodź, ogrzej się - powiedział, przyciągając ją bliżej kominka, do którego zaraz szybko dodał drewna. Gdy skończył, jego wzrok napotkał pled, rzucony przez Astrid na plecioną kanapę z gęstego sitowia. Jeździec zmarszczył pytająco brwi, a Astrid poczuła, że już się nie wywinie.
- Jutro ci opowiem - odpowiedziała tylko na nieme pytanie, które odczytała z miny jeźdźca. Czkawka uśmiechnął się lekko, a jeźdźczyni poczuła drobne rumieńce na twarzy, widząc ten uśmiech. Wprost nie potrafiła mu się oprzeć.
- Masz jakieś tajemnice przed własnym mężem? - zapytał, podchodząc do niej z tym samym uśmieszkiem. Astrid uśmiechnęła się i ucałowała go w czoło, stając na palcach. Chętnie pocałowałaby go w usta, ale już podejrzewała, że jest chora.
- Tylko jedną - odparła, czując jak dzisiejszy stres i niepewność znikają przy jeźdźcu, którego kochała.



   Nazajutrz Berk rozświetliło słońce, które obdarowało swoim blaskiem nowe warstwy białego puchu. Warringowie przygotowywali się do powrotu, który zaplanowali zaraz po uczcie i świętowaniu wygranej w Wyścigach Smoków. Wandale pomagali im z chęcią przenosić bagaże, których swoją drogą nie było za dużo, porównując ich pobyt z pobytem Damorów zeszłego roku. Czkawka również nosił bagaże, a Szczerbatek starał mu się pomagać, jak tylko mógł. Astrid nie zauważyła po nim żadnego otępienia czy smutku, wręcz przeciwnie - kipiał energią i skakał wokół Warringów, zachęcając ich do zabawy. Gdy szedł obok Czkawki, machał swoim długim ogonem, rozsypując zaspy śniegu wokół siebie, bądź zaczepiając o coś protezą. Jeźdźczyni zdołała tez zauważyć, że po wczorajszym locie jej mąż również nieco się rozluźnił - oboje ze Szczerbatkiem znów byli nierozerwalni, co ostatnio nie było aż tak widoczne ku przygnębieniu zarówno jeźdźca jak i jego smoka.
   Mimo tego, że Czkawka obchodził wyspę już chyba setki razy, by pomóc przenosić bagaże, to ani razu nie wpadł na Orgah, ani ona na niego. Astrid nie wychylała się z domu na długo z powodu choroby, którą jednak złapała podczas jej wczorajszego spaceru na mrozie. Cały dzień nie rozstawała się z chusteczką, a jej nos przybrał purpurową barwę. Jednak pomimo nakazu Czkawki zostania w domu, Astrid co jakiś czas wychodziła na zewnątrz, tym razem opatulona ciepło futrem, by wymienić kilka słów z gości, czy pomóc im zapakować poszczególne przedmioty do stalowych kufrów.
   Mel od rana siedziała u Orgah, której chciała towarzyszyć do jej powrotu, by móc spędzić z nią jak najwięcej czasu. Astrid zauważyła, że dziewczynka ma sporo szacunku do wojowniczki, która podczas ich rozmów często wspomina o swoich walkach i uczy ją różnych pchnięć czy postaw, jakie powinna zachować w walce. Choć żona wodza widzi w tym jedynie zabawę, to wie też, że Mel wyciągnie dużo z tych lekcji. Ona sama dostała topór od wujka w wieku pięciu lat, choć nie był to ten sam, który teraz nosiła przy swoim boku. Miała nadzieję, że Mel nigdy nie będzie musiała użyć włóczni podarowanej jej przez Orgah.
- Możesz mi coś obiecać? - zapytała mała, gdy Astrid pojawiła się w progu domy Orgah. Drzwi były otwarte na oścież, bo co chwilę zjawiali się w nich Warringowie, którzy przyszli po rzeczy swojej pani. Mel pomagała właśnie składać jej zimowe płaszcze, choć nie radziła sobie z tym dobrze. Orgah uśmiechnęła się do niej i wzięła płaszcze, po czym sama je poskładała, zerkając na dziewczynkę z zaciekawieniem.
- O co chodzi, Mel? - spytała i zauważyła Astrid opartą o próg, uśmiechniętą od ucha do ucha mimo bladej cery i czerwonego nosa. Przywódczyni wyraźnie ucieszyła się na jej widok.
- Kiedy wykluje się mój Wandersmok, to polecisz wraz ze mną? - zapytała Mel, jakby to pytanie było czymś najbardziej naturalnym, co dziewczynka mogła zrobić. Oczy Orgah otworzyły się gwałtownie, choć migały w nich błyski rozbawienia.
- Nie będzie ssię bał unieść kogoś takiego jak ja? - odpowiedziała zamiast tego pytaniem, podczas gdy Astrid stała w szoku, widząc że wysiłki Czkawki prawdopodobnie poszły na marne, bo Mel odwala za niego całą robotę z namawianiem Wikingów ku smokom.
   Mel wciąż nie widziała Astrid zajęta wkładaniem poskładanych ubrań Orgah do skrzyni. Dzisiaj czesała ją Valka, bo jeźdźczyni nie dała rady zwlec się z łóżka przed rozpoczęciem lekcji dziewczynki w Akademii. Choć chciała porozmawiać jeszcze z Mel przed jej wyjściem, Czkawka kategorycznie jej zabronił, każąc jej wypoczywać.
- Śpij, skarbie - wyszeptał, całując ją z miłością w czoło, gdy leżała bezwładna, przykryta po szyję grubym futrem. Nawet wtedy było jej zimno. Czkawka uśmiechnął się do niej i wyszedł od rana pomagając Warringom przy przygotowaniach do podróży. Ona tymczasem czuła się żałośnie - jeszcze nikt nie pokonał jej w walce, a poddała się chorobie.
   Tymczasem Astrid słuchała dalej wymiany zdań pomiędzy swoją przyszywaną córką, a przywódczynią Warringów. Mel czuła się wygodnie w towarzystwie starszych od siebie, w przeciwieństwie do towarzystwa swoich rówieśników, co zauważyła ze smutkiem. Ona też była bardzo często odpychana w dzieciństwie, choć każdy podziwiał jej bitewny talent.
- Niee - zapewniła ją Mel, przecierając oko, do którego prawdopodobnie wpadł jej jakiś paproch. - Wytresuję go tak, że się ciebie nie przestraszy... - w tym momencie zauważyła Astrid, trąc wciąż obolałą powiekę. - Oo, cześć, Astrid.
   Jeźdźczyni uśmiechnęła się i podeszła do niej, dotykając jej podbródka i przyglądając się jej twarzy, by wybadać, co wpadło jej do oka. Mel zamrugała, starając się by zmusić kurz do opuszczenia powierzchni oka.
- Boli? - spytała Astrid z opiekuńczą miną. Czuła na sobie spojrzenie Orgah. Mel wyrwała swój podbródek z dłoni Astrid i zaprzeczyła głową.
- Nie, już wypadło. - powiedziała, uśmiechając się do swojej mamy, po czym przypomniała sobie o swojej rozmowie z Orgah. - To jak, obiecujesz?
- Dla mojej małej wojowniczki - wszysstko - zdecydowała Orgah, najwyraźniej zdając sobie sprawę, że Mel nie da jej się tak łatwo wyplątać z tej obietnicy. Astrid uniosła brew w szczerym zdziwieniu, gdy przywódczyni roześmiała się głośno. - Coś mi ssię wydaje, że będę odwiedzać Berk z większym entuzjazmem niż dotychczas - odparła, mrugając do jeźdźczyni swoim ciemnym okiem. Astrid rozluźniła się.
- Pomóc ci z czymś? - zapytała, spoglądając na pakowane przez nią futra.
- Ty? Khaana, powinnaś ssiedzieć w domu i wypoczywać - powiedziała Orgah z troską. - Ale dziękuję. To osstatnia sskrzynia. - mówiąc to, zatrzasnęła wielkie, drewniane pudło z metalowymi rogami, które je spajały. Nastała cisza, a Astrid poczuła, że ciężar ostatniej chwili z przyjaciółką dobija ją coraz bardziej. Mel najwyraźniej tez to wyczuła, bo nagle posmutniała.
- Będziesz nas często odwiedzała? - zapytała do Orgah, patrząc na nią swoimi zielonymi oczyma kota. Przywódczyni kiwnęła ochoczo głową.
- Nie częściej niż ty mnie - odpowiedziała, zezując na Astrid, jakby domagała się od niej zgody. - Mussicie również nass odwiedzić, Asstrid. Możecie nawet zosstawić Mel na kilka miessięcy, jeśli chciałaby podszkolić się z władania włócznią, albo gdyby potrzebowała nieco odpocząć od Berk... - Orgah spojrzała bezpośrednio na jeźdźczynię poważniejąc. Astrid zrozumiała ją bez słów, wiedząc, że jej przyjaciółka prawdopodobnie podarowała im największy prezent. Na Berk nie było już bezpiecznie, jeśli kręcili się tu kupcy, a Mel może być zagrożona, pozostając w domu Haddocków. Orgah najwyraźniej chciała dać jej do zrozumienia, że gdyby dziewczynka była zagrożona, zawsze może zostać odesłana pod ochronę Warringów, którzy chętnie ją przyjmą.
- Dziękuję ci, Orgah... - wyszeptała Astrid wzruszona darem przyjaciółki. Przywódczyni machnęła dłonią niedbale, ale uśmiechnęła się na te słowa.
- Berk mi się nawet podoba - powiedziała Mel ochoczo. Astrid cieszyła się, że tak mało wie. W końcu jej niewiedza może być dla niej ochroną. - Są tutaj smoki.
- Muszę przyznać, że dzięki tym sstworzeniom jesst u wass jakoś wesselej, niż gdy byłam tu dziessięć lat temu z moim ojcem - przyznała przywódczyni, odchodząc od zamkniętej już skrzyni.
   Astrid ujęła Mel za rękę, wiedząc, że czas rozłąki z Orgah jest już bliski.
- Chodź, kochanie. Odprowadzimy Orgah. - powiedziała, na co dziewczynka przystała z radością.
   Skrzynia pozostała w domu dla gości, do którego zaraz mieli przyjść Warringowie po ostatnie bagaże swojej pani. Tymczasem Mel maszerowała raźno przez wioskę, mając po jednej stronie Astrid, a po drugiej Orgah. Tak naprawdę to ona prowadziła rozmowy aż do samego portu, na którym Wandale od rana gromadzili się, by pożegnać gości. Pomosty były pełne od chodzących po nich Wikingów, którzy chodzili w tę i we w tę od wioski, po statki z Wysp Świec. Jeden z Warringów wpadł nawet do lodowatej wody, gdy poślizgnął się po oblodzonym pomoście, ale szybko go z niej wyciągnięto i zagrzano.
   Gdy domy rozstąpiły się przed oczami spacerującej wolno trójki, statki były już upakowane po brzegi, ponieważ Wandale dość hojnie obsypali swoich przyjaciół podarunkami. Orgah westchnęła, patrząc na do połowy zamarznięte morze, które napełniło Astrid strachem.
- Dacie sobie radę z krą? - spytała przywódczynię, spoglądając na nią.
- Asstrid, nie takie rzeczy pokonywały nasze sstatki, ale miło mi, że ssię martwisz. - oznajmiła dumnie. Zanim zdołały dotrzeć na koniec długiej, drewnianej ścieżki do portu, Czkawka już wyłonił się z grupy noszących bagaże, witając całą trójkę uśmiechem. Za nim dumnie kroczył Szczerbatek, który wcześniej tak lojalnie mu pomagał.
- Statki już zapakowane. Twoi ludzie szybko się uwinęli - oznajmił, powitawszy wpierw Orgah uprzejmie. Przywódczyni zerknęła tylko na okręty niedbale i machnęła dłonią.
- Moi ludzie nadają się do trzech rzeczy - powiedziała z rozbawieniem. - Do robienia trunków, walki i żeglugi. Akurat to osstatnie opanowali z największym trudem.
   Czkawka uśmiechnął się, a Astrid przypomniała sobie jego próby oddalenia Wandali od tradycji żeglarstwa. W końcu jednak się udały, gdy Stoick zaczął jako ostatni Wiking w Berk latać na smoku, a Wyścigi stały się tradycyjną rozrywką wyspy, pokonując Regaty. Możliwe, że Warringowie przeszli tę samą metamorfozę podczas nauki żeglarstwa. Ciekawe tylko, czy przeprowadziła ją Orgah, czy jej przodkowie.
- Cóż, pora ssię pożegnać, Czkawko Haddocku - powiedziała przywódczyni, patrząc uważnie w zielone oczy wodza. Astrid obserwowała, jak wodzowie dwóch wielkich klanów wpatrują się w siebie, nie chcąc odwrócić ze strachem wzroku. Czkawka kiwnął głową bez słowa, nie uciekając wzrokiem przed pełnym dumy i ciekawości spojrzeniem kobiety.
- Wybacz, że cię zawiodłem, Orgah - odpowiedział wódz Wandali twardym głosem, nie wyrażającym żadnych emocji pomimo słów. Astrid już pomyślała, że wczorajsza wizyta u przyjaciółki nic nie dała, kiedy Orgah zaskoczyła ją, obejmując Czkawkę silnym uściskiem. Jeździec również wydawał się zaskoczony, ale od razu odwzajemnił uścisk.
- Ty? Nie zawiodłeś mnie. - powiedziała Orgah, kończąc uścisk i znów patrząc mu w twarz łagodnie. - Po prostu myślałam, że będziesz bardziej podobny do sswojego ojca.
   Czkawka wyglądał na urażonego, choć starał się to umiejętnie zamaskować. Mimo to Astrid poznała jego prawdziwe emocje, skrywane pod maską dumnego przywódcy.
- Orgah... - zaczęła nieśmiało jeźdźczyni, ale Orgah szybko jej przerwała, kładąc rękę na ramieniu Czkawki.
- Twój ojciec walczył ostrzem. - kontynuowała. - Ty walczysz ssłowem, Czkawka, i myślę, że jessteś o wiele bardziej niebezpieczny, niż Gevorg może to ssobie wyobrazić. Cieszę ssię, że jessteś naszym bratem.
   Astrid uśmiechnęła się ze wzruszeniem, nie dowierzając w słowa Orgah. Czyli, że przyjaźń między Wandalami i Warringami trwała nadal, jakby sytuacja z zamachem na Czkawkę wcale się nie wydarzyła. Jeźdźczyni pomyślała zaraz o tym, jak jej mąż przyjął reakcję Orgah na spór Wandali z Hoodami. Czkawka tak bardzo przejmował się tym, czy wszystko pójdzie po jego myśli, a jednak tym razem znów udało mu się podbić serca Wikingów, czego domyślała się już wcześniej.
   Czkawka uśmiechnął się lekko ze zdziwieniem, po czym zerknął na Astrid, która udawała równie wstrząśniętą słowami przyjaciółki, co on. Mel, która trzymała wciąż jeźdźczynię za rękę, patrzyła z podziwem od jednego wodza, do drugiego, ale grzecznie się nie odzywała, czekając aż dorośli skończą mówić.
   Sztandary Warringów łopotami na zimowym wietrze, gdy Wikingowie spoglądali po raz ostatni na wyspę Berk ze swoich pokładów, jednocześnie obserwując swoją przywódczynię z ostrożnością. Orgah cieszyła się sporym szacunkiem wśród swoich, ale jeszcze większą lojalnością.
-A ja cieszę się, że nie masz do nas żalu i że wizyta w Berk ci się podobała. - odpowiedział uprzejmie Czkawka. Orgah parsknęła śmiechem, szturchając go w ramię. Duma przywódców i ich chłodna obojętność minęła, zastąpiona przyjaźnią.
- I to jak! - wykrzyknęła radośnie. - Te wasze Wyścigi to dobry pomyssł. Mam nadzieję, że zaprossicie mnie również na kolejne. Może nawet uda nam ssię wyssłać włassnych jeźdźców z Wyssp na Wyścigi. Wyobrażacie to ssobie? Berk przeciwko Wysspom! Cóż za emocje!
   Oczy Czkawki błysnęły z zaciekawieniem, gdy słuchał Orgah. Astrid już widziała, co chodzi mu po głowie. Możliwe, że Orgah już planuje rozpocząć tresurę smoków u siebie, na Wyspach Świec. To na pewno byłoby ciekawe widowisko, gdyby po raz pierwszy na jakiejś innej wyspie niż Berk ktoś zdołałby wytresować smoka, po czym sprowadzić go na Wielką Arenę na wyspę i wziąć udział w Wyścigach. Łupieżcy próbowali trzykrotnie wytresować smoki, lecz Albrecht w końcu zaniechał próby, zniechęcony brakiem wyników.
- To byłoby rewelacyjne - powiedział z przekonaniem.
- Czy ja wiem? - prychnęła Astrid, włączając się do rozmowy. - Pewnie i tak byś nie dał im się nawet pobawić, Czkawka.
   Mel zarechotała swoim słodkim głosikiem, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że jej przybrany ojciec nie dałby nowym jeźdźcom żadnych szans. Astrid czuła się często nawet zazdrosna o to, jak wiele znaczy Czkawka w oczach małej, choć oczywiście była z tego bardzo zadowolona. Orgah zaśmiała się gardłowo, łapiąc za brzuch.
- Tak, to prawda - poparła Astrid, gdy skończyła się śmiać. - akurat dorównać może ci chyba tylko żona.
- Czy ja wiem... - mruknął jeździec, spoglądając z uśmiechem na swoją wybrankę, która skrzywiła się w jego stronę z dezaprobatą.
   Wiatr zaszumiał, wydymając grube żagle, jakby dawał znać o doskonałej pogodzie. Zima na razie jakby zaprzestała dalszych ataków, dając szansę Warringom na powrót do domu. Orgah zerknęła w tył na swoich ludzi i westchnęła tylko, wiedząc, że czas na Berk dobiegł końca. Jej ciemne oczy posmutniały, obserwując całą czwórkę z już narastającą tęsknotą.
- Jessteście wsspaniałą rodziną - powiedziała, a Astrid przytuliła do siebie Mel, głaszcząc jej rdzawobrązowe warkocze. - Żałuję, że musze ssię z wami żegnać.
- Przecież ssię zobaczymy - pocieszyła ja mała Mel, kładąc rękę na jej sporym nadgarstku.
   Orgah spojrzała na nią łagodnie, niczym wilczyca, która okazywała łaskę jagnięciu, po czym przyklęknęła przed nią, a futro za jej plecami ułożyło się na kształt ciemnego strumienia.
- Obiecaj mi, że będziesz dbała o moją ukochaną Fevel - powiedziała z powagą przywódczyni. Mel spojrzała na nią uważnie, a jej zielone oczy wyraźnie śmiały się do zaprzyjaźnionej wojowniczki. - Nie chcę, by zardzewiała.
- Będę o nią dbać - obiecała Mel, po czym objęła szyję przywódczyni w najbardziej rozkosznym geście, jaki Astrid kiedykolwiek widziała. Czuła, że jej córka potrafi roztopić każde, nawet najbardziej twarde serce. Tylko czy umiałaby roztopić skamieniałe serce Gevorga? - pomyślała i zadrżała na samą myśl. Możliwe, że całkiem niedługo Mel spotka się ze swoją starszą przyjaciółką.
- Cieszy mnie to - odpowiedziała Orgah, wstając ciężko. Nic dziwnego, skoro jej całe ciało zdobiła ciężka zbroja. Astrid i tak dziwiła się, jak kobieta daje sobie radę ustać prosto w stalowej spódnicy, żelaznych nagolennikach i zdobionym napierśniku ze srebra, nie mówiąc już o czarnym futrze, okrywającym jej mocarne plecy. Przywódczyni stała tam jednak nadal i teraz patrzyła na Astrid. - Żegnaj, przyjaciółko. Pamiętaj, że dalej wissisz mi pewną obietnicę... - Astrid poczuła na sobie spojrzenie Czkawki, którego nie chciała odwzajemniać, a na które zarumieniła się tylko, obejmując czule przyjaciółkę.
- Za to ty wisisz obietnicę Mel, więc postarajmy się obie ich dotrzymać - odparła, a Orgah zachichotała, mrugając do dziewczynki. W końcu stanęła ponownie przed Czkawką, ale zanim pożegnała się z wodzem Berk, spojrzała z nieukrywanym zmieszaniem na Szczerbatka, stojącego przy swoim jeźdźcu.
- On rozumie naszą mowę, prawda? - zapytała cicho Orgah, zerkając na Czkawkę. Jeździec z zainteresowaniem kiwnął.
- Zdziwiłabyś się do jakiego stopnia.
   Orgah stanęła przed Szczerbatkiem, a w jej czarnych jak węgle oczach czaił się strach. Astrid oglądała jak Nocna Furia i potężna wojowniczka mierzyli się spojrzeniami, jakby mieli za chwile stoczyć walkę. Orgah nie zamierzała jednak walczyć, a Szczerbatek wyglądał na zaciekawionego, co też ta obca kobieta może od niego chcieć.
- Ja... Nie mówiłam nigdy do ssmoka... - zaczęła, a Astrid nie potrafiła przypomnieć sobie momentu, gdy Orgah miała takie problemy z wysłowieniem się. - Chcę cię tylko przeprossić. Nie myślałam, że... no wiesz... jessteście tak mądrymi sstworzeniami.
   Szczerbatek przechylił głowę, jakby sprawdzał, czy przywódczyni mówi prawdę, po czym podszedł do niej o kilka kroków do przodu, wąchając czujnie kobietę od stóp do głów. Orgah wyglądała, jakby chciała się cofnąć i umknąć bezpiecznie do swojego statku, ale stała tam odważnie, patrząc czujnie na Nocną Furię. W końcu Szczerbatek zrównał się z nią, przenosząc swój ciężar na tylne łapy i oblizał połowę jej twarzy swoim ciepłym i lepkim jęzorem.
   Czkawka usilnie wstrzymał śmiech, za to Mel nie miała ku temu powodu, śmiejąc się głośno z reakcji wojowniczki, która stała wciąż na pomoście, ociekając ze smoczej śliny. Sama Astrid uśmiechnęła się, widząc, że Orgah kompletnie nie rozumie tego gestu. Szczerbatek odsunął się, rechocząc tak, jak to potrafią tylko smoki, a brzmiało to, jakby nad Berk zanosiła się burza.
- Chyba ci wybaczył - wymamrotał Czkawka, wciąż hamując wybuch śmiechu, co w jego wykonaniu wyglądało naprawdę zabawnie. Orgah spojrzała na rodzinę Haddocków, wycierając mokry policzek, po czym sama uśmiechnęła się słabo do smoka.
- Żartowniś - mruknęła z rozbawieniem. Wytarła rękawem resztki śliny z czoła i policzka, po czym spojrzała na Czkawkę, poważniejąc. - Niech Odyn ma cię w sswojej opiece, Czkawka.
- Niech Thor uspokoi morze, byście bezpiecznie wrócili do domu - odparł wódz, uśmiechając się do niej ciepło. Orgah obróciła się i ruszyła po szerokiej kładce wprost na swój okręt, na którym Warringowie szykowali się do odpływu niczym pracowite mrówki.
   Astrid objęła wolną ręką Czkawkę w pasie, spoglądając na odpływających przyjaciół. Wciąż nie czuła się najlepiej, ale nie chciała spędzać ostatnich chwil Warringów na Berk w swoim własnym łóżku, przykuta do niego kołdrą. Mel zaczęła machać jako pierwsza swoją małą rączką, za chwilę dołączyła do niej reszta Wandali oraz Czkawka i na końcu Astrid. Warringowie chętnie żegnali się ze swoimi nowymi przyjaciółmi, choć mieli swoje obowiązki przy przygotowywaniu statku.
- Posstawić żagle! - usłyszeli krzyk należący do jednego ze służby Orgah. Przywódczyni stała przy burcie, uśmiechając się i machając do Wandali z entuzjazmem. Jej czarne futro było porywane przez wzmagający się wiatr, który miał zabrać ich do domu.
   Szczerbatek zaryczał przyjaźnie, a po chwili po Berk dało się słyszeć kolejne okrzyki pożegnania pozostałych smoków, które dołączały kolejno do swojego Alfy. Czkawka spojrzał w oczy Astrid, tracąc na krótką chwilę zainteresowanie odpływającymi Wikingami.
- Możesz mi teraz powiedzieć, co zrobiłaś? - zapytał z uśmiechem, choć jego ciemne brwi pozostawały zmarszczone. Astrid obróciła się ku statkom, nie przestając machać.
- Później będzie na to czas - odparła, gdy drugi statek zaczął odpływać z portu, gdy jego żagle nabrały energii, by nieść cały okręt i jego załogę ku otwartemu morzu.


Ostatnio mam spory kłopot z ogarnięciem się w czasie. Byłam ostatnio na warsztatach dotyczących właśnie braku czasu i uświadomiłam sobie, że za wiele czasu spędzam na blogach (choć i tak nie wyrabiam). Przepraszam was moi mili, ale chyba zacznę dodawać w równych odstępach czasowych - dajmy na to co dwa tyg żeby mieć czas na wszystko - na naukę, dla rodziny i na te wszystkie rzeczy, na które nie starczało mi czasu. Postanowiłam, że będą to dwa tygodnie, ponieważ mam jeszcze San Fransokyo, a oprócz tego moje świadectwo (tak, w końcu je wznawiam!) i chce także odnowić Niezniszczalnych (Hurra na cześć mojej wyobraźni). To tyle z ogłoszeń parafialnych :)) Pozostałe dwa blogi podam zaraz pod spodem, Niezniszczalnych powinnam wznowić w tym tygodniu:

http://wielka-szostka-we-re-heroes.blogspot.com/
http://moja-droga-swiadectwo.blogspot.com/


Serdecznie zapraszam ;)

niedziela, 3 stycznia 2016

Braterskie oddanie

   Orgah i jej ludzie mieli jeszcze witać na Berk przez dwa dni, podczas których chcieli wypocząć i poznać co nieco kultury Wandali.
   Mniej więcej w czasie odpływu Warringów, w swoją morską żeglugę miał wypłynąć Johann, a z nim Szpadka. Czkawka wciąż zastanawiał się, czy dobrze zrobił. Co jeśli bliźniaczce nagle odechce się dalszej drogi w trakcie podróży z Johannem? Albo co jeżeli Szpadka ściągnie na starego kupca więcej kłopotów, niż zrobiłby to on sam?
   Tak czy siak, wódz już zdecydował. Nie mógł teraz zmienić swojej decyzji, chyba że poprosiłaby go o to sama Szpadka. Astrid zareagowała smutkiem na wieść o pożegnaniu z przyjaciółką, niemniej jednak utwierdziła Czkawkę w tej decyzji.
- Rozmawiałam z nią wtedy w podróży - mówiła, a jej smutne oczy spoglądały dokoła. - Myślę, że ona wie co robi, skoro już o to prosi... Sączysmark o tym wie? - spytała nagle, przypominając sobie o jeźdźcu.
- Nie - Czkawka pokręcił głową. - Szpadka prosiła, żeby nikomu nie mówić. Nie chce by ktoś namawiał ją na zmianę decyzji. Wiemy o tym tylko ja, ty i Johann.
- Rozumiem - odparła wolno Astrid, rozczesując swoje złote włosy. Był chłodny poranek, ale Berk już budziło się do życia, nawet po tak szalonej nocy spędzonej z Warringami. - Swoją drogą dziwne, że Szpadka tak o to ubiega. Wyobrażasz to sobie ? Szpadka Thorston, mistrzyni kupiecka Berk... Johann musi być zachwycony na wieść o towarzyszce podróży.
- Po pierwsze nie zaraz mistrzyni - zaczął Czkawka, zawiązując jedynego buta wokół łydki. Astrid zaśmiała się cicho z żartu męża. - a po drugie po jakiś dwóch opowieściach Szpadka i tak go uciszy - powiedział, dobrze znając Johanna. Za każdym razem, gdy załatwiał z nim jakieś interesy, starał się nie rozwodzić zbyt długo, by nie zachęcać kupca do swoich morskich opowieści, które i tak niewiele miały wspólnego z prawdą.
   Nastała cisza. W końcu Astrid westchnęła i odłożyła na biurko swój grzebień, zniechęcona dalszym rozczesywaniem skołtunionych włosów.
- Ciekawe, co zrobiłby Sączysmark. Wczoraj zachował się jak kretyn, nie dziwię się, że Szpadka chce odpłynąć... - mruknęła, najwyraźniej wściekła na przyjaciela. Nic dziwnego, Gruby i Hassa musieli pomóc mu wrócić do swojego domu, bo sam ledwie stał na nogach. Orgah była w niewiele lepszym stanie. Czkawka nie spodziewał się, że przywódczyni Warringów potrafi tak zabalować.
- Lepiej zostawmy to im - powiedział Czkawka, choć także był ciekawy reakcji Wikinga. Cóż, najwyraźniej dowie się jako ostatni. - Na razie przydałoby się zająć planowaniem ślubu wraz z Mieczykiem, to na pewno...
- Najpierw Dzień Wyklucia - przerwała mu Astrid ostro. - Dzieciaki czekają już wystarczająco długo... Zaraz sami wpadną na to, jak wykluć smoki, zobaczysz.
- Nie przesadzaj, Astrid - uśmiechnął się do niej Czkawka, choć wziął sobie jej słowa do serca. Poza tym może rzeczywiście warto poczekać ze ślubem Mieczyka i Tanyi. Bliźniak był trochę... niezdecydowany, przynajmniej w niektórych sprawach. Czkawka wolał nie ryzykować nieszczęściem Tanyi.
   W tradycji Wikingów to wódz wybierał termin zaślubin oraz je przeprowadzał. Był on gościem honorowym oraz osobą, która nadawała tytuły, dlatego też Mieczyk i Tanya jako narzeczeni musieli poddać się jego woli jako Wikingowie z plemienia Wandali. We wcześniejszych wiekach panowania rozmaitych, potężnych wodzów, przywódca klanu miał również prawo do wyboru męża lub żony dla Wikingów ze swojego ludu. Prapradziadek Czkawki jednak jako pierwszy złamał tę tradycję, a raczej nieco ją złagodzić, pozwalając na wybranie swojego partnera, a jedynie biorąc na siebie ciężar przeprowadzenia całej ceremonii. Cóż, nawet jeśli tradycja sprzed wieków wciąż by trwała, to najprawdopodobniej Stoick Ważki i tak wybrałby jako małżonkę dla Czkawki Astrid Hofferson, choć pewnie młody wódz zastanawiałby się potem, czy byłoby to wymuszone małżeństwo wolą wodza, czy Astrid naprawdę chciałaby zostać jego żoną.
   Kilka godzin potem Czkawka przechadzał się z Orgah, dyskutując o tradycji smoków na Berk. Starał się namówić ją na zmianę zdania na temat tych pięknych stworzeń, choć pewnie Wyścigi i tak zrobiły swoje. Astrid jednak zawsze twierdziła, że jej mąż ma dar przekonywania. Może rzeczywiście miała rację?
- Nic nie rozumiem, Czkawka - wyznała Orgah, gdy po ich lewej stronie zaszumiało odległe morze, gdy spacerowali przez klify w stronę Berk. Mieli nieco czasu na odpoczynek, gdy jej ludzie znosili rzeczy przywódczyni Warringów do jednego ze statków w porcie. Waldorf i reszta natomiast omawiali strategie bitewne z Sączysmarkiem i resztą jeźdźców. Być może Astrid do nich dołączyła. - Twój ojciec przecież toczył zawziętą walkę ze ssmokami. Ssami jesteście znani z zabijania ssmoków, macie nawet jednego na herbie. Sskąd więc ta nagła zmiana?
- To o wiele prostsze niż myślisz - odpowiedział Czkawka, kopiąc przed siebie małego kamyka. Miał na sobie ciepły płaszcz, który przywdziewał tylko podczas naprawdę chłodnych dni i w razie przyjazdu gości. W tym wypadku argumentem była i jedna i druga sytuacja. - Gdy zaprzyjaźniłem się ze Szczerbatkiem, poznałem, że wszystko, co mówili ludzie z wioski było kłamstwem. Cały czas miałem to przed oczami, a uwierzyłem, że smoki są złe właśnie z powodu opowieści Pyskacza i ojca.
- Walczyliście - Orgah skinęła głową. Jej policzki na mrozie stawały się czerwone, jak po wypiciu dobrego trunku. Choć wydawała się spontaniczna i lekkoduszna, to stała twardo na ziemi i potrafiła trzeźwo ocenić sytuację. - Ssmoki tego nie pamiętają? Zabijaliście ich tysiące...
   Czkawka specjalnie nie wziął na spacer Szczerbatka, by, gdy będzie omawiał sprawę smoków, Orgah przez przypadek nie spytała o coś, co mogłoby zajść smokowi za skórę. Wolał luźna pogawędkę, a Nocne Furie miały to do siebie, że łatwo było je urazić. Co prawda, Szczerbatek bywał nieco humorzasty i jeżeli Czkawka go w jakiś sposób obrazi, smok niemal natychmiast przystępuje do planowania zemsty na jeźdźcu. 
- Smoki nigdy nie zapominają - odpowiedział Czkawka, przystając w pobliżu kuźni Hassy na skraju wioski. - Ludzie też nie. Ale smoki w przeciwieństwie do nas potrafią wybaczyć, jeśli tylko mają ku temu sposobność. Wystarczy tylko wyciągnąć do nich rękę.
- Bardzo ciekawie mówisz, Czkawka - przyznała Orgah, patrząc na niego swoimi ciemnymi, pełnymi siły i wigoru oczami. Takie samo twarde spojrzenie miał jego ojciec, a raczej używał go, gdy był wodzem. Jako ojciec patrzył na niego całkiem inaczej... - Nie ssądzę jednak, by przyjaźń ze ssmokami byłą tak prossta. Nie w moim ludzie.
- Znałaś mojego ojca, prawda? - zapytał ją cicho Czkawka, gdy przemyślał słowa przywódczyni. Orgah kiwnęła tylko głową, a wódz dodał: - W takim razie dobrze wiesz, że smoki na Berk były czymś o wiele bardziej niemożliwym niż smoki na Wyspach Świec.
- Masz rację... - zaczęła Orgah, ale zanim skończyła, jej oczy zrobiły się wielkie, jakby zobaczyła ducha i pchnęła z całej siły Czkawkę na biały puch pod domem Flegmy.
   Wódz poczuł się urażony tym zachowaniem, nie rozumiejąc w ogóle postępowania Orgah, dopóki nie dostrzegł wbitej w drewnianą ścianę strzały, dokładnie w miejscu, w którym stał przed momentem. Twarz przywódczyni Warringów wykrzywiła się z gniewu i pogardy dla strzelca, po czym nabrała powietrza w płuca i wykrzyknęła potężnym głosem:
- Zdrajca!
   Czkawka podniósł się szybko z ziemi, rozumiejąc, że Orgah właśnie ocaliła mu życie. Nie zdążył jej nawet podziękować, bo wojowniczka chwyciła w dłoń swój topór i pobiegła jako pierwsza za strzelcem, który mierzył w wodza Berk. Jeździec ruszył biegiem za nią, starając się nie poślizgnąć po zlodowaconych ścieżkach na swojej protezie nogi.
   Wyleciał zza budynków, mając przed sobą wciąż falujący płaszcz przywódczyni, którą próbował dogonić. Na Berk zrobiło się zamieszanie, jak w ulu. Warringowie biegali wszędzie z bronią, za to Wandale zdawali się nie wiedzieć, co się właściwie stało. Waldorf był szybszy od swojej przywódczyni, goniąc zdrajcę, który chciał zastrzelić Czkawkę.
   Orgah zatrzymała się, a Czkawka stanął obok niej, obserwując rosłego Waldorfa, znikającego za drzewami rosnącymi przy Berk. Na wyspę jakby padł cień wyczekiwania.
- Kto to był? - zapytał Czkawka podniesionym z emocji głosem. Myślał o Astrid, Mel, o Szczerbatku... Co czuliby, gdyby Orgah nie uratowałaby mu życia?
   Orgah natomiast splunęła w bok, nie przypominając swoim zachowaniem wcale kulturalnych kobiet z Berk. No dobra, może z wyjątkiem Flegmy.
- Pssy! - warknęła przywódczyni, patrząc na wodza Berk. - Nie był Wikingiem. Na pewno nie należał do moich ludzi, a nawet jeśliby tak było, to zginąłby natychmiasst. Włassnoręcznie bym go ubiła za taką zbrodnię...
   Nie był Wikingiem, pomyślał Czkawka. Kruczy kupcy! Przypomniał sobie ich wątłą budowę, dziwne, jasne kubraki z powyszywanymi znakami i skośne oczy. Któż to mógł być, jak nie oni?
- Orgah, jestem ci wdzięczny - powiedział zasapany Czkawka, czując, że to nie koniec waśni z Gevorgiem i kupcami. Na pewno chciał się zemścić za Sączysmarka i jego brawurowe zniszczenie jednego ze statków. - Ocaliłaś mi życie.
- Jesteśmy braćmi, Czkawka - odpowiedziała zamiast tego Orgah, jakby jej zachowanie było czymś normalnym. - Braci trzeba chronić, bo ich nie ma ssię wielu.
   Braci krwi. Czyli według Orgah sojusz już został zawarty, pomyślał Czkawka. Do jego oszołomionego umysłu dostawały się różne myśli. Raz wracał myślami do swojej rodziny, innym razem był wdzięczny Warringom za poświęcenie, jeszcze innym zastanawiał do czego jeszcze posuną się jego wrogowie.
- Wybacz, że cię pchnęłam. To nie było miłe - rzekła po chwili, widząc powracającego Waldorfa z ponura miną. Na placu zbierali się Wikingowie - Warringowie i Wandale, wypatrujący zagrożenia i rozprawiający o tym, co stało się w wiosce. Większość zdawała się być w szoku, nie zdając sobie sprawy z zagrożenia.
- Nie przejmuj się tym - mruknął Czkawka, kładąc dłoń na ramieniu Orgah. - I tak nie zapomnę tego, co dla mnie zrobiłaś.
- Czkawka, co się stało? - zapytał w końcu na głos Hassa, gdy Wikingowie rozglądali się wokół, pytając samych siebie o to samo.
   Czkawka jednak zignorował to pytanie, mając przed sobą rosłego Waldorfa, który wciąz trzymał w dłoni topór. Wiking wyglądał na wściekłego i zawstydzonego, co samo przez się dawało odpowiedź na pytanie, czy dorwał zbrodniarza.
- Sskoczył z klifu. - odpowiedział ze złością Waldorf, chowając topór. - Nie miał szanss na przeżycie. Wybacz mi, Czkawka, że nie zdołałem go zabić.
   Czkawka był zdziwiony tymi przeprosinami, ale Orgah kiwnęła tylko głową, również chowając topór. Nie wiedział nawet, jak odpowiedzieć Wikingowi, który ruszył w pościg za zdrajcą, ryzykując za niego życie.
- Jak wyglądał? - zapytał tylko cicho, czując, że emocje biorą nad nim górę.
Waldorf skrzywił się i spojrzał na Orgah ze skupieniem, po czym schylił czoło przed Czkawką i odpowiedział:
- Miał sskośne oczy i kołczan na plecach. Obrócił ssię kilka razy, gdy go goniłem.
   Czyli jednak, pomyślał Czkawka, gdy jego przypuszczenia się sprawdziły.
   Słyszał szepty wśród Wandali, którzy już prawdopodobnie zrozumieli swoje położenie. Po Berk chodziły opowieści o jeźdźcach i ich pierwszym spotkaniu z kruczymi kupcami, którzy trzymali się z Hoodami. Widział pytające spojrzenia swojego plemienia, które chciało znać swoje położenie względem tej sytuacji. Warringowie natomiast kompletnie nie wiedzieli, kto mógł chcieć zabić Czkawkę.
- Wiem kto za tym stoi - powiedział Czkawka, skupiając na sobie wzrok wszystkich obecnych na placu - zarówno Warringów jak i Wandali. Orgah zmarszczyła brwi, a jej oczy błysnęły zaciekawieniem. - To Gevorg - odparł krótko wódz, a po tych słowach w tłumie Wikingów zawrzało jak w ulu. Warringowie byli zszokowani, Wandale zaś rozgniewani, pamiętając dobrze straty w pożarze portu Berk, atak Gevorga na wyspę przerwany przez Czkawkę oraz strzelanie kruczych kupców do jeźdźców.
- Gevorg? - zapytała Orgah z rosnącym strachem. Najwyraźniej imię wodza nie było jej obce. - Wódz Hoodów?
- Tak - odpowiedział Czkawka bez ogródek. - To oni spalili nam port. Kruczy kupcy współpracują z nimi, to pewnie strzała jednego z nich - powiedział, a harmider rozmów i krzyków zebranych ludzi stopniowo wyciszała się, by móc usłyszeć, co mówi wódz Berk.
- Jessteś pewny, ssynu Sstoicka? - zapytał Waldorf, podchodząc do jeźdźca, niemal z ostrożnością, po czym zerknął na swoją panią. - To oznacza wojnę...
- Sskoro zaatakowali ciebie, mogą zaatakować i nass, sskoro zawarliśmy pakt - powiedziała Orgah, nie ruszając się z miejsca, gdy nagle jej oczy zaszły mgłą w geście zrozumienia, a brwi zmarszczyły się, przeobrażając ją w czujną wojowniczkę. - Wiedziałeś o tym - warknęła do Czkawki. - To po to zaprosiłeś nass na Berk.
   Czkawka czuł wyrzuty sumienia, ale nie miał innego wyboru. Potrzebował siły i potęgi Warringów nawet za cenę własnego życia, byle tylko chronić swoich bliskich. Wśród Wandali zawisła ciężka cisza, niczym ostrze nad szyją skazanego. Wiedzieli, że jeśli Czkawka nie przekona Orgah, będą zgubieni. Jeździec natomiast spojrzał Orgah w oczy bez cienia strachu, myśląc nad odpowiedzią.
- Gevorg chce wymierzyć wojnę smokom, nie nam - odparł wolno, tak by inni z pobudzonych Wikingów mogli się wyciszyć. - Zawarliśmy z nim przymierze, które złamał. Wandale i Warringowie są braćmi. Jeśli zechcą walczyć z nami w imię tego, w co wierzymy, odwdzięczymy im się tą samą lojalnością, jeśli nie,  wkrótce i tak Gevorg zdobędzie swoich popleczników w innych plemionach, które chętnie rozgromią wasze siły. Wybór należy do ciebie Orgah. Chciałem cię jedynie przygotować na tę rozmowę, ale ta strzała nieco popsuła moje plany.
   Przywódczyni wyglądała na rozzłoszczoną. Czkawka wcale się jej nie dziwił - on też czułby gniew, gdyby dowiedział się prawdy w taki sposób. Jednak co do zamierzeń Gevorga miał pewność - jeśli zniszczy Berk, to na tym nie poprzestanie i zaatakuje Wyspy Świec, a potem? Cóż, może Łupieżców?
   Z tłumu wyłoniła się Astrid, rozglądając się dokoła z zaniepokojeniem. Po ciszy, jaka nastała na placu można było wywnioskować, że stało się coś strasznego. Jeźdźczyni podeszła do Czkawki wolno, rozglądając się dokoła.
- Co się stało? - spytała tak cicho, ale jej głos był jak zgrzytnięcie stali o metal pośród głuchej ciszy na Berk.
- Orgah właśnie ocaliła mi życie - powiedział Czkawka, patrząc z namysłem na przywódczynię Warringów, która wyglądała, jakby się zastanawiała.
   Oczy Astrid otworzyły się szeroko, gdy spojrzała na męża, obejmując go delikatnie. Nie pytała o nic, ale dało się zauważyć, że mocno się przestraszyła tymi kilkoma słowami, o które pewnie spyta, gdy będą sami. Orgah pokręciła głową z westchnieniem, najwyraźniej podjąwszy jakąś decyzję.
- Nie żywisz do nas nienawiści, Czkawka - zaczęła, a jej mocny głos wydał się aż nader łagodny w porównaniu z jej wcześniejszym tonem. - Doceniam to. Nie chciałeś wykorzystać w żaden ssposób naszych ssił, a jedynie bronić sswoją rodzinę - jej chłodny wzrok spoczął na Astrid, a Orgah rozpromieniła się nieco. - Ogłaszam więc, że Wandali i Warringów łączy rozejm, którego nie zniszczy ani Gevorg, ani jego ssiły. Jeśli nasi bracia będą potrzebowali pomocy, dołączymy do nich w bitwie, na Odyna! - Orgah uniosła rękę do góry, a jej ludzie zrobili to samo, wykrzykując z radością i wojennym gniewem. Czkawka oglądał ten widok z zainteresowaniem, ale i czujnością.Widział po Orgah, że była zmuszona do takiej decyzji, gdy wszystkie oczy były skierowane na nią.
- Dziękuję ci, Orgah - odpowiedział Czkawka, skinąwszy głową z szacunkiem.
- A teraz wybacz mi, Czkawka, ale muszę omówić kilka sspraw z moimi dowódcami - powiedziała Ograh poważnym głosem, odchodząc w kierunku domu, w którym mieszkała podczas pobytu w Berk. Waldorf i kilku Wikingów ruszyło za nią niczym straż pilnująca, by ich przywódczyni nie stało się nic złego.
   Plac zaczął powoli pustoszeć, a Czkawka ruszył w kierunku domu, trzymając Astrid za rękę. Cały czas czuł na sobie jej spojrzenie, które zmuszało go do opowiedzenia jeźdźczyni o całym zdarzeniu. Dopiero gdy wrócili do domu wodza, Czkawka zapalił w kominku, zastanawiając się, czy słowa Orgah wypowiedziane pod wpływem chwili nie zostaną złamane i czy przypadkiem Gevorg nie rozbił ich rozejmu próbą zamachu na wodza Wandali.
- Czkawka, co się stało? - spytała Astrid nie ruszając się na krok od progu. Na jej twarzy malowało się zniecierpliwienie i strach. Wódz westchnął.
- Mel jest w Akademii? - zapytał, a jego żona skinęła głową bez entuzjazmu, krzyżując ręce na piersi. Futro, które opadało z jej ramion było przyprószone śnieżnobiałym śniegiem.
   Gdy w piecu pojawił się płomień, Czkawka wstał i potarł brudne ręce, próbując oczyścić je z brudu węgla i drewna.
- Gevorg wysłał kupca, który miał mnie zabić - powiedział wprost, wiedząc, że jeźdźczyni nienawidzi, gdy ktoś stara się ją uspokoić słowami. Potrzebowała konkretów, w tych sprawach była twarda jak jego ojciec.
   Na twarzy blondynki pojawiło się przerażenie, jej skóra zbladła, choć jeszcze przed chwilą na jej gładkich policzkach kwitły rumieńce od mrozu. Jeździec odwrócił wzrok, nie chcąc oglądać strachu ukochanej o jego życie, choć i tak musiał jej o tym powiedzieć. Najważniejsze, że żył, prawda?
- Jak? - zapytała Astrid, podchodząc do niego. jej głos drżał. - Orgah...
- Orgah zauważyła kupca i pchnęła mnie, gdy wymierzył strzałę - przerwał jej Czkawka, mając ochotę tylko wymazać sobie z pamięci ten pełen stresu dzień i odlecieć ze Szczerbatkiem na długi, szalony lot.
- To dlaczego się kłóciliście? - zapytała Astrid, idąc za mężem, który szedł już po schodach. - Czkawka! Odpowiedz mi!
   Jeździec wszedł do sypialni zły na siebie i na wszystkie te okoliczności. Gdyby Orgah nie dowiedziała się o ich stosunkach z Gevorgiem i jego plemieniem, nie domyśliłaby się prawdy... Może wtedy Czkawka nie wyszedłby na oszusta przed Warringami, który chciał ich omotać dla swoich wpływów. Ach, na samą myśl robiło mu się niedobrze. Spojrzał na swoje biurko, na którym leżała otwarta księga z opisami wszystkich plemion Wikingów i jego własne notatki i przypuszczenia, które pragnął do niej dodać oraz plany na najbliższe miesiące. Wszystko miało się udać...
   Okiennice stukały cicho o zasuwy, a wiatr wtargnął do domu, porywając niektóre notatki i zwoje i rozrzucając je po pokoju. Stronnice księgi biegły po korpusie okładki, jakby chciały uciec od bezlitosnego chłodu z okna, aż w końcu zatrzymały się na jednym z plemion. Hoodowie.
   Czkawka zerknął tylko na księgę, po czym ogarnął go gniew. Astrid podbiegła do okna, zamykając szczelnie okiennice, a nim się odwróciła, księga leżała już na podłodze wraz z resztą notatek, które porozrzucał Czkawka. Plany sojuszów i strategii rozpierzchły się, jakby szukały własnego miejsca, podczas, gdy wódz poszukiwał w nich kilku wątków, których nie mógł znaleźć.
- Czkawka! Co ty robisz? - spytała z przerażeniem Astrid, próbując uspokoić męża.
- Nie ma ich! - warknął, odrzucając kolejne kartki.
- Czego? Czkawka, uspokój się! - Astrid nigdy nie widziała go w takim stanie, a jednak jej mąż ewidentnie czegoś szukał, przerzucając kolejne papiery w swoich szybkich dłoniach.
- Zabrał je - syknął w końcu jeździec, stając przed swoim biurkiem, jakby stał przed własnym rywalem. Jeszcze zanim wyruszył na spacer z Orgah zdołał spisać kilka listów do Flisaków i Łupieżców, a gdy wrócił i zobaczył otwarte okno... - Na Thora, przeklęty Gevorg!
- Co zabrał? - dopytywała się Astrid, kładąc ręce na jego ramiona, by móc go uspokoić. Jej ton wskazywał, że zaraz straci cierpliwość i sama zacznie rzucać wszystkim w pomieszczeniu.
   Czkawka odetchnął głęboko, opierając swoje czoło na czole ukochanej. Czuł tak olbrzymi gniew, że przeszło mu przez głowę, by zabrać Szczerbatka i znaleźć Gevorga, zanim nie narobi jeszcze więcej szkód. Wcześniej było to takie proste - nie było żadnych planów, sojuszy, jedynie proste i jasne komendy, a ludzie je wykonywali. Tak było, gdy wodzem był Stoick, a teraz jego syn tonął we własnych zwątpieniach i planach, nie mogąc odnaleźć sposobu, którym mógłby pokonać armię Hoodów, którzy zagrażali Berk.
   Astrid zamknęła oczy, a jej wolny oddech nieco uspokoił Czkawkę, który starał się zapomnieć o kupcu, który nie dość, że próbował go zabić, to jeszcze ukradł mu jego własne plany. Co prawda, tamten kupiec skoczył z klifu, ale mógł nie być sam, może było ich więcej?
- Ktoś ukradł moje listy do Flisaków i Łupieżców - oznajmił spokojnie Czkawka, gdy zdołał uspokoić zszargane nerwy. Czuł beznadziejność, jakiej nie odczuwał jeszcze nigdy. Wszystko, do czego dążył rozpadło się jak domek z kart, pozostawiając cienką linię sojuszu z Warringami i niebezpieczeństwo ze strony Hoodów, które znacznie wzrosło po dzisiejszej sytuacji.
- Myślisz, że był to ten sam człowiek? - spytała go Astrid, patrząc swoimi szafirowymi oczami w jego własne.
- Nie wiem. Jeśli nie, a listy dotrą do Gevorga, będziemy musieli obmyślić nową strategię, lub poszukać pomocy u kogo innego, albo w inny sposób... - mówiąc to nachylił się i pocałował żonę w czoło. - Muszę obszukać wyspę. Może złodziej jeszcze nie odpłynął...
- Czkawka, jeśli to podstęp? - zapytała Astrid, stojąc samotnie w sypialni, podczas gdy po schodach roznosiły się szybkie odgłosy kroków, gdy Czkawka zbiegał po nich na dół. 



 Wybaczcie, zaniedbałam was ostatnio, wszystko wina mojego braku ogarniania i pomysłu na opisanie tego rozdziału :// jeśli będzie wydawał się niektórym dość słaby, to wybaczcie, bo mi się właśnie taki wydaje.

Dodatkowo jakby tego było mało, to blogger ma chyba jakiś problem, albo mój lapek bo ostatnio gdy pisałam rozdział i napisałam prawie cały to mi nie zapisało i Just musi się wkurzać i pisać od nowa, super ;-;

Szczęśliwego Nowego Roku, choć nieco spóźnione, ale szczere ;** Mam nadzieję, że dobrze wypoczęliście bo jutro szkoła czy jak w moim przypadku - praktyki :) Praca ekonomisty tak bardzo :))))

Aha i zapraszam:
http://wielka-szostka-we-re-heroes.blogspot.com/
Ostatnio nieco pozmieniałam wygląd i fajnie by było gdybyście wpadli :D

Buziaki ;*